niedziela, 24 sierpnia 2014
poniedziałek, 14 stycznia 2013
ACTA: Wielki Brat i seryjny samobójca
- Watsonie, wiesz co łączy spiskowców, najemnika i ofiarę?
- Zbrodnia?
- Nie to miałem na myśli, szerzej Watsonie.
- Szerzej już nie potrafię.
- Łączy ich prawo, Watsonie.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Lechu Maziakowski, nie idź tą drogą
Najserdeczniej dziękujemy za pochlebną recenzję na łamach internetowego wydawnictwa BIBUŁA na stronie http://www.bibula.com/?p=55457
czwartek, 4 listopada 2010
Zdjęcie za (ponad) tysiąc baksów
W sumie nic wielkiego, dobre zdjęcie z prawem publikacji może być tyle warte. Jednak komuś coś ostro się chyba popiórkowało. Jak donosi Prawna
To i tak nic w porównaniu z wyliczeniem strat, jakie dostał internauta o nicku spiderfox od innej kancelarii. Za 10 zdjęć, które 3 lata temu pobrał z internetu bez zgody właściciela praw autorskich, dostał żądanie zapłaty 35 tys. zł.
– To procedura zgodna z prawem. Jeżeli poszkodowany potrafi znaleźć winnego i chce dochodzić swoich praw, przedsądowe wezwanie do ugody jest normą. Jedyne, co mogłoby być złamaniem etyki, to straszenie, że jeżeli do ugody nie dojdzie, sprawa zostanie zgłoszona do ścigania karnego – uważa dr Wojciech Machała, ekspert ds. prawa autorskiego.
Zauważ, że nie ma mowy o publikacji, tylko o nielegalnym pobraniu. Ponad tysiąc baksów za obejrzenie - jak by nie podniecającej foty - to na zezowate oczy odrobinę drogo, nie mówiąc już o odlotowej nielegalności oglądania. Oczywiście nie chodziło o zwyczajne pobranie jakiejś foty, umieszczonej na jakimś fej-zbuku przez jakiegoś napaleńca, ale pewnikiem o ściągnięcie jakiegoś cracka z serwisu agencyjnego albo tym podobne kwiaty, niemniej najwyraźniej nieźle się pisarzom poturbowało. Teraz musisz uważać, ściągniesz jakiś nielegalny plik - i już po tobie. Gorzej, że przeglądarka robi to automatycznie ;-) Z tego wniosek, że samo czytanie zezowatego może być już nielegalne. Wesoło.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Wyżnikiewicz, Trystero, CTKJ?
Zamiast spokojnie cieszyć się świętami, w czasie gdy ja wklejałem na blogu kolędy, inni pracowicie wypełniali swoje blogi jadem... Cóż, każdy robi to co musi. Piesek na ten przykład czuje przymus kategoryczny, aby obsikać jakieś drzewko, a w braku drzewka moją nogawkę. Aby nie tracić czasu, na wyszukiwanie o co chodzi, masz gotowe, jeśli chcesz to badać. Ja nie za bardzo, stąd gotowce. Swoją drogą gratuluję sukcesów w owocnym studiowaniu moich tekstów. Onegdaj szacowny doktor nauk nie zechciał wyjaśniać niczego, bo z profanami nie gada. Dziś, nieproszony, całe artykuły pisze, polegające na manipulacji. Doktorant wypisuje bzdury i konfabulacje, a kiedy otrzymuje odpowiedź, biegnie ze skargą do doktora. Prędko, prędko do doktora, bo teoria bardzo chora... Tak się zastanawiam, czy to moja "ważność" tak wzrosła, czy ich "autorytet" tak uwiądł.
Chłopaki, zdecydujcie się wreszcie, czy warto mnie czytać (i studiować), czy nie, bo wasze tańce są żałosne. Nie warto czytać, a wy studiujecie mój blog i jeszcze recenzje i paszkwile wypisujecie, kiedy normalni ludzie siedzą za stołami i śpiewają kolędy. To ja już taki ważny jestem? Nie wbijajcie mnie w dumę, a siebie w idiotyzm. Zachowajmy proporcje.
Gratuluję też na nowy rok awansu. Macie duże szanse na fuchę w Super Ekspressie oraz pomponik.pl, doszlifujcie tylko warsztat, trochę dystansu do swoich autorytetów (tu mały look w loosterko), bo najlepiej to nie wygląda. Panie doktorze, panie doktorancie, nie idźcie tą drogą. Zrobicie z siebie pośmiewisko, lojalnie ostrzegałem. Dlatego - jeśli nadal chcecie mnie zaszczycać swoimi "analizami" - żądam wyraźnego zaznaczania źródeł oraz poczynionych skrótów, bowiem collage różnych urywków wyrwanych z kontekstu nie tylko jest manipulacją sensu stricte, ale ponadto narusza prawa autorskie. Skoro cytują i obsmarowują mnie autorytety, zasługuję na cytowalność, prawda? Gwoli reguł naukowych, prawa prasowego oraz autorskiego. Cytat-źródło. Czy musicie uciekać się do tak tanich chwytów, jak wyklejanka urywków zdań z komentarzy do mojego bloga? Nic ciekawszego nie dzieje się na świecie, nie mówiąc o waszych domach? Nie jestem drobiazgowy, ale na kilka cytatów, w tym trzy przeinaczone (niedozwolone skróty, nie mówiąc o wyrwaniu z kontekstu), żadnego źródła?
Życzę zatem frustratom wielu sukcesów na drodze łamania dobrego smaku (i prawa) w roku 2010, profesjonalnie a jakże! Do siego. Zdrowej manipulacji z braku czego lepszego. Charakterystyczne, że nie pokusili się na odpowiedzi ad rem, profesjonaliści od PR, a jest do czego, proszę bardzo. Owóż kiedy brakuje argumentów, klasyk dezinformacji zaleca zacząć pluć, oczerniać, a najlepiej znaleźć sobie sojuszników...
Nie dyskutujemy z nadętymi
Jak sikać pod wiatr, czyli bezrobotni agresywni
Strzała frusterkiewicz! Właśnie zszedłeś na poziom MPWiK. Pociesz się, że tak musiało być, it's human nature. Ja niestety nie dołączę do imprezy, nie gniewaj się, lojalnie uprzedzałem (patrz art. wyżej). Kiedy ci się nie zgadzają fakty, bierzesz "na autorytet", to działa na wiernych. Apage~! Ale odradzam Ci czytanie tego bloga. Wierzysz przecież, że żadnego kryzysu finansowego nie było i nie będzie, jeszcze stracisz wiarę. Pamiętam o przestrodze: biada tym, którzy gorszą maluczkich.
Zatem nie czytaj, nie pytaj, nie donoś i nie odnoś, nie przynoś i nie wynoś, daj sobie luz chłopie, chociaż w święta, bo będę musiał cię naprawdę obsmarować, panie autorytecie, recenzujący ścinki z niszowych blogów, latający po necie jak narcyz, w poszukiwaniu swego nazwiska i gryzmolący paszkwile, kiedy inni świętują, tak jakbyś naprawdę w tym centralnym planowaniu nic lepszego do doktoryzowania nie miał, a po co ci to? Jeśli zechcesz jeszcze głębiej zanurkować, proszę bardzo, jestem świetnym trenerem nurów, ale pomnij: ostrzegałem.
Do siego roku! Prost, cheers, skol! Kto powiedział, że minister Fedak jest niesympatyczna?
PS. Zażądałem od agresorów szanowania prawa autorskiego na ich stronach (zobaczymy czy usuną) oraz mailem. Powierdzenie wysłania sprostowania prawo cytatu zezorro.blogspot.com.
Pierwszy odpowiedział pan doktor (oczywiście komentarz tej samej treści na stronie usunął).
From: Bohdan WyżnikiewiczAdd contact
To: zz@*******.me
Date: Mon, 28 Dec 2009 09:28:14 +0100
Panie zezowaty zorro,
Nie mam zamiaru zamieszczać żadnych sprostowań:
1. Nie cytuję Pana, tylko Tystero.
2. Jeżeli dwa fragmenty Pańskich opinii, które przytoczyłem, w sprawie
recesji w 2009 roku nie są prawdziwe, to mogę o tym wspomnieć, ale
potrzebuję dowodu.
3. Blog nie jest artykułem.
4. Od dawna ignoruję Pana w Internecie, a tekst Tystero przytoczyłem z
satysfakcją: to Pan mnie pierwszy zaatakował, a nie ja Pana. Wyzwiska
pod moim adresem Pańskiego autorstwa zasługują na wytoczenie procesu
cywilnego o zniesławienie, czego nie zrobię, bo nie mam na to ani czasu
ani ochoty.
5. Link podany przez Pana niczego nie pokazuje.
Bohdan Wyżnikiewicz
Co jako żywo udowadnia zamiar trwania w łamaniu prawa, stąd moja odpowiedź.
From: zz@******.me Add contact
To: Bohdan Wyżnikiewicz
Date: Mon, 28 Dec 2009 10:09:25 +0100
This message is not encrypted, and is digitally signed by "zz@******.me"
Wielce Szanowny Panie Doktorze nauk ekonomicznych!
Z przykrością stwierdzam, iż w swojej pospiesznej odpowiedzi
(dziękuję) potwierdził Pan zarówno swoją złą wolę w poruszonej
przeze mnie sprawie, jak i ignorancję co do stanu prawnego. Proszę
szczegóły skonsultować z fachowcami, ja ograniczę się do minimum.
1. Nie interesuje mnie kogo pośrednio Pan cytuje. Interesuje mnie
podawanie cytatów jako mojego autorstwa. To co Pan opublikował nie
jest mojego autorstwa, bowiem wypacza treść i sens moich
wypowiedzi.
2. Nie potrzebuję Panu przedstawiać żadnego dowodu swojego
autorstwa, ani treści swoich poglądów czy publikacji, to Pan jest
ustawowo zobligowany podać źródła na które się Pan powołuje, w tym
konkretnie przypadku moją osobę. Zacytował Pan tekst i przypisal mi
jego autorstwo wbrew warunkom licencji - patrz tekst na mojej
stronie. Osoba, którą Pan wskazuje jako źródło, nie ma stosownej
licencji, zresztą to bez znaczenia, bowiem to Pan musi dbać o
poprawność prawnoautorską swoich publikacji. Tekst przypisywany mi
nie jest mój, a Pańskie wybiegi są żałosne. Odmowa sprostowania,
które mogłoby zaistniałe braki konwalidować, uniemożliwia
dochowanie wymogów prawa, zatem stanowi przesłankę złej woli. Dał
Pan właśnie dowód postanowienia dalszego łamania prawa.
3. Blog jest objęty zarówno prawem autorskim, jak i prasowym, patrz
orzecznictwo SN. Pańskie wykładnie pojęcia artykuł nie mają w
sprawie zadnego znaczenia.
4. Szczegóły pańskiej współpracy z Pańskimi źródłami są mi
obojętne, gratuluję satysfakcji. O ile mnie pamięć nie myli
chronologia wyzwisk jest odmienna, ale mogę być w błędzie. Co do
dalszych działań w niczym Pana nie krępuję.
5. W sprawie linków proszę spytać pierwszą z brzegu osobę obeznaną
z internetem.
W związku z jasno wyrażoną odmową zachowania ustawowego prawa do
sprostowania (ust. Prawo Prasowe) oraz cytatu wg. licencji na moje
utwory (ust. Prawo Autorskie), które potwierdza Pański zamiar
trwania w manipulacji moimi wypowiedziami, zajmuję następujące
stanowisko.
1. Zabraniam Panu powoływania się na moje wypowiedzi bez
uprzedniego pisemnego uzgodnienia.
2. Żądam usunięcia wszystkich moich cytatów z Pańskich publikacji,
a tam gdzie to jest niemożliwe, umieszczenie stosownej wzmianki o
proteście. Nie zamierzam figurować w pracach osób lekceważących
prawo i dobry obyczaj.
Przykro, że - jako naukowiec - nie stara sie Pan nawet zachować
pozorów szacunku dla prawa autorskiego, jednego z filarów
nowoczesnej nauki. Co do elegancji odmowy sprostowania nie będę
Pana zanudzał, bo najwyraźniej szkoda czasu.
Żegnam
zezowaty Zorro
Pan Bohdan Wyżnikiewicz - do czasu uzyskania tronu papieskiego - nie ma prawa powoływać się na moje wypowiedzi bez uprzedniego pisemnego uzgodnienia ze względu na brak poszanowania polskich ustaw i dobrego obyczaju. Odmawia sprostowań, zatem - krótka piłka - jego wypowiedzi na mój temat są ex definitione manipulacją i konfabulacją. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.
Teraz czekam na drugiego asa, na razie usunął komentarz, zero odpowiedzi na maila. Ach ten internet, niby tak łatwo manipulować, tu poszczekać, tam nasikać, a tu zonk! Się porobiło.
Odpowiedź nadeszła w postaci ignorancji - jak to dobrze pasuje - i siarczystej riposty (czy gostkowi naprawdę nie żal czasu, poświęcił mi chyba pięć artykułów, za co on mnie tak kocha?) na blogu. Zatem sprawa jasna, oto mój mail wysłany do asa Krakowa.
From: zz@******.me Add contact
To: trystero.pl@*****.com
Date: Mon, 28 Dec 2009 16:10:37 +0100
This message is not encrypted, and is digitally signed by "zz@******.me"
W związku z tym, że zignorował Pan jasno wyrażone wezwanie do
zamieszczenia sprostowania (ust. Prawo Prasowe) oraz cytatu wg.
licencji na moje utwory (ust. Prawo Autorskie) - usunięty komentarz
z g.8.11 oraz poprzedni mail, które potwierdził Pan na piśmie w
swoim wpisie w blogu 28.12.2009, g.14.24, a mianowicie zamiar
trwania w manipulacji moimi wypowiedziami, zajmuję następujące
stanowisko.
Podziękowałem Panu za serię artykułów, w komentarzu który Pan
usunął, doceniającym wkład pracy włożony w studia moich poglądów.
Niestety usunął go Pan, jakkolwiek tekst został wysłany także
mailem. Zażądałem w nim także cytowania moich wypowiedzi zgodnie z
licencją na mojej stronie, które Pan zignorował. Zamiast reakcji na
zawiadomienie o naruszeniu prawa z wezwaniem do jego usunięcia,
raczył Pan skomentować je na piśmie jako "stek wyzwisk i
insynuacji". Świadczy to o Pańskim neandertalskim podejściu do
reguł cywilizacji, na które kształcony człowiek, za którego Pan się
uważa - jest Pan rzekomym doktorantem czołowej uczelni - raczej nie
powinien sobie pozwalać.
Zabraniam Panu powoływania się na moje wypowiedzi bez uprzedniego
pisemnego uzgodnienia. Nie zasługuje Pan na domniemanie dobrej
woli, bowiem publikuje Pan manipulacje i konfabulacje na temat
moich poglądów, odmawiając prawa do korekty a nawet
licencjonowanego cytatu. Otóż wykorzystywanie cudzej twórczości
poza licencją jest kradzieżą. Skoro jest to Panu obojętne, to
Pańska pycha mnie zwyczajnie poraża.
Żądam w związku z powyższym usunięcia wszystkich moich cytatów z
Pańskich publikacji, a tam gdzie to jest niemożliwe, umieszczenie
stosownej wzmianki o proteście. Nie zamierzam figurować w pracach
osób lekceważących prawo i dobry obyczaj. Pańskie elukubracje na
mój temat są z tego właśnie powodu - odmowy rzetelnego cytatu -
manipulacją ex definitione.
Przykro, że - jako naukowiec - nie stara sie Pan nawet zachować
pozorów szacunku dla prawa autorskiego, jednego z filarów
nowoczesnej nauki. Co do elegancji odmowy sprostowania jest po
prostu żałosna, w konfrontacji choćby z doktorem W., który
odpowiedział niezwłocznie.
Żegnam
zezowaty Zorro
No i oto mamy spokój, drogi Watsonie. Recenzje PP Wyżnikiewiczów oraz Trysterów są niestety konfabulacjami, skoro nie muszą dbać o źródło swoich informacji. Poezja na temat zezorro, kurczę chłopaki, przegięliście i to zdrowo ;)
piątek, 5 czerwca 2009
Globalna magma praw własności intelektualnej
Kiedyś, na fali dobrego humoru chyba, Zezowaty ustanowił mnie współautorem swojego bloga i zachęcił do pisania na tematy praw własności intelektualnej (tzw. IPR od Intellectual Property Rights), polityki i ekonomicznych aspektów tego tematu. Ryzyko Zezowatego jest duże, bo jako prawnik mogę Wam sypnąć ze dwa razy nudnawymi teoriami i publicity ucieknie do kogoś innego.
Do rzeczy. Skoro nasza współpraca rozpoczęła się przy okazji dyskusji o piractwie, spróbuje pokrótce wskazać jakie grupy interesu stoją za takim a nie innym kształtem norm prawnych. Aby zrozumieć skąd bierze się prawo, które czyni nas kryminalistami za skopiowanie kawałka mapy ze strony www, należy przyjrzeć się najpierw układowi sił na globalnej mapie interesów. Ten wpis poświęcam wyłącznie próbie przedstawienia globalnego mechanizmu powstawania norm prawnych dotyczących praw własności intelektualnej (obejmujących prawa autorskie patentowe i inne) a nie ich ocenie ideowej czy celowościowej. Temat jest bardzo obszerny, więc trzeba go jakoś rozbić.
Ponieważ blog jest zezowaty z natury rzeczy niniejszym autor zastrzega, że publikowane tezy są wolnymi przemyśleniami, na podstawie których nie mogą być konstruowane żadne roszczenia, przyrzeczenie, obietnice ani rzeczowe ani matrymonialne. W przypadku oblania się gorącą kawą lub zakrztuszenia pączkiem podczas czytania tekstu autor nie bierze za to odpowiedzialności i renty płacić nie będzie.
Szereg pierwszy - państwa. Kto tu rządzi ?
Odpowiedź jest jedna - The United States of America. Liderem wśród państw popierających IPR są Stany, nie ulega to wątpliwości. Wiodą prym jako eksporter nowoczesnych technologii lub produktów, utworów, innych efektów kreatywnej działalności (zobaczcie na spód IPhona - designed in California, assembled in China). Wytwory te oczywiście zabezpieczane są przez prawa własności intelektualnej, które zapewniają amerykańcom wyłączność (monopol) na ich sprzedaż. Bez ochrony IPR innowacyjna myśl techniczna, wkład finansowy w stworzenie niematerialnego ‘produktu’ poszedłby na marne. Nie jest dziwne zatem, że każdemu, kto będzie naruszał IPR Wujek Sam mówi stanowcze ‘NIE’. Traci na tym kasę i nie będzie się bezczynnie przyglądał.
Jest to ważne , żeby rozumieć, że to USA wytycza kierunek w którym zmierzać będzie reszta świata. Na polu międzynarodowym propozycje zaostrzenia sankcji za naruszanie IPRów przeważnie wychodzą od Stanów Zjednoczonych (bardzo ciekawe jest to skąd biorą się niektóre projekty i jak są wprowadzane do prawa –kiedyś o tym napiszę w szczegółach). Przykładem takiego traktatu jest porozumienie ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), o którym wiadomo tyle, że jest tajne : ) O tym jakiego rodzaju wprowadza innowacje możecie przeczytać sobie w Dzienniku Internautów. Polem do wprowadzania nowych przepisów jest przeważnie WTO.
Szereg drugi. Wydawcy, producenci, Urzędy Patentowe, Organizacje zbiorowego zarządu
Należy pamiętać, ze Internet stał się poważnym zagrożeniem dla wszelkiej maści podmiotów korzystających z takiego a innego ukształtowania rynku w przeszłości. Podmioty te będą wszelkimi środkami próbować utrzymać status quo korzystając z już istniejących instytucji prawnych.
Ugrupowanie o składa się z wydawców prasy, książek, producentów audio-video, organizacji zbiorowego zarządu, słowem pośredników pomiędzy artystą a konsumentem. Pośrednicy oczywiście pola nie zamierzają oddać a zagrożeni są przez machiny rodzaju You Tube czy Google Books Project (abstrahując od metod, którymi posługuje się Google przy wprowadzaniu tych produktów...) . Bronią się więc zastępami prawników i przepisami już istniejącymi. Dobrym przykładem z rodzimego podwórka są polskie organizacje zbiorowego zarządu, które są bardzo, bardzo dobrze osadzone w obecnym porządku prawnym i na razie nic nie jest w stanie ich poruszyć.
Na płaszczyźnie prawa patentowego mamy dodatkowo poważnego gracza - Urzędy Patentowe, dla których udzielanie praw wyłącznych jest podstawą funkcjonowania. Amerykański USPTO jest jedyną amerykańską agendą rządową zarabiającą a nie wydającą pieniądze ! Nie można się dziwić , że lobby urzędnicze będzie zawsze broniło swojej pozycji, a należy zaznaczyć, że są to wpływowi ludzie.
Całość przypomina gorącą magmę, z której wypływają na wierzch nowe projekty ustaw, lobbowane przez przeróżne grupy interesów. Każda zmiana prawa oznacza bowiem dla kogoś olbrzymie pieniądze a dla drugiego potężną stratę. Być może kiedyś opiszę co ciekawsze spory, ale tutaj chciałbym zaznaczyć tylko, że gra pomiędzy tymi potęgami odbywa się przy pomocy ... wiadomo czego (kogo). Oślizgłych prawników, lobbystów, zawodowych szantażystów wpływających na każdym etapie na każde rozstrzygnięcie prawne eksportowane następnie przez gracza nr 1 na rynki międzynarodowe.
Upraszczając można powiedzieć, że woda do bagienka międzynarodowego spływa z wyżej położonego bagienka amerykańskiego.
Trzeci szereg
Jedną z bardzo wpływowych grup (i odrębną od innych) jest grupa polityków i partie polityczne. Siła sprawcza mogącą nieźle namieszać, w najgorszym przypadku doprowadzając do powstania nowocześnie wyposażonego totalitaryzmu. Każdy projekt prawa dotyczącego praw własności intelektualnej musi być zatem badany pod kątem tego czy może służyć wprowadzaniu nadmiernej kontroli nad obywatelami. Ilość zagrożeń dla tych ostatnich jest potężna – mamy już retencję danych telekomunikacyjnych (pamiętacie Lepper - Gate z ministrem Kaczmarkiem ?) możemy doczekać się odcinania niepokornym obywatelom Internetu pod płaszczykiem ‘naruszania praw własności intelektualnej’ lub innych ciekawych kwiatków jak śledzenie aktywności sieciowej, wykorzystanie danych dotyczących stanu zdrowia dla celów politycznych, monitorowanie korespondencji, słowem raj dla służb specjalnych, gangsterów. Skoro o tych ostatnich mowa, to oczywiście również mają wpływ na to jak funkcjonuje Internet. Bardzo istotny jest problem dziecięcej pornografii, terroryzmu, przestępstw internetowych – to dotyczy nas wszystkich.
Czwarty wymiar
Na to wszystko należy nałożyć działalność miliardów konsumentów chcących w każdy możliwy sposób uzyskać lub wyprodukować (to też jest zagrożenie dla firm!) coś za darmo. Taka jest prawda, nie bójmy się jej. Walka o dostęp do dóbr cywilizacji nie jest ani nowa ani skomplikowana. Pod naporem bandy Hunów każdy porządek prawny może się wywrócić, w tym także ten ustanowiony przez Wuja Sama. Nie będzie Internetu ? Możliwe, ale jednak obstawiam coś innego.
Dokąd idziemy ?
Z mojego punktu widzenia zderzają się tu dwie zasady – z jednej strony chcemy aby Internet zapewniał anonimowość i wolność wypowiedzi w aspekcie politycznym, kulturalnym i wiążemy to z prawami człowieka, z drugiej zaś strony nie sposób nie zauważyć że społeczeństwo w całej swej masie nadużywa wolności korzystając z anonimowości (komentarze trolli na przeróżnych forach, masowe kopiowanie plików, etc.) lub wykorzystuje Internet w celach przestępczych. Ponieważ nie można zapewnić anonimowości i jednocześnie jej odebrać, uważam to za największy problem. W najbliższej przyszłości trzeba będzie zadecydować jakie wartości mają być podstawą do funkcjonowania społeczeństwa i w jaki sposób zapewnić w tym wszystkim równowagę.
Jeśli miałbym stawiać na to jak będzie wyglądał Internet za 10 lat to obstawiam taki właśnie kierunek, można powiedzieć chiński. Kontrola nad Internetem przez Państwowe Urzędy ds. Zwalczania Cyberpiractwa , kontrola nad infrastrukturą sieciową (dostawcy netu mają obowiązek monitorowania przepływu danych). Użytkownicy będą przeciwstawiać się protokołami szyfrującymi dane, urządzeniami mobilnymi, słowem wiele się nie zmieni, tak jak nie zmieniło się od czasów Napstera godnie zastępowanego przez Rapidshare.
Dodatkowym utrudnieniem jest fakt , że postęp technologiczny idzie tak szybko, że prawo za nim nie nadąża. Aby uświadomić skalę zmian, którymi mierzymy się obecnie wystarczy przypomnieć sobie jak wyglądał Internet w 2000 r. i jaka była jego funkcjonalność. Od czasów Napstera minęły lata świetlne, prawda? Tworzenie ustaw trwa natomiast latami, obowiązujące obecnie prawo ma swoje korzenie w okresie przedwojennym... Wobec tego nie pozostanie nic innego jak odciąć kabel – fizycznie, wprowadzając kolejne ustawy wymierzone w użytkowników końcowych
Jak to się zrobi ?
Początek źródełka legislacyjnego znajduje się gdzieś w stanie Delaware (tam gdzie nie płacą podatków wszystkie duże korporacje), z niego projekty prawa spływają do Kongresu a później na forum międzynarodowe, wracając w postaci aktów prawnych UE, które to Polska będzie musiała implementować do porządku krajowego.
Myślę, że nowe prawo przywiezione będzie w walizeczce Pana lobbysty, który w jeden dzień mini – jetem obleci całą Europę i pogada sobie z kilkoma premierami i prezydentami. Następnie Komisja lub Rada wprowadzi projekt nowej Dyrektywy na obrady w dniu, w którym zaczynają się wakacje Parlamentu Europejskiego i bach... nowe prawo zacznie obowiązywać.
Niezależenie od oceny czy kolejne propozycje Dyrektyw i rozporządzeń unijnych są potrzebne czy też nie, należy podkreślić, że w chwili obecnej proces stanowienia prawa w Unii Europejskiej jest ogromnie niejasny i pokrętny. Przykłady można opisywać godzinami – najlepszy chyba to mętna do bólu procedura uchwalania niedoszłej Dyrektywy ‘software - patentowej’ , zupełnie niedawno Pakietu telekomunikacyjnego.
wtorek, 28 kwietnia 2009
Zezowaty ma h I-phona
W hurcie taka podróbka kosztuje zaledwie 30 dolarów, więc nic dziwnego, że producenci z rejonu Shenzen przepychają się w kolejce do rynku miliarda konsumentów, dla których pięciokrotnie wyższa cena oryginału jest być może zbyt wysoka.
Owszem, posiadacze tzw. patentów, praw autorskich naciskają na chiński rząd, aby ukrócił piractwo. Co jakiś czas odbywa się jakaś pokazowa akcja, w której aresztuje się kilku mafiozów, a Chińczycy z konfucjańskim spokojem produkują dalej. Chiny już dawno przesunęły się z pozycji dostawcy siły robocznej na bardziej lukratywne miejsca w łańcuchu dostaw. Potrafią zrobić praktycznie wszystko. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się podróbką, jest świadomym wyborem wyglądu, "podobnego" do oryginału, czyli kradzież wzoru przemysłowego. To co jest w środku, to oryginalne, autorskie wersje oprogramowania i rozwiązań, które tak naprawdę każdy potrafiłby zrobić sam, wkładając odpowiednią ilość wysiłku i pomysłowości. Tego, jak widać, azjatom nie brakuje, bowiem ich produkty są często technicznie lepsze od pierwowzorów.
Chiny nieubłaganie zdobywają coraz lepsze miejsce pod słońcem. Nie ma innej drogi, niż ciągły wysiłek i postęp. Jeśli Europa liczy na dalsze trwanie as usual, robi błąd. Wystarczy zadzwonić, aha - nawet nie - wystarczy odpalić na malutkim ekraniku przeglądarkę i poczytać, co pisze zezowaty. Jego nowy I-phone kosztuje 100 dolców, pięć razy mniej od poprzedniej wersji.
Poczytaj w New York Timesie.
piątek, 17 kwietnia 2009
Wielki Brat rozprawił się z piratami
Czterech mężczyzn, związanych z popularnym portalem Pirate Bay, ułatwiającym pobieranie z internetu nagrań muzycznych, filmów i gier komputerowych, sąd w Sztokholmie uznał w piątek za winnych pomagania w naruszaniu szwedzkich przepisów o ochronie praw autorskich.
Gottfrid Svartholm Warg, Peter Sunde, Fredrik Neij i Carl Lundstrom zostali skazani na rok więzienia. Ponadto sąd nakazał im zapłacenie odszkodowań łącznej wysokości 30 milionów koron (3,6 miliona USD) różnym firmom z branży rozrywkowej, w tym Warner Bros, Sony Music Entertainment, EMI i Columbia Pictures.
Pirate Bay stanowi dla milionów użytkowników forum pomagające w bezpłatnym pobieraniu plików, także tych z treściami chronionymi prawem autorskim. Na serwerach Pirate Bay nie ma wprawdzie takich plików, są natomiast odnośniki do nagrań, znajdujących się w komputerach użytkowników, gotowych dzielić się z innymi.
Ogromnie popularny portal Pirate Bay stał się wrogiem nr 1 przemysłu rozrywkowego, który twierdzi, że jego działalność naraziła go na milionowe straty.
Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. Wszyscy czterej zapowiadali, że jeśli sąd uzna ich za winnych, będą się odwoływać.
Zezowaty mówi, że to zwycięstwo Wielkiego Brata, bo miłujący pokój Szwedzi niedawno sprawili sobie ustawę podsłuchową, zezwalającą państwu rejestrować ruch internetowy swoich obywateli bez nakazu i kontroli sądowej. Oczywiście nie idzie o żadne tam Orwelliańskie totalne inwigilacje. Chodzi o kontrolę, czyli o kasę. W Europie ich ostatnim bastionem jest wolność jednostki i jej swobody. The Pirate Bay używała - i nadużywała - tych instytucji wolnościowych w karykaturalnym rozmiarze, ale łamanie wolności w imię zysku naprawdę źle wróży światu, który znamy.
Patrzcie i słuchajcie. Na waszych oczach giną, jak dinozaury, instytucje i pojęcia, które miały trwać jak opoka. Tajemnica bankowa (Szwajcaria), tajemnica korespondencji (Szwecja), wolność komunikowania się i informacji (Szwecja). I co? I nic, cisza, tylko kilku studentów protestuje.
Nie jest tak, że zezowaty popiera jumanie, wręcz przeciwnie. Niemniej na tej stronie większość materiału narusza w pewnym stopniu prawo autorskie. I co z tego? Misa zwito lakafiorem. Nie narusza elementarnego poczucia przyzwoitości i zasad współżycia. Jeśli autor jest naruszony, albo coś innego, pisze maila i naprawione. Po krzyku. Zezowatemu nie podoba się działalność polegająca na czerpaniu zysku z hurtowej kradzieży filmów, za które ktoś nie zapłacił, ale nie stanowi to podstawy do zabierania prawa do prywatności wszystkim abonentom internetu oraz hurtowemu ich szpiegowaniu, ot tak w celach prewencyjnych, żeby im się nie chciało ściągać jakiś nielegalnych kopii.
Prawo autorskie, jak i system bańkowy - co widać i słychać i czuć - jest przestarzałe. Nie znaczy to, że należy w jego imieniu - bo postęp techniki dawno go wyprzedził - zakazać tej techniki, albo - na co wygląda - skasować głębsze (i starsze) fundamenty cywilizacji ludzkiej. Prywatność, wolność opinii i tajemnica korespondencji to fundament. Została jeszcze wolność poruszania się, tę właśnie chłopakom z Pirate Bay zabierają :)
Ciekawe były przygotowania do tego starcia, ciekawy jego przebieg, ale wynik jest jednoznaczny. Globokoncerny zabrały Ci dziś wolność oficjalnie, w Sztokholmie, europejskim centrum kultury, jazzu i demokracji. Ciekawe będą dalsze losy akcji, zwłaszcza w Parlamencie Europejskim, ale zezowaty jest na 100% pewien, że ten wyrok zamyka sprawę. Wolność i tajemnica w Europie nie istnieją. Wystarczy podejrzenie, że ściągasz bratku nielegalne filmy i już jesteś ugotowany. Ciekawe, że sam prawdopodobnie nie zdawałeś sobie sprawy, jakie wywrotowe masz narzędzie, ten internet. Mógłbyś nie daj Boże coś za darmo opublikować i rozgłosić po całym świecie, jak zezowaty? Oczywiście to spiskowa teoria. Spójrz na obrazek, co się działo w poprzednich odsłonach przełomu technicznego, a było ich kilka.
Były przesilenia, były zmiany prawa i życie szło naprzód. Jednak nie wsadzano za kratki ludzi, którzy formalnie są w porządku. Ich witryna nic zakazanego nie publikuje, jedynie umożliwia wymianę adresów i w istocie działa jak Google ;)
Obszernie relacjonuje (z całym tłem i historią) Waglowski.





