niedziela, 25 października 2009
Załatwimy na 50%
Poniżej dwa scenariusze wyliczenia długu publicznego, przy różnych kursach walutowych. Wartości na koniec roku estymowane z dwóch kw.09.
=====================================
Eurpln eur/usd PKB mld
4 1,5 1282
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
67,8 238,4 242 548,2 42,76
Po uwzględnieniu dziury 52 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
67,8 238,4 294 600,2 46,82
Po uwzględnieniu dziury 100 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
67,8 238,4 342 648,2 50,56
=====================================
Eurpln eur/usd PKB mld
4,4 1,5 1282
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
74,58 262,24 242 578,82 45,15
Po uwzględnieniu dziury 52 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
74,58 262,24 294 630,82 49,21
Po uwzględnieniu dziury 100 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
74,58 262,24 342 678,82 52,95
=====================================
Jak widać z wyliczenia, pan finansów Wzrostowski ma absolutną swobodę w polityce kursowej, ale polityka fiskalna niestety mu się nieodwołalnie rozjeżdża. Po pierwsze pierwszy próg długu jest - na razie - niezagrożony. Ujawniona dziura budżetowa na 52 mld wchodzi do budżetu przyszłorocznego, więc w tegorocznym nie ma nic do gadania. Owszem, co się odwlecze, to nie uciecze i w przyszłym roku próg 50% pkb zostanie już pokonany. Po drugie, kurs walutowy - wbrew podejrzeniom analityków spiskowych - nie ma tu nic do rzeczy. Próg zostanie przełamany niezależnie od chwilowego kursu, a nawet trendu walutowego.
Kluczowy w dyskusji o długu publicznym w Polsce jest nie tyle jego poziom, co struktura. Kreatywna księgowość obecnego rządu zezwoliła na poutykanie po rożnych agencjach ok. 100 mld zobowiązań państwowych (Jankowiak et al.), które prędzej czy później zostaną ujawnione. Uciekanie przed ich uznaniem i udawaniem, że Jasia nie ma, bo jest pod stołem, prowadzi niestety prostą ścieżką do pułapki zadłużenia, bowiem na pokrycie fikcji rząd zaciąga właśnie radośnie kolejne pożyczki, które pojawią się po właściwej stronie bilansu, gdy już będzie za poźno na łagodne działania naprawcze i konieczne będą drakońskie cięcia. Im dłużej będziemy przebywać w radosnym wzrostowskim letargu, tym bardziej bolesne będzie przebudzenie, bowiem przekroczenie 55% jest już praktycznie przesądzone. Stanie się tak z powodu słabej koniunktury zewnętrznej (albo niedostatecznie poprawiającej się) oraz słabnącej koniunktury wewnętrznej (albo nie poprawiającej się - zwolnienia itd.)
Lipcowe umocnienie złotego było - jak pisałem - efektem przepuszczania przez forex pomocy unijnej, co dało wynik analogiczny do interwencji. Do tego sygnału dołączyła spekuła, naganiająca teraz wyraźnie na bezkresny marsz naszej waluty. O ile pierwotna decyzja ministra (Wzrostowski przyjaciel HSBC) daje podstawy do oczekiwania na opcje walutowe 2, nie będzie to skorelowane z polityką budżetową. Niezależnie od kursu walutowego bowiem budżet tegoroczny trzeba awaryjnie reperować, a przyszłoroczny przekroczy progi ostrożnościowe. Wszystko jednak zależy od sposobu i szybkości wymiatania śmieci spod dywanu. Znając polityczne realia można w ciemno zakładać, że za odważnym aktem ujawnienia połowy deficytu nie pójdą następne i ew. dalsze braki będą dopisywane do pożyczek w części ukrytej po różnych egzotycznych funduszach jeszcze co najmniej przez rok. Liczby nie kłamią, ale można je zapisać w różnych kratkach i terminach i na tym polega właśnie kreatywność. Benek naszym miszczem.
Źródła
zadłużenie Polski kwartalnie NBP
PKB GUS
wtorek, 6 października 2009
Pogłoski o rychłej śmierci petrodolara
Czy OPEC oraz BRIC rozważają porzucenie lolara? Tak przynajmniej obwieścił dzisiejszy artykuł w The Independent. Reuters podał w wątpliwość, a Pankin zdementował. Przyjrzyjmy się zatem logice posunięć. Od dawna wiadomo, że lolar ginie i nie jest to dla zezowatego odkrycie. Pytanie, jak zostanie dokonane odejście od dolara, jako waluty rezerwowej świata. Na naszych oczach właśnie dokonuje się ten taniec. Są tylko dwa towarowe zamienniki dolara: złoto i nafta. Złoto właśnie atakuje (razem z SP500) 1050 punktów (co za ironia), przy czym złoto obroni ten poziom górą, a SP dołem. Nafta chybocze się niepewnie wokół 70 usd za baryłkę, podczas gdy magazyny światowe pełne są w 110%, a Chińczycy zamierzają w najbliższym czasie jeszcze swoją strategiczną rezerwę podwoić. Cena ropy idzie w górę przy spadającym na gwałt popycie, to o czymś świadczy, o tym mianowicie ze wszyscy oczekują iż powrotu do niskich cen energii w najbliższym czasie nie będzie. Tak tłumaczą tłumokom media. Co widzi zezowaty? Zezowaty widzi początek wojen surowcowych, bo - zupełnie niezależnie od cen i walut - świat wydaje się skazany na niedobór dostaw kluczowych surowców. W tym kontekście, strategicznym, dyskusja o cenach ropy jest jakby wtórna.
Czy panika o rychłym odejściu od dolara jest uzasadniona? Absolutnie nie. W czym będą handlować ropę tak naprawdę nie ma w krótkim terminie żadnego znaczenia. Może to być euro, mogą to być muszelki, byle waluta była wymienna. Niestety w długim terminie tak oczywiste już to nie jest. USA zazdrośnie strzegą swego przywileju rozliczania się ze światem w swojej walucie nie tylko dlatego, że jest tak im wygodniej, ale głównie dlatego, że ten przywilej niesie ze sobą ogromne możliwości ekonomicznego oddziaływania (czytaj zarabiania) poprzez rozrośnięte do kosmicznych rozmiarów usługi finansowe. Ropa tak naprawdę stanowi dziś główną pozycję ujemnego salda obrotów handlowych USA. Wszystko inne mogą - być może drożej - zrobić u siebie. Teraz jeśli lolar upadnie, te rachuby szlag trafi i za importowaną ropę USA będą musiały płacić twardą walutą. Praktycznie będzie to oznaczać drastyczne podwyższenie cen energii, czyli pogłębienie depresji. Oczywiście John Doe nadal będzie płacił za paliwo w dolarach, ale po zmianie waluty rozliczeniowej na euro na przykład importer ropy będzie płacił za nią w euro, które będzie musiał nabyć za swoje dolary wymienione na foreksie, które z kolei bank będzie musiał wymienić na rynku międzynarodowym. Efekt końcowy jest taki, że - w odróżnieniu od radosnej konsumpcji ostatnich dwudziestu lat - deficyt bieżący Stanów będzie nie w walucie krajowej (dolar), ale w walucie obcej (np. euro).
I tu doszliśmy do clue całej zabawy. Stany nie mogą pozwolić sobie na handlowanie ropy w innej walucie niż dolar, bowiem oznaczałoby to koniec beztroskiej swobody zadłużania się. Oczywiście Stany mogą się zadłużyć w obcej walucie, ale patrząc na ich historię, byłby to faktyczny koniec imperium. Dziś, kiedy zadłużają się w dolarach, mają swobodę wyboru ścieżki spłaty. Od momentu przyjęcia kredytu w walucie obcej, popadają w zależność od obcej polityki kursowej. Tak wygląda globalna polityka walutowa. Zawsze tak było i tak na razie zostanie. Dziwię się komentatorom, którzy starają się tę oczywistość przeoczyć. Swoją polityką walutową właśnie Reagan rozłożył blok wschodni, to potężna broń ;) Nadchodzi moment kolejnego przesilenia.
Kiedy tylko coś działo się z rozliczeniami za ropę, natychmiast wybuchała wojna. Przypomnijmy: Saddam ogłasza odejście od dolara, wybucha wojna w zatoce. Żołnierze są dziś w Afganistanie nie dlatego, że lubią zapalić (nie tylko), ale dlatego, aby kontrolować szlaki dostaw energii z regionu Kaspijskiego. Ropa nigdy nie była normalnym surowcem i w czym i jak jest handlowana, ma kolosalne znaczenie. Iran w ubiegłym tygodniu ogłosił zmianę swoich umów eksportowych z dolara na euro. Dalszy ciąg zdarzeń wydaje się przesądzony...
www.independent.co.uk
www.reuters.com
www.cnbc.com
sobota, 8 sierpnia 2009
Rzut oka na CEE
Sytuacja Polski na tle innych krajów Europy śr.-wsch.
Pomimo wysokiego poziomu zadłużenia prywatnego i państwowego, dotychczas Polska była wyjątkowo odporna na kryzys. W pierwszej połowie roku ma dodatni wzrost gospodarczy (0.8%), który przebija w Unii jedynie Cypr, i oczekuje się że będzie nad kreską (choć niewiele) w drugiej połowie. Powodem odporności Polski, w odróżnieniu od innych gospodarek regionu, jest mocny rynek wewnętrzny z eksportem obejmującym zaledwie 40 procent pkb (w porównaniu do 76 procent w Czechach, 80 procent na Węgrzech, 55 procent na Litwie i 86 procent na Słowacji). Dlatego konsumpcja wewnętrzna może być motorem napędowym gospodarki, która u sąsiadów jest na łasce słabnącego popytu z Europy zachodniej.
Przy stabilnej konsumpcji, Polska przeszła przez recesję wewnętrzymi siłami swej 400-mld$ gospodarki. Aczkolwiek wysoki poziom zadłużenia może niepokoić, Polska stanowi pouczający przykład kraju Europy środkowo-wschodniej, który nie zależy od Europy zachodniej zarówno kapitałowo, jak i rynek dostawczy. Minimalny wzrost, gdy większość krajów regionu jest w dużo gorszym położeniu, zapewni Polsce także względny spokój polityczny.
UWAGI.
Warto zauważyć, że Polska pozytywnie odróżnia się od swoich sąsiadów i specjaliści widzą te różnice. Jak wykazała jednak aż zanadto dyskusja poglądów z marca tego roku, sentymenty, uprzedzenia i patrzenie blokowe na rynkach światowych przeważa. Obiektywna wiedza o różnicach między Litwą, Ukrainą i Polską nic nie znaczy w momencie paniki. Wiedzą o tym doskonale bankierzy i dlatego tak ważny jest dobry nastrój. Nie jest prawdą, że Polska odbija korzystnie na tle regionu i może sobie pozwolić na status samotnej wyspy. Wręcz przeciwnie. To, że pomimo braku pozytywnych kroków rząd Tuska przechodzi przez kryzys suchą nogą może zawdzięczać splotowi łutu szczęścia i korzystania z funduszy pomocowych Obamy i Merkel. Te jednak mają się jakby ku końcowi.
Zupełnie chybione, co widać było na rynkach, były tromtadrackie postury ministra Wzrostowskiego, iżby Polsce nie były potrzebne żadne fundusze ratunkowe. I owszem, sytuacja wokół złotówki ustabilizowała się dopiero po przyznaniu pomostowego kredytu z IMF (flexible credit line) oraz (co ważniejsze) przemianie sentymentu wokół Europy środkowo-wschodniej jako całości. Złotówka odbiła (i jest teraz pompowana) dopiero po zmianie tego sentymentu i nabraniu otuchy przez banki, że Łotwa i Ukraina nie zbankrutują w tym roku. Bez takiej pewności żadne pozytywne odróżnianie nie ma sensu i jest skazane na sromotną porażkę, a obnoszenie się z nim po świecie uważam osobiście za obciach, bo tak to jest cynicznie odbierane, jako przejaw zarozumiałego i krótkowzrocznego zaścianka.
Z tym krótkim komentarzem przejdźmy do właściwej części, czyli obrazków, które nieoceniony George Friedman przygotował na stratfor.com (Nie pytałem go o zgodę i tuszę, że mnie nie zadusi za jumanie, jeśli będzie dusił, to mu zrobię antyreklamę ;)

Obraz mówi więcej niż tysiąc słów, ale objaśnię mimo to. Po rzuceniu okiem na trzy magiczne literki IMF nie powinna dziwić zmiana sentymentu zachodnich kredytodawców wobec CEE jako całości. Całe Bałkany oraz Bałtowie (i Polska) objęte są kredytami Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Państwa mają poduszkę i rezerwę na spłacanie zobowiązań i widmo krachu się oddaliło. Niemniej dla Unii Europejskiej jako mechanizmu walutowego polityczna decyzja pod naciskiem Berlina o odmowie jakichkolwiek kredytów pomocowych z EBC zezowaty uważa za długofalową porażkę Europy. Oznacza to faktyczne uznanie egoizmów Europy dwóch prędkości, które dadzą znać o sobie w przyszłości. Nowe państwa Unii Europejskiej w chwili kryzysu finansowego zostawione zostały swojemu losowi. Pomóc może Fundusz Walutowy. To zapobiegnie ryzyku kryzysu walutowego na krótką metę, ale całkowicie zwalnia z zainteresowania nową Europą w dłuższym okresie. Jeśli okaże się, że banki Austrii, Niemiec i Szwecji utopiły więcej pieniędzy w nakręconych ponad miarę przedsięwzięciach nowej Europy, niż dotychczas przyznają, Unia pomoże ich krajowym centralom, bo dotychczas nie wyłożyła na ten cel ani centa :) Bez żalu pozostawi natomiast filie w Europie śr.-wsch. swojemu losowi, co też uczynią banki - matki, nie mając innej możliwości. Bailout (nadzwyczajne wsparcie) oczywiście jest ograniczany na zasadzie narodowej tylko do aktywów krajowych i nie rozciąga się na aktywa zagraniczne. Taka nieubłagana logika wypływa z trzech magicznych literek.
Wymowna jest gradacja kolorów na mapce, gdzie centralnie leżące Polska i Czechy wydają się oazą rozsądku i powściągliwości w życiu na kredyt, ze swoim zadłużeniem walutowym poniżej 1/3 pkb. Południe Europy ma poziom długu dwukrotnie większy, a Bałtowie - trzykrotnie. Chwilowe powstrzymanie krachu na Łotwie to nic innego jak zaklinanie burzy. Na szczęście to mały kraj, ale nastrój niestety promieniuje.

Bliższe spojrzenie na rozkład długów daje pojęcie o miejscu Polski w szeregu i rodzaju czekających nas niespodzianek.
Polska jest bardzo powściągliwa i ma zaledwie 46% zewn. długu do pkb. Taką wielkość można bezpiecznie obsługiwać, a nawet zwiększyć, pod warunkiem oczywiście, że kredyt przysłużył się wzrostowi. Jedynie Czechy są ostrożniejsze, mając dług na poziomie 38%. Na drugim biegunie są nasi bratankowie znad Dunaju, którzy dorobili się 134% pkb zagr. zobowiązań, w tym 2/3 prywatnych. Podobny niestety skład ma polski dług. Aż 1/3 pochodzi z kredytu państwowego, zaciągniętego w dużej mierze na łatanie dziur i przejedzony. Ponadto należy pamiętać, że państwo jako inwestor ma bardzo mierny wskaźnik zwrotu, by określić to najłagodniej. Dochodzimy zatem do niewesołego wniosku, że co najmniej dwa duże kraje - Polska i Wegry - sporą część kredytów przeputały. Korzystne odróżnianie się o Węgrów ogólnym poziomem zadłużenia na pewno jest jakimś pocieszeniem, ale zmarnowanych funduszy nie zwróci.
W pozostałych krajach od 80% wzwyż kredytów walutowych zaciągnęły instytucje prywatne, głównie gospodarstwa domowe na potrzeby mieszkaniowe (boom budowlany). W Estonii na przykład, zaledwie 2% walutowego długu zaciągnęły instytucje państwowe.
Wnioski z dokładniejszej analizy tabeli nie nastrajają optymistyczie. O ile poziom zadłużenia Polski i Czech jest do utrzymania w dłuższym terminie, to nie można tego powiedzieć o południu Europy i Bałtyce. Gospodarki nowej Europy, korzystające z kredytowego wzrostu, napędzanego eksportowym motorem, nie są w stanie obsługiwać walutowych długów zdecydowanie ponad 100% pkb. Po pierwsze eksportowy wzrost na najbliższe lata zwolni i jego dalsze odbicie jest pod znakiem zapytania. Pod drugie - i ważniejsze - paraboliczny wzrost cen kredytowanych nieruchomości zwyczajnie się załamał i nie powróci na niedawne szczyty. Banki nie będą w stanie odebrać pożyczonych w budowlanej hossie pieniędzy z tego prostego powodu, że nikt rozsądny nie zechce pracować 30 lat, aby spłacić kredyt, dajmy na to 100, kiedy jego wymarzony domek jest wart na rynku 50! Oczywiście doprowadzi to do masy upadłości konsumenckich, ale w końcowym efekcie duża część opisanej różnicy wyląduje jako strata w banku. Chwilowo proces załamania został powstrzymany, ale problem nie zniknie, tak jak nie znikną budowane ze kosmiczne ceny domy. W końcu banki będą musiały zrealizować straty i pytanie, czy awaryjne kredyty MFW na to wystarczą. Moim zdaniem, przy takim poziomie zadłużenia, jest to pobożne życzenie. Łotwa, Węgry i Bułgaria nie udźwigną nabranych kredytów, bowiem wczorajsze prosperity prędko nie wróci.

Na koniec słowo wyjaśnienia do wagi problemu długu walutowego w CEE. Przyczyna jest prozaiczna, a wynika ze stuktury własnościowej. Otóż większość nowej Europy nie ma znaczącego krajowego systemu bankowego, wobec sprywatyzowania tych zasobów na przełomie wieków. Polska jest w środku peletonu z 80% portfela kredytowego w ręku podmiotów zagranicznych. Oznacza to, że krajów tych nie stać na jakieś wielkie zawirowania bankowe, bowiem w przypadku upadku choćby jednego dużego banku (zagr.) krajowe nie będą w stanie udźwignąć obsługi gospodarki i siłą rzeczy ucierpi ona znaczny regres. Bałtowie polegają prawie w 100% na obcym kredycie, a to oznacza, że nie mają w ogóle alternatywy krajowej. W chwili załamania jednego dużego banku zagr. cały system bankowy tych państw załamie się na zasadzie domina.
Z tego powodu rośnie regionalne ryzyko, bowiem banki o tym wiedzą i jeśli przekonają się, że jakaś plajta jest nieunikniona, porzucą swe filie w popłochu wiedząc, że nie warto ratować, bo zdarzenia potoczą się lawinowo. Nie mają poza tym po temu zasobów, a Unia nie pomoże. Bankowość to nie działalność charytatywna, a radośnie nadmuchanej bańki na nieruchomościach nie da się niestety wskrzesić. Taki jest już urok koncentracji. Jak wyjaśniłem wyżej państwa bałtyckie zostały faktycznie porzucone samym sobie i dalszy rozwój wypadków jest niejako przesądzony.
piątek, 5 czerwca 2009
Łotwa kutwa sitwa
Nie żebyśmy chłopa od sprężonych betonów nie lubili. W ogóle ostatnio promujemy wszystkich inżynierów w ekonomii ogólnie pojętej, niejako przymuszeni przez niekompetentną klikę klakierów, czy też klakę klikierów (to internet przecie). Poza tym przyzwoicie głosuje na Radzie PP, stąpając na Nogę. Beton zatem nie beton, w radio mówi Jethon. Ad rem. Złotówka.
Według dzisiejszej rewelacji Skrzypek: sytuacja na Łotwie bez wpływu na polską walutę.
Sytuacja gospodarcza na Łotwie nie powinna mieć negatywnego wpływu na polską walutę - powiedział w piątek dziennikarzom prezes Narodowego Banku Polskiego Sławomir Skrzypek.
W strefie euro w kwietniu Łotwa, obok Hiszpanii, odnotowała najwyższe bezrobocie - wynika z danych Eurostatu.
"Włożyliśmy dużo pracy, aby odróżniano nas od całego regionu, czy na tle rynków wschodzących.(...) Uważam, że rynki to zrozumiały, zwłaszcza, że pokazaliśmy dodatni wzrost gospodarczy" - podkreślił szef NBP.
Według GUS w I kw. 2009 r. wzrost gospodarczy w Polsce liczony rok do roku wyniósł 0,8 proc.; z danych Eurostatu wynika, że w pierwszym kwartale 2009 r. polskie PKB zwiększyło się o 1,9 proc. Różnica w danych wynika ze stosowanej przez oba instytuty metodologii badań.
Zdaniem Skrzypka, dodatni wzrost gospodarczy nie jest powodem do "hura optymizmu", jednak wyraźnie odróżnia nas od innych krajów. "To jest bardzo pozytywne odróżnienie" - zaznaczył.
Agencja statystyczna Unii Europejskiej Eurostat podała we wtorek, że najwyższą stopę bezrobocia w strefie euro w kwietniu obok Hiszpanii odnotowała Łotwa. Stopa bezrobocia wyniosła tam 17,4 proc.
Według informacji Eurostatu, w pierwszym kwartale (w ujęciu rocznym) PKB Łotwy spadło o 18,6 proc.
Na nasze nieszczęście pozytywne odróżnianie jest dobre na Miss Polonia, ale w finansach niekoniecznie. Przy okazji, zwróciliście uwagę, jakie sprośne gęby mają ci wszyscy sponsorzy, ślinią się niemiłosiernie... Niestety forsa, zwłaszcza duża, ma brzydką twarz, ale za to przenikliwy, szybko rachujący umysł. Polska jest w koszyku emerging markets, nie ma własnego systemu bankowego (wszystko to filie banków zagranicznych), jest kredytobiorcą netto, co przy spadającej koniunkturze oraz słabnącej walucie (ryzyko walutowe koteczku) powoduje psucie portfela kredytowego i zyski banków zaczynają się zamieniać w straty. Jeśli do tego rząd prowadzi marsjańską księgowość, ukrywając spadek dochodów oraz wzrost wydatków budżetu, co skutkuje oczywiście nowelizacją budżetu, to wiarygodność finansowa takiego kraju, nawet z najpiękniejszą twarzą, jest podłej marki.
Oczywiście że do kryzysu daleko, budżet się dopchnie kolanem, banki przeżyją z lekkimi stratami, będzie kilka przejęć itd. Niestety sponsorzy z brzydkimi twarzami wiedzą, że budżet jest malowany, a rezerwy kapitałowe banków na wyczerpaniu. Dlatego zresztą Skrzypek wykupił od nich wcześniej obligacje. Suchość to się nazywa.
Podważanie wiarygodności i stabilności finansowej dla publicity - zdaniem zezowatego Z - odbywa się kosztem zauroczonych kredytobiorców, którzy płacą miesięczne raty o 50% większe. Im dłużej będzie trwał festiwal piękności, tym większa będzie premia od ryzyka dla panów o brzydkich twarzach. Czas, żebyś to zrozumiał, drogi płatniku. Płaci się nie za piękność, tylko wynik. To jest ekonomia, nie eurowizja.
piątek, 17 kwietnia 2009
Mam żal do ministra
Minister Rostowski nie jest człowiekiem przypadkowym, dlatego drobne złośliwostki typu brak peselu zezowatego nie interesują. Ważne jest meritum, a to niestety wygląda słabiutko. Nie chodzi nawet o jakieś wielkie dokonania, ale o najprostszą koordynację polityki finansowej Polski. Dla zezowatego republika bananowa jest bardziej przewidywalna, nie mówiąc o Gabonie, zarządzanym wzorcowo.
Polska nie jest co prawda jeszcze w recesji, ale będzie najpóźniej jesienią i nie jest to tajemnicą, bo zezowaty pisze o tym od Mikołaja. Zupełnie księżycowo na tym tle wygląda detonator obecnej zwałki, pan Vincent. Zapowiedział, że recesja będzie, dzień po zakontraktowaniu awaryjnej linii kredytowej na 20 mld z MFW. To można sprzedać w takiej formie baranom na Podhalu, a nie goldim tego świata. Jak janki to usłyszeli, to natychmiast zaczęli się pakować. W ciągu miesiąca zarobili po 50%, spójrzcie na indeks dolarowy.
Co powinien zrobić Vincent (żebyście go nie winili za zjazd)?
1. Poprzeć Gurcsanyego w Strasbourgu (wersja aktywna) albo milczeć (wersja pasywna). Za wszelką cenę unikać korzystnego odróżniania się od parszywych Węgrów, bo nie dość że podkopujemy w ten sposób Grupę Wyszehradzką, to jeszcze upewniamy świat, że Polska jest zagrożona. Kapitał traktuje Polskę stadnie, jeśli kłopoty ma Praga, to i Warszawa. Ponadto tylko w grupie Polska mogłaby uzyskać coś konkretnego od ECB, w sprawie sposobu i metod wchodzenia do ERM, a także funduszy stabilizacyjnych, którym na drodze stanęła kanclerz Merkel.
2. Odpowiednio wcześnie przestać ujadać o zdrowych fundamentach, nie oddamy ani guzika i tromtadracją, najpóźniej wtedy, kiedy budżet przestał się domykać.Jest to racjonalne podejście, aby uniknąć blamażu, takiego jak przyznanie, iż Polska nie tylko nie jest odporna na kryzys, ale będzie w recesji prawie na pewno nazajutrz po tromtadracji, że nam nic nie grozi.
3. Ostrożnie zakontraktować awaryjne finansowanie deficytu oraz współwarunkowane tym wejście do ERM. To są ściśle powiązane kwestie i nalezy je negocjować i uzgodnić z ECB, Angelą Merkel, prezydentem Kaczyńskim i premierem Tuskiem. Polska mogła - w grupie z Węgrami wytargować pomoc akcesyjną (stabilizacyjną) od ECB. To bankowi centralnemu zależy na zredukowaniu ryzyka kursowego, ponieważ kredyty banków z tej strefy są zagrożone. Było to możliwe przy skoordynowanym, przemyślanym i konsekwentnym wysiłku. Mamy fundusz awaryjny z MFW, który spełni tę samą rolę, ale jest z MFW, a ponadto żaden to sukces, Polska wpłaci swoją składkę do funduszu w wysokości 1,5 mld.
4. Opublikować polską ścieżkę do ERM, z kalendarzem, lub bez, wszystko jedno, ważne: z warunkami brzegowymi do negocjacji z Unią (i finansjerą), jako wynik konsensusu politycznego w kraju. Zamyka to hasanie polityków od ściany do ściany kosztem polskich firm i przymusowo buduje ich lojalność. Dlaczego musi to zrobić Vincent? Bo on toto firmuje. Skoro takich warunków szefowi nie stawia, to jest malowany, ale i tak za to odpowiada.
Zamiast tego Vincent wykonał wszystkie punkty na opak. Po co i dlaczego? Widocznie nie mógł lepiej. Ale przyznacie, po bliższej analizie, fachowiec z janek nie mógł nic innego zrobić, jak się spakować. Na jednej sesji dolarowy indeks wig20 spadł 5,5%. To coś znaczy.
Nakreślone cztery życzenia oczywiście nie były do spełnienia w dzisiejszej Polsce, niemniej żal mi ministra Rostowskiego, gdy chce przekuć awaryjną pożyczkę stabilizacyjną z MFW na sukces polskiego rządu i dowód siły finansowej, dowodząc przy tym jednocześnie, że recesja w Polsce nie jest nieunikniona. Ktoś, kto ma odrobinę dłuższą pamięć niż tydzień i odrobinę bogatszą literaturę, niż Fakt, odnosi przykre wrażenie niekompetencji, słabości i niekonsekwencji. Cóż zatem powiedział Vincent? Niby nic, w kampanii PR nawet nieźle, ale w ciągu zdarzeń, w kontekście międzynarodowym, klapa i żenada.
Na koniec optymistycznie. Nie jest tak, że Polska jest wyjątkowa w swoich kłopotach. Po prostu Polska nie jest wyspą i prowadzenie polityki wyborczej i gospodarczej staje coraz częściej do siebie w opozycji. Co wygrywa, widać. Podobnie jest jednak na całym świecie. Stany: recesja+deflacja, Niemcy: recesja+deflacja, Brytania: recesja+deflacja, Chiny:słabnący wzrost+deflacja. Polska całkiem nieźle:stagnacja+deflacja.
poniedziałek, 30 marca 2009
Byłem na szczycie G20 czyli raport z bezpiecznej przystani
Aczkolwiek pozostajemy na stanowisku, że rosną siły podkopujące dolara w dłuższym terminie, jest jasne że dolar musi jeszcze w pełni wykorzystać swój status bezpiecznej przystani.said Neil Mellor at Bank of New York Mellon.
Ton komentarzy wszędzie podobny. Giełdy azjatyckie i europejskie w dół, dolar w górę, ponieważ "inwestorzy uciekają do bezpiecznej przystani". Co za bełkot.
Zezowaty tłumaczy tłumokom: nie ma żadnej ucieczki, nikt tu nikogo z widłami nie gania. Jest podobno wolny rynek, a nie jakiś pożar buszu. Skoro euro się osłabia, to znaczy, że sprzedający akceptują spadającą cenę a kupujący są silniejszą stroną negocjacji (chwilowo).
Co powiedział naprawdę miły pan z banku Mellon, który nota bene jest członkiem FED? Powiedział, że dolar jeszcze nie wykorzystał do końca swojego potencjału wzrostu. On to nazywa w swojej pożarniczo-katastroficznej poetyce "bezpieczną przystanią", a zezowaty - w imię idei wolnego rynku, gdzie nie ma chwilowo żadnej wojny, ani wielkiego kataklizmu, tylko handel jak co dzień - tłumaczy, że w najbliższym czasie popyt na dolara będzie większy od podaży i w tym cała zagadka "bezpiecznej przystani".
Swoją drogą jakim trzeba być imbecylem, żeby w Financial Times pisać takie brednie do kolportowania na całym świecie, cytowane później z namaszczeniem przez "ekonomistów". Ucieczka do bezpiecznej przystani oznacza paniczne delewarowanie, czyli wyprzedaż aktywów za bezcen, aby spłacić żądania kredytodawców. Pan z Mellona woli to widzieć jako dobrowolną ucieczkę inwestorów do Stanów, gdzie podobno są bezpieczni przed paniką strachu w Europie i Azji. No tak, tylko czemu NYSE dziś będzie na rubinowo? Z powodu ucieczki w dolara zapewne. Przestraszeni emeryci wyprzedają fundusze, żeby się zapakować w obligacje :)) Ze śmiechu się posikam.
Dlaczego nowa tura ssania dolara? Podziękujcie Gordonowi, któremu wyciekł projekt raportu podsumowującego szczyt G20 w Londynie mający się odbyć w tym tygodniu. Zezowaty sobie przeczytał i niespecjalnie jest zachwycony, żebym już ostatecznie dostał nieuleczalnych zajadów popychadła Gordona tłumaczą, że tekst nie jest jednolity, bo jest dopiero konsultowany.
Nic, absolutnie nic w tym dziwnego, że w projekcie nie ma słowa o skoordynowanej akcji fiskalnej (czytaj pompowania deficytów celem ożywienia koniunktury), bo skoro impotent Brown nie jest w stanie utrzymać w tajemnicy nawet projektu rezolucji takiej pajacowej konferencji, to jakże mógłby przekonać kogokolwiek do skoordynowanej akcji i to jeszcze wymagającej mózgu i pieniędzy? Ten człowiek nie jest w stanie dobrze zacząć, skończyć ani nawet pomieszać herbaty, a najmłodszy i pyskaty członek parlamentu nazwał go na ostatniej sesji celnie "zdewaluowanym premierem zdewaluowanego rządu".
Jednym słowem w obliczu porażającej kompetencji Europy pieniądze wiedzą już z absolutną pewnością, że w Europie dalszego stimulusu nie będzie, czyli heroiczna akcja pompierska Obamy na tym etapie sflaczeje. Zezowaty tłumaczy: reakcja rynku świadczy o braku wiary w powodzenie pobudzenia popytu światowego z powodu ociągania Europy. Oczekujemy kilkuletniej depresji. Do czasu zakończenia delewarowania dolar będzie zasysany według słów Mallona do "bezpiecznej przystani".
W Stanach Obama jednak okazał się obojętny dla GM (święte krowy są tylko na Wall Street) i może on wraz z Chryslerem upaść. Jeśli nie przedstawią konkretnego planu wyjścia na prostą (a nie przedstawią) zero dodatkowych pieniędzy. Banki muszą przetrwać, fabryki nie muszą. Co to oznacza dla ulicy? Teraz dodatkowe ratunki dla banków w zasadzie są już przesądzone, ponieważ gniew ludzki przelał czarę goryczy. Ta droga jest dla Kongresu zamknięta. Co gorsza, w miarę postępowania masowych zwolnień - fala bezrobocia dopiero się rozpędza - jakakolwiek pomoc dla świata finansów będzie coraz bardziej ryzykowna politycznie. Upadek GM, a na to się nieuchronnie zanosi, wywoła regularną depresję w Stanach, a dziś wydaje się że Obama nie ma siły temu zapobiec.
Popatrzmy co dzieje się w walutach. Dolar skoczył boleśnie do złotówki o ponad 3,50%. Boli.
Na wykresie wygląda na start na nowe szczyty.
Wykres długoterminowy potwierdza tę możliwość, bo nie jest to z całą pewnością odwrócenie trendu aprecjacji dolara.
Podobnie sytuacja wygląda wobec euro.
W horyzoncie roku widać pięknie, jak spirala zaczęła się rozkręcać, prawie dokładnie 1 sierpnia 2008. Nie 15 września, z upadkiem Lehmana, który notabene był skutkiem, wypadkiem przy pracy w tym procesie. Moim zezowatym zdaniem został on zapoczątkowany w Fannie Mae oraz Freddy Mac - opisane w poprzednim wpisie operacje rosyjskich i chińskich funduszy SWF.Pierwsza fala delewarowania trwała do listopada, gdzie osiągnięty został pułap 0,80 usd/eur. W grudniu nastąpiła chwila oddechu, kiedy fala umorzeń jednostek w hedge-fundach została przerwana. Świąteczny spokój został przerwany z końcem roku, kiedy maszyna likwidująca dolarowe pozycje z nieubłaganą logiką odkurzacza podjęła swą pracę znowu. Praca została przerwana - czy to nie układa się logicznie? - z końcem lutego i cały marzec w akcjach świeciło słońce. Dolar spokojnie opadał pod swoim ciężarem z potwierdzonego szczytu 0,80.
Czy kogokolwiek dziwi zatem, że z końcem marca odkurzacz zasysa ponownie? Przez co najmniej dwa miesiące dolar będzie się umacniał, przynajmniej do 0,80. Dlaczego przynajmniej? Wszystko zależy od Tricheta, jeśli rzeczywiście rozpęta prawdziwe QE w strefie euro, a wszystko na to wskazuje, to krótkoterminowo euro jest słabsze od dolara i możemy nawet zobaczyć przez chwilę 1,00. Tak! dolar równy euro po 5,00 zeta.
Krótkoterminowo nie znaczy, że ma to szansę się utrzymać dłużej. Nie ma najmniejszej szansy, zwłaszcza że dolar to - jak zezowaty konsekwentnie podkreśla - fundamentalnie śmieć, ale cieszący się przejściowo wielkim popytem przed pogrzebem. Spójrzmy na dłuższy wykres.
Długoterminowy trend spadania dolara, rozpoczęty 1 stycznia 2006 (znowu równy początek, to nie przypadek), został gwałtownie przerwany w sierpniu ub. r. Do tego czasu dolar zszedł do poziomu ok. 0,60 do euro i zawrócił, aby dwukrotnie się odbić od granicy 0,65. To potwierdziło długoterminowy kanał wahań 0,60-0,65 do euro. Wszystko by tak pozostało, gdyby nie Lehman...
To, że nie mamy do czynienia z żadnym odwróceniem trendu na dolarze i tp. bajki, dla kogokolwiek znającego rynek jest oczywiste. Awaryjna aprecjacja dolara w ostatnim czasie najzwyczajniej nie ma precedensu, jest tak stroma. Nigdy nie było jeszcze takich tektonicznych ruchów walutowych. Wynikają one nie z panicznych skoków na giełdach, ale z panicznego obrotu dolarowymi aktywami. W przeciągu pół roku Stany zassały kilka bilionów dolarów! Oto prawdziwa przyczyna. Niemniej dolar jest bardzo słaby (pachnie sprzecznością?), bo nie zdołał przebić bariery 0,80, tworząc piękny podwójny szczyt. Tu akurat zezowaty by się nie upierał, podwójna barierka pod urokiem Gordona Browna może puścić...
wtorek, 24 marca 2009
Quo vadis lollar, czyli Benek Laxicopter
Czwartkowa decyzja FED o wprowadzeniu quantitative easing na sumę biliona dolarów spowodowała nerwowe reakcje na rynkach walutowych i dłużnych. Dolar w ciągu minut osłabił się o 3% do koszyka walut, ale za to 10-letnie obligacje skarbowe podrożały (zmniejszyła się ich rentowność). Czy dolar się zawali? Co czeka nas w najbliższym czasie? Bardzo dobre pytania. Quo vadis lollar?
Dollar rulez
Dzięki Dorocie macie krótkie podsumowanie obrazkowe dlaczego tajemnica bankowa Szwajcarii pękła jak piękne wspomnienie .
Przy okazji wyjaśnia się bajka Koniarskiego o finansowym ataku na USA, kiedy po Lehmanie
Zezowaty piątek, trzynastego
Pan każe, sługa musi, albo robimy to za pieniądze
Europa śr.-wsch.: zawali się?
Erste Sparkasse: CEE jest bezpieczne
Fanny money, co dalej?
Telegraph: co mówi Ambroży
Tusku i Rostowski: same sukcesy
Keine Panik auf der Titanic - kurs na wschód
ECB może się zawalić, tako rzecze Roubini
Cenzor 2.0, czyli e-commerce
Bratanki Gronickiego
Pawlak: opcja zero czyli Pawlak pod Grunwaldem
albo tańczący z bankami.
Poprzednie odsłony:
Broń masowego dojenia
Pawlak na białym koniu
Czaruś pod choinkę





