PB relacjonuje ostatni raport walutowy HSBC, zatytułowany Zwrot na złotym. Ja dołączam komentarz tłumaczący dlaczego gonitwa się rozpoczęła, gdzie jest meta i jakie są nagrody w kontekście Opcji masowego dojenia PL2.
Na koniec roku za euro zapłacimy 3,8 zł. A to dopiero początek. To wnioski z najnowszego raportu brytyjskiego HSBC - banku który przewidział zwrot na złotym i GPW.
„Zwrot na złotym” – takim tytułem opatrzono raport specjalistów HSBC z 5 sierpnia. Przewidują oni proces gwałtownego powrotu do zdrowia naszej waluty, który „choć z opóźnieniem, właśnie się rozpoczął”.
„Wierzymy, że złoty w najbliższych miesiącach będzie się umacniał i na koniec roku osiągnie poziom 3,8 zł za euro. Później dalej będzie rósł w siłę” – czytamy w raporcie. Na koniec przyszłego roku euro ma już kosztować nad Wisłą tylko 3,4 zł.
Gwałtowny powrót do zdrowia traktuj czytelniku z odpowiednią dozą Pythonowskiego humoru. Gwałtowne to może być pogorszenie, a nie powrót do zdrowia :)
Wiemy z konstrukcji nowych opcji (tym razem ze swapem) że kluczowe ceny przełamania, to 3,90 oraz 4,60. Bezpiecznie założyć 15% przestrzelenia w każda stronę i dostaniemy widełki wahań 3,30-5,30! Malowanie łagodnego umacniania złotówki do poziomu 3,40 stoi zresztą w sprzeczności z gwałtownym umacnianiem, nieprawdaż? Całe to bajdurzenie o gwałtownym zwrocie, a potem to już sielanka obraża polskie doświadczenia. Jakby miała być sielanka, to by nie było gwałtów.
Skąd ten optymizm? „Na świecie wzrósł apetyt na ryzyko. To umacnia wszystkie waluty w regionie Europy Środkowo-Wschodniej” – argumentują analitycy HSBC. W przypadku złotego gwałtowne umocnienie zaczęło się dopiero z początkiem lipca. Wtedy za euro Polacy płacili nawet 4,5 zł. W czwartek – już tylko 4,14 zł. Sygnałem do zakupów naszej waluty były – według HSBC – bardzo dobre dane dotyczące salda na rachunku obrotów bieżących, które zresztą potwierdziły tylko siłę polskiej gospodarki na tle słabych sąsiadów.
„Do tej pory wyższy wzrost PKB i konsumpcja w Polsce, oraz mocniejsza izolacja od Zachodu (w postaci mniejszego udziału eksportu w PKB) nie przekładała się na siłę złotego” – czytamy w raporcie.
Tak. I teraz Angole przejrzeli na oczy i dojrzeli jej siłę i wyprorokowali. Teraz jest czas na przełożenie na siłę złotego. Prawdziwy powód umocnienia to rzeczywiście apetyt na ryzyko, ale nie głównie. Chodzi o poprawę sentymentu w ogóle, a wyzwalaczem tej rundy pompowania złotego jest nikt inny tylko minister Wzrostowski, który zdecydował o sprzedaży euro z brukselskich funduszy na foreksie. Ma to oczywisty skutek umacniający (pożądany na krótko), ale w tej historyjce jest drugie dno, bo do tego ruchu przyłączyli spekulanci i złotówka zamiast powrócić do poziomu równowagi gdzieś w okolicach 4,0 znowu go przestrzeli w dół, powodując po drodze rzeź eksporterów i nabijając kabzę bankom. Zaledwie rok temu była poprzednia runda, ale minfin nie powinien w tym pomagać, jeśli już nie widzi możliwości zapobieżenia.
Brytyjscy eksperci zauważają również, że złoty został zbyt mocno przeceniony między październikiem a marcem tego roku – zwłaszcza w porównaniu do innych walut naszego regionu (chociażby węgierskim forintem). I to pomimo relatywnej siły polskiej gospodarki. HSBC wylicza, że naszej walucie zaszkodziła wtedy największa płynność rynku walutowego w regionie (rynek złotego jest dwa razy większy od rynku forinta i czeskiej korony razem wziętych), rozluźnienie polityki pieniężnej i zmniejszające się szanse na przyjęcie euro w 2012 roku.
Owszem, polska gospodarka okazała się bardzo oporna na zawirowania recesyjne z powodu swego nazwijmy to cyklicznego opóźnienia. Nie mamy wszystkich słabości naszych sąsiadów. Dlaczego zatem tak paniczny upadek waluty jesienią? HSBC mówi o płynnym rynku, ale to tłumaczenie dla przedszkola. Płynny rynek umożliwia przejrzystość i dlatego jest bezpieczny i mniej podatny na wahania ex definitione. Dlaczego zatem złotówka, mimo lepszych fundamentów spadła dwa razy bardziej od walut ewidentnie słabszych gospodarek - węgierskiej i czeskiej na przykład? Z powodu wielkości foreksu? Bynajmniej. Oczywiście z powodu tego, że latem ub.r. złotówka była przewartościowana na potęgę i obecnie gwałtowny powrót do zdrowia oznacza powrót do tego przewartościowania. Powód głębokości zapaści to efekt poprzedniego pompowania, słynne opcje walutowe, kosztujące kilkanaście mld, a które powoli sobie wygasają i są rozliczane. Przestały złotemu ciążyć i czas zacząć huśtawkę ładować ponownie.
Raporty HSBC warto czytać. W ostatnich miesiącach sprawdzały się, jak mało których analityków. Już miesiąc temu Brytyjczycy przewidywali, że złoty zacznie w błyskawicznym tempie odrabiać straty. W połowie lutego, czyli w samym dołku koniunktury na GPW, podwyższyli natomiast rekomendację dla polskich akcji i obwieścili „powstrzymanie wyprzedaży złotego, która dotąd uderzała w akcje”.
Raporty HSBC to trąbka na początek polowania. Złotówka niebawem pokona 3,90, co spowoduje zapadanie swapów opcyjnych, a kiedy wszystko się pięknie odwróci, złoty będzie na pewno powyżej 4,60. Kiedy zatem czas na żniwa? Wbrew pozorom ta akcja nie jest na długo, tylko na krótko, bo czas po jesieni jest nieprzewidywalny. Mamy dlatego tak paniczne umocnienie złotówki, bo plan trzeba wykonać. W niepełna miesiąc 10% i to latem, kiedy nikt nie handluje! Żniwa nastąpią nie później niż w ciągu roku, ale zezowaty może iść o zakład że to będzie już październik. Dlaczego? Tuż po wyborach Angeli Merkel okaże się, że niemieckie banki są nie tyko umoczone w nieruchomości mieszkalne (CDO), ale także commercial real estate (CRE), czego przykładem jest DB. Mało tego, są jeszcze mocno zaangażowani w Europę wschodnią, poza słynną Szwecją i Austrią (Litwa, Łotwa, Ukraina, Bułgaria) i straty z tego tytułu to nie jest bagatelne kilkadziesiąt mld...
sobota, 8 sierpnia 2009
piątek, 7 sierpnia 2009
Bezrobocie wzrosło. To znaczy spadło. Alleluja!
Jeśli lubisz nowomowę, zwaną dziś obamową, dam Ci smaczek.
Na fenomenalną wieść NYSE podskoczyła o 1,5%, a pod cytowanym artykułem na marketwatch (grupa Wall Street Journal) pojawiło się w ciągu godziny 920 komentarzy internautów.
Jeśli nie rozumiesz, zezowaty tłumaczy. Bezrobocie spadło, to znaczy wzrosło o kolejny ćwierć miliona w ciągu ostatniego miesiąca. Bezrobocie w USA rośnie nieustannie od ponad półtora roku. Co miesiąc kapituluje 2-4 promili pracy i to według nowych, kreatywnych statystyk. W ciągu roku daje to ubytek trzech procent. Nie wiem jaki debil może strawić sprzeczność w pierwszym zdaniu, ale widocznie czar Wall Street Journal na giełdzie działa.
No więc dobrze. Bezrobocie w USA spadło. To znaczy wzrosło. I będzie rosło nadal.
Raport MinPra jest tu, ale żeby go zrozumieć, trzeba umieć dostrzec jawną sprzeczność powyższego. Jeśli ulegasz czarom, albo z powodu upału przegrzały Ci się zwoje, nawet nie próbuj. Wierz w co chcesz. Alleluja.
WASHINGTON (MarketWatch) -- Liczba bezrobotnych spadła w lipcu do najniższego poziomu od roku, wskaźnik bezrobocia nieoczekiwanie spadł do 9.4%, poinformowało dziś Ministerstwo Pracy.
Etaty pozarolnicze spadły w lipcu o 247,000 do poziomu 131.5 miliona w lipcu, był to dziewiętnasty z kolei miesiąc utraty miejsc pracy, pokrywając sie z prognozami ekonomistów spadku o 275,000.
Na fenomenalną wieść NYSE podskoczyła o 1,5%, a pod cytowanym artykułem na marketwatch (grupa Wall Street Journal) pojawiło się w ciągu godziny 920 komentarzy internautów.
Jeśli nie rozumiesz, zezowaty tłumaczy. Bezrobocie spadło, to znaczy wzrosło o kolejny ćwierć miliona w ciągu ostatniego miesiąca. Bezrobocie w USA rośnie nieustannie od ponad półtora roku. Co miesiąc kapituluje 2-4 promili pracy i to według nowych, kreatywnych statystyk. W ciągu roku daje to ubytek trzech procent. Nie wiem jaki debil może strawić sprzeczność w pierwszym zdaniu, ale widocznie czar Wall Street Journal na giełdzie działa.
No więc dobrze. Bezrobocie w USA spadło. To znaczy wzrosło. I będzie rosło nadal.
Raport MinPra jest tu, ale żeby go zrozumieć, trzeba umieć dostrzec jawną sprzeczność powyższego. Jeśli ulegasz czarom, albo z powodu upału przegrzały Ci się zwoje, nawet nie próbuj. Wierz w co chcesz. Alleluja.
środa, 5 sierpnia 2009
Opcje masowego dojenia PL 2
No i mamy w przygotowaniu, zaledwie w rok od poprzedniej edycji, zupełnie nową, absolutnie fantastyczną wersję dojenia walutowego a la polonaise. Tym razem opcje walutowe, zamiast niesymetryczne, nazywają się swap walutowy z barierą. Po przyjrzeniu zezowaty, nawet bez specjalnego wysiłku, stwierdził że wraca nowe. Rynek finansowy niczego się nie uczy, a jego klienci na pewno. Dwie operacje sting w ciągu roku to już chyba przesada.
Jak donosi Jacek Maliszewski, a za nim bankier.pl
Mój komentarz jest przy notce korespondenta.
Jak donosi Jacek Maliszewski, a za nim bankier.pl
Obserwując rynek na przestrzeni ostatniego półrocza zauważyliśmy, iż najprawdopodobniej zagraniczne banki inwestycyjne przygotowują kolejny interesujący "łańcuszek szczęścia".
Poprzedni taki łańcuszek był budowany w okresie marzec-sierpień 2008. I na ten temat napisaliśmy już sporo informacji. Łańcuszek polegał na skupowaniu od eksporterów wystawionych przez nich opcji CALL w zamian oddając eksporterom iluzję darmowych pieniędzy.
Teraz historia może być podobna.
Co widzimy?
Widzimy produkt oferowany przez Deutsche Bank dla polskich eksporterów i importerów. Tak to nie pomyłka. Bank ten oferuje produkt opcyjny tak bardzo uniwersalny, iż mogą korzystać z niego zarówno eksporterzy (nie wszyscy, ale o tym za chwilę) oraz importerzy.
Czy ten produkt wymyślili analitycy Deutsche Banku? Śmiem twierdzić, iż produkt jest raczej zza Atlantyku i powstał w którymś z tamtejszych banków inwestycyjnych. A DB jest jedynie jednym z pierwszych dystrybutorów tego produktu.
Na czym polega produkt?
Od razu podam przykład. Mamy na rynku kurs Eur/Pln wynoszący 4,40. Eksporterowi wygasa w ciągu miesiąca wystawiona opcja CALL 3,90, na wykonanie której eksporter nie ma waluty. Czyli eksporter musi kupić walutę na rynku po 4,40 by odsprzedać ja do banku pod wystawione opcje CALL i otrzymać kurs sprzedaży 3,90. Czyli poniesienie stratę 50 groszy.
Bank proponuje zamiast tego następującą operację - nazwaną SWAP WARUNKOWY (hehe przepraszam, ale nie potrafię przejść obok tego bez parsknięcia śmiechem).
SWAP WARUNKOWY polega na tym, iż:
1) eksporter zamiast na rynku, kupuje od DB opcję CALL 3,90 ważną jeden miesiąc. Opcja ta daje prawo kupić od DB Euro po kursie 3,90. Rewelacja. Możemy kupić Euro po 3,90 i od razu podstawić do banku pod stare wystawione kiedyś opcje CALL. Nie będzie straty! Bank dał w prezencie 50 groszy! Ale nie tak prędko ...
2) w zamian za to prawo, eksporter wystawia (czyli DB kupuje od eksportera) opcję CALL 3,90 ważną rok. Ale jest to opcja barierowa, która uaktywni się dopiero wtedy, gdy kurs Eur/Pln osiągnie poziom 4,60. Jeśli w ciągu roku kurs Euro nie przekroczy 4,60, eksporter nie będzie musiał sprzedawać z powrotem do banku Euro po kursie 3,90, gdyż
wystawiona przez niego ta nowa roczna opcja CALL 3,90 zniknie - wcale się nie aktywując.
Innymi słowy eksporter kupuje walutę po kursie 3,90 po to by w najgorszym razie ponownie sprzedać za rok to Euro po tym samym kursie 3,90.
Bez dodatkowego warunku w postaci bariery aktywującej, mielibyśmy do czynienia PRAWIE z klasycznym SWAPem, który jest całkowicie neutralną transakcją pod względem profilu ryzyka.
No właśnie, ale nie mamy do czynienia ze SWAPEM. Powiem więcej mamy do czynienia z wielką spekulacją.
Ale tę spekulację robi tym razem nie eksporter, lecz bank, który kupuje od eksportera taką roczną opcję CALL 3,90.
Mammy więc pierwszy element łańcuszka szczęścia. Eksporter dostaje coś "za darmo", a bank ma kupionego tanio od eksportera CALL 3,90 oraz ochronę udzieloną przez eksportera przed wzrostem kursu powyżej 4,60.
Mając coś takiego w portfelu bank może teraz sprowadzić swoje ryzyko do ZERA. Idzie na rynek międzybankowy i sprzedaje vaniliową opcję CALL 3,70, za którą dostanie więcej niż zapłacił eksporterowi (wirtualnie zapłacił, gdyż saldo premii jest zerowe).
Ten ekstra zarobek pozwala albo na zakup opcji PUT - na przykład z ceną wykonania 4,10, albo też na zagranie kontraktem terminowym na spadek kursu Eur/Pln z wstawionym stop-loss kilkanaście groszy powyżej bieżącego kursu (ha! może dlatego "niewidzialna ręką rynku" nie pozwala na większe korekty wzrostowe niż 15 groszy?).
Efekt jest taki, iż DB mając ochronę przed wzrostem kursu Eur/Pln udzieloną mu przez eksportera, może w tym momencie grać śmiało na umocnienie Złotego albo kupując opcje PUT albo zwyczajnie sprzedając walutę i kupując Złotego.
No dobrze. Ale mamy przecież jeszcze jakiś inny bank - ten który kupił od DB zwykłą vaniliową opcję CALL 3,90.
O dziwo ten drugi bank ma w ten sam sposób ochronę przed wzrostem kursu Eur/Pln co pozwala mu zagrać na umocnienie Złotego! Dopóki kurs Euro nie spadnie poniżej 3,90, zarobek jest niewielki. Ale gdy tylko Eur/Pln spadnie poniżej 3,90, zarobek tego tajemniczego banku rośnie gwałtownie.
Perpetum mobile? Mamy trzech uczestników łańcuszka i wszyscy zarabiają? Nie! Zarabiają tylko i wyłącznie banki. Eksporter nie zarabia, gdyż w razie spadku kursu Eur/Pln poniżej 3,90 pozostaje bez zabezpieczenia i ponosi straty na eksporcie!
Jest jeszcze jeden przegrany - nie będący uczestnikiem łańcuszka.
Pamiętamy, że obydwa banki mając ochronę przed wzrostem kursu Eur/Pln mogą bezkarnie sprzedawać walutę na termin (sprzedawać forwardy/futures). No dobrze, ale ktoś musi te forwardy od nich kupić?
Mój komentarz jest przy notce korespondenta.
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
On the edge 31.7
Czy CIA podsłuchuje komórki? Oczywiście. Czy może włączyć zdalny podsłuch? Naturalnie, nawet kiedy wyłączysz telefon. Nihil novi sub sole, wiadomo od kilku lat. Teraz ta wiedza wylała się powszechnie, podobnie jak wątpliwości co do metryki Obamy. Jeśli czarny prezydent nie ma właściwego miejsca urodzenia, według konstytucji jego działania są bezprawne...
Arcyciekawy wywiad z autorem książki Closing the gap Dmitrijem Orłowem. Orłow porównuje schyłek imperium sowieckiego pod rządami Jelcyna do obecnego stanu USA i znajduje zadziwiająco wiele podobieństw. Oligarchia politbiura i nowego biznesu oraz oligarchia finansowa w Stanach. Szerokie rzesze biedoty i ogromne państwowe dotacje do bankrutów, które natychmiast zostają wypłacone w formie premii. Orłow widzi w dłuższej perspektywie zbliżenie stanowisk obu krajów, bowiem ich sytuacja - z uwzględnieniem kontekstu historycznego - może wydawać się podobna. (Tu akurat bym się nie zgadzał, Orłow szuka analogii na siłę, ale jakieś racje w tym sowieckim bailoucie na pewno ma.)
Arcyciekawy wywiad z autorem książki Closing the gap Dmitrijem Orłowem. Orłow porównuje schyłek imperium sowieckiego pod rządami Jelcyna do obecnego stanu USA i znajduje zadziwiająco wiele podobieństw. Oligarchia politbiura i nowego biznesu oraz oligarchia finansowa w Stanach. Szerokie rzesze biedoty i ogromne państwowe dotacje do bankrutów, które natychmiast zostają wypłacone w formie premii. Orłow widzi w dłuższej perspektywie zbliżenie stanowisk obu krajów, bowiem ich sytuacja - z uwzględnieniem kontekstu historycznego - może wydawać się podobna. (Tu akurat bym się nie zgadzał, Orłow szuka analogii na siłę, ale jakieś racje w tym sowieckim bailoucie na pewno ma.)
sobota, 1 sierpnia 2009
FED: marny bilion
Sytuacja jest gorąca. Giełdy na wschodzących w fazie euforii. Na świecie nowa wiara: teraz Chińczycy wyciągną świat z kryzysu, taki mają wzrost. Prawie 8%. Nie straszne im recesje i depresje. Furda Andy Xie czy Faber, którzy jednoznacznie mówią, iż hossa na kredyt to pompowanie balona, a popyt konsumpcyjny w Chinach maleje, nie rośnie, bo wypychają go zamówienia rządowe, inwestycyjne.
Dolar ani nie ma ochoty się załamać, wbrew oczekiwaniu katastrofistów, ani poważnie się odbić od .700 do euro. Wręcz teraz oklapł na .700 i leży. NYSE, mimo tak pięknego startu, nie doszła do magicznego 1000 na s&p. Czyli gorący marazm, ze wskazaniem na degrengoladę. Jeśli dalej będą pompować giełdę, przejście przez 1000 się uda, będzie nowa, dziwna hossa, a dolar zwiędnie. Miały być fajerwerki, a tu nici. Dolar po prostu pod ciężarem Geithnerowej drukarki powoli, ale systematycznie zwisa do koszyka walut i może rzeczywiście opaść. W eurolandzie, w tym w Polsce nie byłbym wcale z tego zadowolony, bo euro jest w jeszcze gorszej sytuacji. Opadanie do euro nie będzie takie łatwe i kurs .700 wcale nie jest przesadzony. Powiem więcej: nie widzę powodu, by przy więdnięciu dolara spadł on dużo niżej. Owszem, przekonanie o hossie go osłabi, ale nie aż tak. Bilans handlowy jest zadziwiająco szczupły, a recesja dziwnie płytka, oczywiście w porównaniu do reszty świata. Co z tego, że odbicie będzie podobne do spacerze po dnie? Reszta świata, zwłaszcza oparta na eksporcie i usługach finansowych, spadła gorzej. Pamiętajcie o dolarowym kredycie, który na globie się zwija. Ssanie.
W tym nastroju środka lata popatrzmy krytycznym okiem na Bena czarodzieja i jego dokonania. Od maja czujni obserwatorzy zauważyli kurczenie się nadętego awaryjnie do niesamowitych rozmiarów bilansu banku centralnego, który posłużył za wysypisko śmieci wszystkich egzotycznych aktywów finansowych, łącznie teraz z obligacjami Fannie Mae, których pozbyli się Chińczycy. Powolna redukcja aktywów FED oznacza po prostu, że osiągnięto w kwietniu egzotyczny szczyt kredytowy, po którym część dłużników zaczęła spłacać, część aktywów sprzedano itd. W skrócie można powiedzieć, że następuje powolny powrót do normalności, bowiem bilans powinien być bliższy zeru niż bilionowi!
Jak bardzo sytuacja odbiega od normalności i jak dalece złudzenia o nowej hosannie, opartej na zdrowym fundamencie gospodarczego wzrostu, odległe są od rzeczywistości, widać na kilku poglądowych obrazkach, które zezowaty wyczesał z godnej polecenia strony St.Louis Fed.

Oto pompiarz Ben i jego dzieło. Tyle udzielono awaryjnego kredytu przez regionalne filie FED. Widać na krótszym horyzoncie, że - w odróżnieniu od bilansu centralnego - działanie wcale nie jest jednostajne. Wystąpił np. wiosną skok o bagatelne 300 mld, który łatwo może wytłumaczyć hossę. Otóż pewne programy ratunkowe Fedu są centralne - występują w bilansie centralnym, a pewne wychodzą przez banki filialne. Ot i cała sztuka zaciemniania. Pompowanie centralne jest dwupoziomowe (a nawet więcej), a programów reanimacyjnych Benek wymyślił kilkadziesiąt.

Jest jeszcze szanowny pan Tymon, który uruchamia w razie potrzeby drukarnię, czyli robi tzw. quantitative easing. W języku laickim Benek kupuje obligacje, które wypuszcza w imieniu rządu Tymon. Mamy więc trójkąt pompierski: dwa poziomy Benka plus Tymon. Tymon jest solidnym klientem centralnego Bena, bowiem w tym roku był honorowany parokroć kredytem po 80 miliardów. Za takie zastrzyki można zrobić hossę, prawda? Okazuje się jednak, że obniżyć oprocentowania obligacji już nie i - jak pokazał ten tydzień, a zezowaty mówił wcześniej - oprocentowanie długich obligacji nieustannie i wytrwale rośnie.

Akcja pompowania systemu bankowego, którą osobiście przyrównuję do reanimacji trupa, wygląda na udaną. Tyle tylko, że pacjent o rumianym obliczu wcale nie oddycha. Cały stworzony przez czarodziejów w trójkącie kredyt ex nihilo, dla załatania bilionowych dziur w instytucjach finansowych natychmiast ląduje na kontach rezerw, a nie służy do kreacji nowego kredytu na rynku. Z banku centralnego (z jednego konta) miliardy przechodzą na inne konto ... banku centralnego. Nazywa się to rezerwy nadzwyczajne i Benek jeszcze od tego płaci odsetki (tak, serio, daje 0,50%).

Na koniec humorystycznie. Otóż wśród plejady dolarowych programów ratunkowych poczesne miejsce zajęła tzw. umowa swapowa z konsorcjum kilkunastu banków centralnych, aby sprawnie mogły udzielać dolarowego kredytu każdemu, komu przyjdzie na to ochota. Wiadomo, był straszny popyt na dolary. Na ostatnim przesłuchaniu w Kongresie złośliwy przewodniczący męczył Benka pytaniami w rodzaju kto dał mu prerogatywy do udzielania kosmicznego kredytu w rozmiarze 500 mld, jakie instytucje otrzymały te dolary itd. Benek ze stoickim spokojem odparł, że uprawnienia ma w ustawie o FED, a kto dolary wziął nie ma pojęcia. Nikt go nie spytał oczywiście, co ze swapami się dzieje, i czy w ogóle studiowanie tego tematu ma sens.

Pół biliona swapów spokojnie się likwiduje, bo najwyraźniej na świecie nie ma chętnych na kolejny dolarowy kredyt. Dlaczego? Bo starego kredytu nie łata się nowym, tak jak tamy nie zatyka się palcem, drogi Watsonie. Owszem, jest ssanie na dolara, ale to nie ta piosenka, wręcz przeciwnie...
Środek lata, środek kryzysu. Koniec recesji? Jak dla kogo. A może odbicie? Tak, od mułu. Jak okiem sięgnąć w bogatym świecie stagflacja albo stag-deflacja, ambitny wzrost w okolicach mocnego zera. Co na to biedniejszy, zobaczymy.
Dolar ani nie ma ochoty się załamać, wbrew oczekiwaniu katastrofistów, ani poważnie się odbić od .700 do euro. Wręcz teraz oklapł na .700 i leży. NYSE, mimo tak pięknego startu, nie doszła do magicznego 1000 na s&p. Czyli gorący marazm, ze wskazaniem na degrengoladę. Jeśli dalej będą pompować giełdę, przejście przez 1000 się uda, będzie nowa, dziwna hossa, a dolar zwiędnie. Miały być fajerwerki, a tu nici. Dolar po prostu pod ciężarem Geithnerowej drukarki powoli, ale systematycznie zwisa do koszyka walut i może rzeczywiście opaść. W eurolandzie, w tym w Polsce nie byłbym wcale z tego zadowolony, bo euro jest w jeszcze gorszej sytuacji. Opadanie do euro nie będzie takie łatwe i kurs .700 wcale nie jest przesadzony. Powiem więcej: nie widzę powodu, by przy więdnięciu dolara spadł on dużo niżej. Owszem, przekonanie o hossie go osłabi, ale nie aż tak. Bilans handlowy jest zadziwiająco szczupły, a recesja dziwnie płytka, oczywiście w porównaniu do reszty świata. Co z tego, że odbicie będzie podobne do spacerze po dnie? Reszta świata, zwłaszcza oparta na eksporcie i usługach finansowych, spadła gorzej. Pamiętajcie o dolarowym kredycie, który na globie się zwija. Ssanie.
W tym nastroju środka lata popatrzmy krytycznym okiem na Bena czarodzieja i jego dokonania. Od maja czujni obserwatorzy zauważyli kurczenie się nadętego awaryjnie do niesamowitych rozmiarów bilansu banku centralnego, który posłużył za wysypisko śmieci wszystkich egzotycznych aktywów finansowych, łącznie teraz z obligacjami Fannie Mae, których pozbyli się Chińczycy. Powolna redukcja aktywów FED oznacza po prostu, że osiągnięto w kwietniu egzotyczny szczyt kredytowy, po którym część dłużników zaczęła spłacać, część aktywów sprzedano itd. W skrócie można powiedzieć, że następuje powolny powrót do normalności, bowiem bilans powinien być bliższy zeru niż bilionowi!
Jak bardzo sytuacja odbiega od normalności i jak dalece złudzenia o nowej hosannie, opartej na zdrowym fundamencie gospodarczego wzrostu, odległe są od rzeczywistości, widać na kilku poglądowych obrazkach, które zezowaty wyczesał z godnej polecenia strony St.Louis Fed.

Oto pompiarz Ben i jego dzieło. Tyle udzielono awaryjnego kredytu przez regionalne filie FED. Widać na krótszym horyzoncie, że - w odróżnieniu od bilansu centralnego - działanie wcale nie jest jednostajne. Wystąpił np. wiosną skok o bagatelne 300 mld, który łatwo może wytłumaczyć hossę. Otóż pewne programy ratunkowe Fedu są centralne - występują w bilansie centralnym, a pewne wychodzą przez banki filialne. Ot i cała sztuka zaciemniania. Pompowanie centralne jest dwupoziomowe (a nawet więcej), a programów reanimacyjnych Benek wymyślił kilkadziesiąt.

Jest jeszcze szanowny pan Tymon, który uruchamia w razie potrzeby drukarnię, czyli robi tzw. quantitative easing. W języku laickim Benek kupuje obligacje, które wypuszcza w imieniu rządu Tymon. Mamy więc trójkąt pompierski: dwa poziomy Benka plus Tymon. Tymon jest solidnym klientem centralnego Bena, bowiem w tym roku był honorowany parokroć kredytem po 80 miliardów. Za takie zastrzyki można zrobić hossę, prawda? Okazuje się jednak, że obniżyć oprocentowania obligacji już nie i - jak pokazał ten tydzień, a zezowaty mówił wcześniej - oprocentowanie długich obligacji nieustannie i wytrwale rośnie.

Akcja pompowania systemu bankowego, którą osobiście przyrównuję do reanimacji trupa, wygląda na udaną. Tyle tylko, że pacjent o rumianym obliczu wcale nie oddycha. Cały stworzony przez czarodziejów w trójkącie kredyt ex nihilo, dla załatania bilionowych dziur w instytucjach finansowych natychmiast ląduje na kontach rezerw, a nie służy do kreacji nowego kredytu na rynku. Z banku centralnego (z jednego konta) miliardy przechodzą na inne konto ... banku centralnego. Nazywa się to rezerwy nadzwyczajne i Benek jeszcze od tego płaci odsetki (tak, serio, daje 0,50%).

Na koniec humorystycznie. Otóż wśród plejady dolarowych programów ratunkowych poczesne miejsce zajęła tzw. umowa swapowa z konsorcjum kilkunastu banków centralnych, aby sprawnie mogły udzielać dolarowego kredytu każdemu, komu przyjdzie na to ochota. Wiadomo, był straszny popyt na dolary. Na ostatnim przesłuchaniu w Kongresie złośliwy przewodniczący męczył Benka pytaniami w rodzaju kto dał mu prerogatywy do udzielania kosmicznego kredytu w rozmiarze 500 mld, jakie instytucje otrzymały te dolary itd. Benek ze stoickim spokojem odparł, że uprawnienia ma w ustawie o FED, a kto dolary wziął nie ma pojęcia. Nikt go nie spytał oczywiście, co ze swapami się dzieje, i czy w ogóle studiowanie tego tematu ma sens.

Pół biliona swapów spokojnie się likwiduje, bo najwyraźniej na świecie nie ma chętnych na kolejny dolarowy kredyt. Dlaczego? Bo starego kredytu nie łata się nowym, tak jak tamy nie zatyka się palcem, drogi Watsonie. Owszem, jest ssanie na dolara, ale to nie ta piosenka, wręcz przeciwnie...
Środek lata, środek kryzysu. Koniec recesji? Jak dla kogo. A może odbicie? Tak, od mułu. Jak okiem sięgnąć w bogatym świecie stagflacja albo stag-deflacja, ambitny wzrost w okolicach mocnego zera. Co na to biedniejszy, zobaczymy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





