Go To Project Gutenberg
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recesja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recesja. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2009

Migawki straconej (dwóch) dekad

Świat idzie keynesowską, klasyczną drogą pompowania pękniętej bani, łatania dziur, awaryjnych kredytów pomocowych itd. Wszystko to było do bólu przećwiczone w latach dziewięćdziesiątych w Japonii i kontynuowane jest tam obecnie. Co jest lekarstwem na pęknięcie spekulacyjnej bani wypełnionej łatwym kredytem? Następna, jeszcze większa i jeszcze łatwiejsza. Teraz na drogę samurajów wszedł jankes, nawet dolar zamienił się miejscami z jenem. Wszystko już było. Zobaczmy zatem na jednym obrazku, jak dalej wyglądała wielka bańka nieruchomości w Japonii, boć ostatni kryzys wyrósł na nieruchomościach właśnie, kredytowanych w dolarze i euro w USA i Europie, w tym naszej kochanej wschodnio-centralnej.



Pęknięta bania nie daje się napompować.
Ceny nieruchomości zjechały do 1/6 wartości szczytowych i po kilkunastu latach wcale nie chcą się podnieść. Bajki o rychłym odbiciu na rynku nieruchomości to właśnie bajki. To procesy na dekady.

Deflacja kredytowa nie oznacza ujemnej inflacji
Kurczenie (destrukcja) kredytu budowlanego nie oznacza bynajmniej szerokiej dysinflacji. Szerokie klasy aktywów - surowce, żywność itp. pozostają w lekkiej inflacji. Co można powiedzieć na pewno, to presja inflacyjna przy destrukcji kredytu budowlanego skutecznie maleje, mniej więcej o połowę i tyle mniej więcej maleje szeroki wskaźnik wzrostu cen. Deflacyjne otoczenie nie oznacza zatem trwałego i powszechnego spadku cen.

Tempo wzrostu gospodarczego spada
Po przekroczeniu szczytu bańki (szczytu kredytowego, peak-credit) wzrost gospodarczy maleje mniej więcej o połowę, ale nadal jest dodatni. Przeczy to tezie, jakoby deflacja zabijała gospodarkę. Owszem, ona ją dusi, ale nie zabija. Więcej, może się ona rozwijać.

Gdyby nie keynesowskie łatanie i wspieranie byłaby recesja
Owszem, byłoby cofnięcie, ale umożliwiłoby zdrowe długoterminowe odbicie. Po zaliczeniu recesji wzrost gospodarczy byłby dwu-trzykrotnie większy od obecnego duszenia i odpracowałby z nawiązką stracony czas. Wystarczy spojrzeć na zegar. Dwadzieścia lat i końca nie widać, a poziom długu - ponad 200% pkb - już nigdy nie da się racjonalnie spłacić.
© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 16 maja 2009

To gdzie w tej hossie jesteśmy?

Właściwie zezowaty powinien napisać bessie, ale przez przekorę, bo przecież wszyscy wiedzą, że znane porzekadło sell in may, go away jest prawdziwe, napisał hossie, taki złośliwy jest. Nie tak może do końca, bowiem z uważnego rozbioru jego stosunku do zapowiedzi Marca Fabera jednak wynika, że i nie całkiem wierzy tej bessie.

To w końcu jak jest, hossa czy bessa? Bessa jest jak diabli, deprecha, system się wali, ale przychodzą takie sobie zezowate mini-hossy ratunkowe, nazywane spekulacyjnymi, jak właśnie mieliśmy. Piękne odbicia, na których można wybornie zarobić, a które stymulowane są (tak to właściwe słowo) ratunkowymi pakietami banków, które - mimo że są niewypłacalne - forsy mają jak lodu, bo im brodaty Benek ją "z powietrza" i na niski procent drukuje. To jednak była mini-hossa, tak? Było piękne stymulowane odbicie w rynku niedźwiedzia, który charakteryzuje się tym, że jak raz przychodzi, to nie chce przez kilka lat odejść. Jak to, przecież tyle pieniędzy jest pompowanych do tych banków, biliony i to nie wystarczy na prawdziwą hossę, musimy takie nerwowe miniaturki znosić? Jak globalny produkt się kurczy, a model kredytowy staje się nieaktualny, to czego innego oczekiwać, nowej hossy? Ta nie nadejdzie, dopóki stara bessa się nie skończy, a to będzie widać z zakończenia procesu oszczędzania, redukcji zadłużenia, wreszcie nowego motoru wzrostu gospodarczego. Na razie mamy wpychanie kredytu do upadłych banków, które wcale nie mają ochoty go udzielać dalej, gorzej, w najlepszych gospodarkach nikt sensowny tego nowego kredytu nie potrzebuje, bo kto rozsądny pożycza na rozwój w recesji, kiedy i tak jest nadmiar podaży, zapasów i mocy? Owszem stado golasów, na krawędzi upadku, chętnie weźmie każdą sumę do pierwszego, tylko kto je później odda... Tak, pogorszenie nastroju konsumentów, a właściwe ich możliwości, jest kluczem do analizy cyklu koniunktury. Spadek zamożności (utrata oszczędności, pracy i kredytu) odbija się trwale na rynku w postaci zmiany wzorców konsumpcyjnych. Globalny popyt jest mniejszy, ludzie kupują i zużywają mniej wszystkiego, więc firmy mniej zarabiają i jest mniej pracy i zysków dla każdego...

Zezowaty wypatruje cały czas za ocean, jakby na Książęcej się nudził, taki zarozumiały jest. Nie do końca. Uważny obserwator tego skromnego bloga dostrzeże niezliczone, a skrupulatnie przemilczane dowody na to, że kluczem do giełdy warszawskiej, a szerzej wszystkich giełd europejskich (i pewnie azjatyckich) jest Nowy Jork. Ten kryzys został wywołany (sprowokowany) przez wielkiego brata i przez niego jest sterowany, więc gdzie ma zezowaty patrzeć, do Szanghaju? Dziesiątki bilionów w kredycie i czystej dolarowej fantazji (szary system bankowy, wymyślne derywaty, struktury, wehikuły i instrumenty) rozpłynęły się po świecie i rozmnożyły, a w ostatnim półroczu kilkanaście (kilkadziesiąt) bilionów z tego wyparowało. Magicy z banków centralnych dosypali kilka brakujących bilionów i zabawa trwa dalej, niemniej końca recesji ciągle nie widać, bo nie widać nowego motoru wzrostu.

Z powyższego, przydługiego - przyznaję - wstępu wynika jasno, że warto spojrzeć krytycznym okiem i dokładniej na to, co wydarzyło się do tej pory w Stanach, aby móc wyrobić sobie jakąś opinię na temat dalszych wydarzeń. Obecny kryzys, co łatwo sprawdzić w statystykach - jest zestawienie liczb w jednym z artykułów na temat wielkiej depresji - jest porównywalny tylko do dwóch wydarzeń w nowoczesnej historii, mianowicie Wielkiej Depresji oraz japońskiej dekady '90. Obydwa procesy były długotrwałe, systemowe i wiązały się z gruntowną przebudową systemu finansowego. Nastąpiły po przekroczeniu granicy kreacji długu (peak credit), po którym każda kolejna jednostka kredytu nie tworzy dodatkowego zysku (dochodu). Ma to przebieg podobny do tsunami, kiedy następuje gwałtowny odpływ i łodzie, jeszcze wczoraj cumujące w porcie, leżą nagle przytroczone do betonowego nabrzeża na suchej ławie piachu.

Obecnie dochodzi do tego jeszcze wymiar międzynarodowy, bowiem ten kryzys jest pierwszą synchroniczną recesją światową z epicentrum na Wall Street oraz City. Mamy globalną destrukcję długu oraz odnalezienie nowego stanu równowagi światowej znacznie poniżej dotychczasowego maksimum wydajności, produkcji, kredytu, konsumpcji itd. Słusznie zauważa Faber, że nie widać powrotu do tych szczytów, bowiem one były na kredyt, a kolejnego kredytu nie ma komu dać, owszem jest tylko komu wziąć.

Na stronie licencjonowanego doradcy inwestycyjnego Shorta (nie to żaden żart, ani sugestia) są aktualizowane na bieżąco wykresy sytuacji na nowojorskiej giełdzie na tle liczących się recesji światowych.

Pierwszy wykres daje obraz, gdzie - w stosunku do początku recesji - obecnie jesteśmy.

Jeśli przyjąć, że mamy podobną dynamikę rynku (a mamy co prawda o rząd wielkości realnie większy, ale za to także o rząd wielkości szybszy, więc dynamika układu podobna), porównanie na jednolitej skali czasu jest uprawnione. Wynika z niego, że co prawda jeszcze nie wychodzimy z recesji, co triumfalnie zapowiedział Obama, Cramer, CNBC oraz Kudlow, ale za to przekroczyliśmy jej półmetek.

To niestety nie koniec wiadomości. Jeśli Geithnerowi i Brodatemu uda się kupić czas na dalsze manipulacje (co prawda drogo, ale oni i tak nie mają zamiaru zwracać), czekają nas dłuższe zabawy na piasku. Dobrym przykładem jest tu Japonia, która dzięki swoim akcjom stymulacyjnym i ratunkowym, kosztem - oczywiście - bilionów i najwyższego długu publicznego w cywilizowanym świecie, kupiła sobie straconą dekadę. Otóż zamiast osiągnąć dno recesji po trzech latach, odwiedzała jeszcze poziom pierwotnego dna jeszcze kilkukrotnie, aby ostatecznie zaliczyć dno recesji zdecydowanie niżej po dziewięciu latach oraz ostatecznym oczyszczeniu systemu bankowego. Ten drugi warunek jest kluczowy. Tu znowu Faber ma rację, bez oczyszczenia systemu finansowego z wytworów Krainy Czarów Alicja będzie ciągle powracać, być może nawet dłużej niż w Japonii, chodzi dziś przecież o praktycznie o cały świat.


Kto chce postudiować jeszcze więcej porównań bess (w tych Short jest mistrzem, w końcu jego zawodem jest obrona przed ich skutkami) znajdzie je na interaktywnym grafie, gdzie można sobie kliknąć porównanie.
© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 15 maja 2009

Faber: poprawa nie przyjdzie szybko

Kontynuacja oglądu Marca Fabera, którego zezowaty ostatnio wspominał w zestawieniu z Sorosem. Nie było to przypadkowe, bowiem Faber z Sorosem razem zakładali pamiętny Quantum Fund, rekina finansjery. Oni wiedzą, skąd wieje i po co. Krótko mówiąc Faber podtrzymuje swoje zwięzłe stanowisko: odbicie gospodarcze nie będzie szybkie, bo nie widać do niego powodu. Jednym słowem długie szorowanie po dnie, czyli stagnacja. Nowy poziom równowagi gospodarczej rzeczywiście zdaje się leżeć zdecydowanie niżej od poprzednich poziomów, czyli czeka nas okres redukcji nadmiernych mocy i czas oszczędności. Wszędzie gdzie nie spojrzeć nadwyżki, tylko roboty brak.

Ostatnie odbicie na giełdach przypisuje zdecydowanemu drukowaniu pieniądza przez banki centralne, które wykazały niezłomną determinację reflacji pękniętego balona. Z tego powodu minima z listopada ub.r. są absolutnymi minimami (w sensie nominalnym), lecz o powrocie wzrostów, lub rozpoczęciu nowej hossy być mowy nie może. Nie ma do niej gospodarczych podstaw. Innymi słowy zwyżki na giełdach są efektem działań monetarnych. Co więcej, Faber widzi absolutny rekord prosperity (wierzchołek cyklu) w roku 2007, do którego powrotu w dającej się przewidzieć przyszłości nie widać. Dotyczy to także rynku akcji. Wedle niego czekają naz zatem odbicia, ale nie doprowadzą one do powrotu do maksimów, a tym bardziej ich pokonania.

Dzięki zdecydowaniu banków centralnych będziemy mieć zatem - według Fabera - minihossy inflacyjne, charakteryzujące się brakiem podstaw fundamentalnych oraz dużą zmiennością (volatility). Obecnie korygowane odbicie Faber widzi jako sukces FEDu, który przekonał sceptyków, że jest skuteczny. Szefowie funduszy, którzy nie wzięli udziału w tej mini-hossie muszą się dziś czuć podle. Akcje straciły od szczytu ponad połowę wartości, a oni stracili piękną okazję. Zatem na obecnej korekcie wielu sceptyków powróci na rynek i podniesie go znowu wyżej (ale ciągle nie za bardzo).

Najciekawsze zdaniem zezowatego zdania pojawiają się w drukowanym wywiadzie. Pada w nim znamienne zdanie: czy USA jest zatem bankrutem? - To mogę panu zagwarantować.
Stany (a z nimi reszta świata) weszły na drogę inflacyjnego rozwiązania problemu, z której nie ma już powrotu. Klamka zapadła, bowiem bilionowych deficytów - rosnących dodajmy - nie da się racjonalnie sfinansować, zatem istnieje tylko jedno wyjście.

Zdaniem Fabera kapitalizm upadnie dokładnie tak samo jak komunizm, załamie się, jeśli - na co się nie zanosi - "toksyczne aktywa" nie zostaną rozliczone. Najlepszym sposobem na ratunek jest pozwolić sprawę załatwić rynkowi, inaczej system może się załamać. Święte słowa, tylko kto ich posłucha? Mamy socjalizm bankierski, więc właściwie jesteśmy skazani na zagładę...

Tu oczywiście jakiś gamoń dał niepełny kod, więc jest zagadka, jak to ma wyglądać, żeby się wyświetlało. Jakoś nie mam nastroju na zagadki. FU.








No Global Recovery 'Anytime Soon': Dr. Doom
Fri. May 15 2009 | 15 08 00[01:42]
After GDP data showed countries within Europe contracted again in the first quarter, Marc Faber, author & publisher of 'The Gloom, Boom & Do...
Asian Banks are Non-Toxic
Fri. May 15 2009 | 15 09 00[05:39]
Asian banks don't have the same problems with toxic assets that are affecting Western markets, Marc Faber, editor & publisher of 'The Gloom,...
© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 8 maja 2009

Gronicki: -2%

To jest kilka złych wieści w jednym. Po pierwsze rząd kłamie. Po drugie recesja jest nieunikniona, a po trzecie jesień będzie nieprzyjemna. Po czwarte (a kuku!) Gronicki widzi czarniej od zezowatego.

Były minister finansów przeżywa swoistą metamorfozę prognostyczną, w iście zawrotnym tempie. Latem ub.r. były świetliste prespektywy, by wczesną wiosną przerodzić się w symptomy ostrzegawcze, a obecnie w kryzys tout court. Przy okazji okazało się, że skończył karierę w GS, mniej więcej równolegle z atrakcyjnym Kazimierzem. To skądinąd tłumaczy ewolucję poglądów, ale czy musi ona być aż tak elastyczna?
Zezowaty powie krótko: Gronicki jest dziś zbytnim pesymistą (to dla tych, co mnie nazywają niedźwiedziem).

To że Vincent jest żałosny, to widać, mi nawet żale przeszły w stan chronicznego żalu - nie mam już żalu do niego, ale żal i współczucie o niego. Żal mi go, bo wkrótce będą na niego skakać wszyscy Maniccy tego świata. Pierwszy wystąpił Gronicki, wiadomo - facet umie czytać dane. Jakoś jednak nie imponuje to zezowatemu, bo - jak łatwo sprawdzić - awangarda myśli ekonomicznej przechodzi na jego stronę, nawet bardziej. Bo to prawda jest moja, mojsza, ona jest najmojsza. A awangarda zawsze z przodu, ech historia...

Pisze Głos Wielkopolski
Jak to jest być największym pesymistą wśród ekonomistów? Zapowiada Pan, że nasza gospodarka skurczy się w tym roku o 2 proc. Pana koledzy twierdzą, że to czarnowidztwo.
Ja po prostu czytam liczby. Jeśli patrzę na dane GUS, z których wynika, że spada nam eksport, inwestycje bezpośrednie i produkcja przemysłowa, to wnioskuję, że nie możemy mieć w tym roku wzrostu gospodarczego. Tylko niższe wpływy z inwestycji bezpośrednich mogą nas kosztować w tym roku 2 proc. PKB. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Spadają inwestycje mieszkaniowe i nie widać, by banki odblokowały kredyty dla firm. Wszystko to ma ogromny wpływ na wzrost gospodarczy. Gdy w ostatnim kwartale 2008 r. rozwijaliśmy się w 3-procentowym tempie, a wtedy kryzys dopiero się zaczynał, to w całym 2009 r. trudno oczekiwać wzrostu PKB.

Rozumiem, że jest Pan zwolennikiem tezy Kennetha Rogoffa, byłego głównego ekonomisty Międzynarodowego Funduszu Walutowego, że globalna recesja potrwa bardzo długo.
Tak uważam. A Polska jest w o tyle złej sytuacji, że poza niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi pojawiły się też rysy wewnątrz. Firmy zaczęły ograniczać inwestycje, ścięły niektóre usługi. Spadły nawet obroty sieci komórkowych. Myślę, że ratować nas może jedynie konsumpcja wewnętrzna. Paradoksalnie Polacy będą mieć trochę pieniędzy z bieżących oszczędności, bo z obawy przed utratą pracy zachowają pieniądze na czarną godzinę. To może nakręcić gospodarkę.

A pieniądze z Unii? Rząd Tuska rzuca wszystkie siły na wyciśnięcie z Brukseli każdego grosza.
To za mało, by zapobiec spowolnieniu. Hamowanie inwestycji jest silniejsze niż strumień pieniędzy, który ma napłynąć z Unii. Żeby gospodarka na dobre się rozkręciła, musi nastąpić jakiś impuls. Na przykład odkręcenie kurka z kredytami czy poprawa stanu finansów publicznych. A takiego impulsu raczej nie będzie.
Nie dalej jak wczoraj oglądałem szefa gabinetu premiera Sławomira Nowaka, który twierdził, że z budżetem jest wszystko w porządku, choć po czterech miesiącach mieliśmy 16-miliardową dziurę budżetową, a plan rządu zakłada roczny deficyt na poziomie 18,2 mld zł. Nikt mi więc nie wmówi, że finanse publiczne są w doskonałym stanie. A to jest też jeden z wyznaczników stanu naszej gospodarki.

Może jednak dobrze, że rząd nie chce straszyć obywateli. Mógłby doprowadzić do zmniejszenia popytu.
Niestety, zauważam, że rząd dawkuje złe informacje i czasem fałszuje rzeczywistość. Tak było choćby z realizacją budżetu za 2008 r., gdy dopiero po kilku miesiącach okazało się, że resorty mają jakieś zobowiązania, nie dostały jakichś pieniędzy. Ostatnio rząd wykazał się niefrasobliwością, gdy przedstawił Komisji Europejskiej nieprawdziwą prognozę dotyczącą deficytu finansów publicznych za ubiegły rok. Miało być 2,7 proc., a okazało się, że jest 3,9 proc. Po co ukrywać gorsze dane? Przecież kłamstwo i tak w końcu wypłynie.

To co by Pan robił na miejscu premiera i ministra finansów?
Mówiłbym całą prawdę i nie oczekiwałbym cudów, że nagle w drugiej połowie roku gospodarka wystrzeli i będziemy mieli wielką hossę. Ta taktyka mówienia półprawd zaczyna się zresztą powoli wypalać. Związki zawodowe już zaczynają się buntować, czują, że z gospodarką dzieje się coś niedobrego. Bo rząd nie może zaklinać rzeczywistości, skoro dochody budżetu nie wzrastają i nie ma szans, by wzrosły w drugiej połowie roku.

Ktoś Panu powiedział, że jest pesymistą na zlecenie? Współpracował Pan z bankiem Goldman Sachs, który przyznał się, że grał na osłabienie złotego.
Goldman nie płacił mi za złe prognozy, tylko za prognozy wiarygodne. Ale od dawna z nim nie współpracuję- mam firmę konsultingową i wielu innych klientów.
A czy ktoś mi coś takiego powiedział? Czasem dostaję nieprzyjemne mejle.
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 30 kwietnia 2009

Piękna hossa tej wiosny

Piękna wiosna. Wszystko idzie dobrze, załamanie finansowe świata zostało zażegnane, złotówka rośnie wreszcie w siłę.

Coś jednak jest nie do końca koszerne na tym obrazku. Przypomnę, że niedawno zezowaty prorokował o stoczniowcach, że "kręcą muterki". Mieli przyjeżdżać latem, a przyjechali już wczoraj, pod Pałac Kultury, wcześniej dając upust swej wściekłości pod gdańskim sądem, gdzie toczy się proces stoczniowca, który naraził Skarb Państwa, przepiłowując kłódkę na zamkniętej bramie i wytaczając wózek akumulatorowy, na którym stanęli później mówcy. Wiemy dziś, gdzie stało ZOMO, wiemy, kto konserwował te wózki i wiemy w końcu, kto odpowiada przed sądem za zniszczoną kłódkę.

Wczoraj były gazy bojowe, bójki i ranni. To nie są przelewki, zezowaty ostrzegał.

Co do hossy, zasilonej bilionami, włożonymi do banków-bankrutów. Owszem, w pewnym sensie jest hossa, ale to jest inna hossa od tych, które znamy. Popatrzcie sobie na wykresy.



Wygląda, że PPT wykonała robotę. Zezowaty nawet twierdzi, że znaczące osłabienie dolara, które zostało zaanonsowane wczoraj, oznacza przerwanie trwającego cyklu ssania. Usd/eur podąża teraz do 0,69 a kasa szerokim strumieniem płynie na giełdy świata. Jest jednak kilka ale. Pod spodem tego ożywienia nic nie ma, więc nie może być trwałe. Analizy makro pokazują jasno, że prawdopodobnie zbliżyliśmy się do dna i najgorsze być może za nami. Nie zostało potwierdzone żadne istotne odwrócenie tendencji, jedyne co wiadomo, to że dynamika spadku się osłabiła.

Mimo przepięknej pogody winszuję wszystkim odrobiny refleksji nad tym wszystkim, bo zdaniem zezowatego zbliża się czas wysiadania na tym gorącym odbiciu, jest tak duża euforia, takie wykupienie, że należy się kubeł zimnej wody. Przy okazji, plotki o tym, że jesień średniowiecza jest nieaktualna, są wyssane z palca. Po pierwsze Obama powtórzył błędy Japończyków, co kosztowało ich - jak łatwo sprawdzić -deflacyjną straconą dekadę. W tym czasie indeksy zaliczyły kilka rajdów by po każdym, nieubłaganie lądować jeszcze niżej. Po wtóre złudzenie odwołania podwójnego szczytu - a właśnie ten techniczny sygnał spowodował lawinową euforię na rynkach - jest li tylko złudzeniem.



Spójrzmy na wykres. Został na nim ustanowiony jedynie lokalny dołek, niższy od poprzedniego, ale to jeszcze nie wszystko. Wykres nie uwzględnia inflacji, wobec czego efektywnie - gdyby skorygować wykres - dołek byłby kilkadziesiąt procent niżej. Pomyśl, co to znaczy, korzystając z wolnej chwili między dniem pracy, a dniem Niepodległości. Na zezowate oko break-even jest na poziomie INDU 10000, taka okrągła liczba. Po skutecznym przebiciu tego poziomu zostanie zanegowany podwójny szczyt. Czy jest na to szansa? Owszem, nie jest to wykluczone.
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 29 kwietnia 2009

Wachovia: nastroje konsumenckie w górę

Według Wachovii nastroje konsumenckie w USA nie są najlepsze, ale - i to bardzo optymistyczna wiadomość - chyba zaczęły się poprawiać. Zobaczmy zatem na raport, który jest obszerny, a mimo to łatwy w zrozumieniu, po prostu zestaw wykresów. Miłych studiów.

ConsumerConfidence_Apr2009
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 28 kwietnia 2009

Chiny na CNBC

Zezowaty nie jest sam w swojej podejrzliwości, że Chiny są w recesji. Niejaki pan Steve Cortes stwierdza całkiem jasno: jeśli Chiny idą w górę, to czemu ropa nie chce rosnąć? Bardzo celne pytanie. Czemu elektrownie pracują na zwolnionych obrotach, fabryki częściowo zamknięte, a ludzie tacy podejrzliwi? Ano właśnie, zezowaci pewnie, albo umieją liczyć.











© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Chiny są w recesji

Kontynuując temat rozpoczęty sympatycznie w felietonie Z Hermesem gram w chińczyka natknąłem się na zupełnie bezkrytyczną wiarę w chiński cud gospodarczy, który rzekomo - jako jedyny - ocalał z resesyjnej spirali. Więcej nawet, Chiny mają teraz podobno pociągnąć swym wzrostem świat. Mało tego, czołowe firmy inwestycyjne (tak to nazwijmy) rozpływają się w zachwycie nad chińskim cudem, który, mimo że ciężko doświadczony, broni się nad wyraz dzielnie, dzięki śmiałej i dalekowzrocznej polityce rządu, który nie zawahał się sięgnąć głęboko do kieszeni i uruchomił akcję wspierania swej słabnącej gospodarki przez centralne inwestycje w infrastrukturę, ochronę zdrowia, a także społeczności lokalne.

Zezowatego, który pamięta jeszcze Jerzego Urbana w latach świetności, nie dziwi że propaganda sukcesu nie ma żadnych zahamowań, dziwi jednak - choć coraz mniej - że podobno wykształceni ludzie (ba - profesjonaliści) łykają te bzdury jak świeże masełko i jeszcze się oblizują z zachwytem. (Zamierzałem tu zostawić literówkę zachamowań, bowiem oddaje istotę sprawy, ale poniechałem dla ortografii).

Podam kilka obrazowych, potwierdzonych wielekroć, oficjalnych danych.

W Ikw. 2009
- produkcja prądu w Chinach spadła o 1/8
- eksport spadł o ok. 1/3
- postanowiony na przełomie roku "pakiet stymulacyjny" potrzebuje ok. roku, żeby przełożyć się na realną gospodarkę
- spadek cen (deflacja) wyniósł 2%.

Mimo to Chiny upierają się, że w tym roku wzrost będzie powyżej 6%, a nasz ulubiony doradca inwestycyjny właśnie podniósł prognozę wzrostu do 8,3!

Niestety wszystkie te prognozy i liczby są z działu Carroll i Andersena, nie ekonomii. Żeby was nadto nie nudzić powiem krótko. Według oficjalnych chińskich danych w Ikw.09 gospodarka znajdowała się w ostrej recesji, wynoszącej -12,7% w porównaniu do r.2008. Stosowne liczby, zestawienia oraz omówienia można znaleźć zarówno w chińskim centralnym urzędzie statystycznym, jak u różnych ekonomistów. Zgrabny artykuł z adresami źródeł jest na seeking alpha.

Z propagandowej maszyny zezowaty wyciąga kilka wniosków praktycznych
- jak by nie naciągać liczb, mądry człowiek dojdzie do ich sensu
- naganianie na Chiny odchodzi w najlepsze i Europa pod wodza Stanów na to się łapie
- internet jest dziś potężnym narzędziem i rozbraja każdą dezinformację, włącznie z chińską, ale - jak zwykle - wymaga to nieco wysiłku.

Zezowaty życzy wszystkim jak najlepszych wyników inwestycyjnych w Państwie Środka, w którym stymulacja właśnie wylała się w postaci państwowych kredytów na giełdy, dmuchając sflaczałą bańkę spekulacyjną. Niestety prognozy ulubionego doradcy inwestycyjnego są odjechane z księżyca, bowiem realna gospodarka w Chinach jest w ostrej, dwucyfrowej recesji, przy deflacji siegającej 2%. Liczby te wynikają wprost z oficjalnych rządowych danych. Miłej zabawy.
© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 24 kwietnia 2009

Recesja? Miau. Vincent pod Wiedniem.

miauNajnowsze dementi od Vincenta. Jak donosi Radio Erewań
Warszawa, 24.04.2009 (ISB) - Scenariusz Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), zakładający recesję w Polsce, jest mało prawdopodobny, wynika z wypowiedzi wiceministra finansów Ludwika Koteckiego. Jego zdaniem, pesymistyczna prognoza MFW oparta na prognozach dotyczących strefy euro oraz Niemiec i nie do końca uwzględnia realia Polski.

"Pesymistyczna prognoza Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla Polski wiąże się z bardzo pesymistyczna prognozą MFW dla strefy euro i Niemiec. Prognozy Ministerstwa Finansów wskazują, że mimo bardzo niepewnej i niestabilnej sytuacji zewnętrznej Polska odnotuje w 2009 roku wzrost gospodarczy. Naszym zdaniem, scenariusz zakładający recesję w Polsce jest mimo wszystko mało prawdopodobny" - napisał Kotecki w komentarzu do prognozy MFW.

Wiceminister podkreślił także, że prognozy MFW pokazują, że Polska będzie jednym z krajów, które relatywnie słabiej zostaną dotknięte skutkami kryzysu.

Według najnowszej prognozy MFW, PKB Polski spadnie w 2009 r. o 0,7%, natomiast w 2010 roku wzrośnie o 1,3%. Fundusz spodziewa się, że globalna gospodarka odnotuje w tym roku spadek o 1,3% i będzie to najgłębsza recesja od II wojny światowej.

Natomiast Europa Środkowa odnotuje w tym roku spadek PKB o 1,3%, a kraje bałtyckie - o 10,6%. W sumie tzw. Wschodząca Europa (wraz z Turcją) odnotuje spadek o 3,7%.

W ub. tygodniu minister finansów Jacek Rostowski podtrzymał opinię, że osiągnięcie wzrostu PKB na poziomie 1,7% jest w tym roku realistyczne, choć przyznał, że istnieje niewielkie ryzyko odnotowania recesji (pierwszej po transformacji gospodarczej).

Ostatnio agencja ratingowa Fitch podała, że prognozuje 0% wzrostu PKB Polski w tym roku (w porównaniu do oczekiwanego spadku we Wschodzącej Europie o 3,1%), zaś Standard & Poor's - spadku o 1,0%. Także Moody's oczekuje recesji w tym roku w Polsce. Z kolei prezes Narodowego Banku Polskiego (NBP) Sławomir Skrzypek zapewnia, że są szanse na utrzymanie pozytywnego wyniku. (ISB)


Jak wiadomo MFW to banda niedouczonych nieudaczników. Pod ich kierunkiem na początku lat 90 ub. wieku przeprowadzono tzw. reformy Balcerowicza, czyli pierwsze przejście od gospodarki centralnie sterowanej do wolnorynkowej. Szefem operacji po stronie MFW był wówczas młody ekonomista Geoffrey Sachs. Balcerowicz w uznaniu zasług, był nie tylko wieloletnim ministrem finansów, ale także szefem NBP, ale wiadomo było chociaż, kto musi odejść. Obecne ministerstwo Finansów ma tak dobry griff, że potrafiło w iście kawaleryjskim stylu osłabić nadmiernie mocną złotówkę - patrz awaryjna konferencja szefa NBP Skrzypka - płacąc resztówkę tzw. długu Gierka. Koniec z etapem transformacji! Finito. Koniec z Balcerowiczem, już nie jest potrzebny, tak jak nie potrzebujemy porad MFW.

Koniec ze ściboleniem na deficytach. Koniec z Baucami i Gilowskimi. Dziura to może być w bucie, a wielomiliardowy deficyt to nie jest żadna dziura, tylko odważna stymulacja. Keynesism to się nazywa i jest en vogue oraz tipes-topes. Cymes gites szmalces. Koniec z dziurami! Nadzieją świata zawsze była i pozostaje polska kawaleria, a zwłaszcza husaria, co nam się przyda, jak już nam Turków przyjmą. A teraz na odsiecz Commerzbankom we Wiedniu Vincent odcina się prognozą. Chała i dziewictwo, przepraszam - chwała i dziedzictwo powinna się ta fundacja nazywać - jak już się producent znajdzie, to taka darmówka porada PR od ZZ (ang. heritage). Chwała kawalerii, chała zwyciężonym!

Dwukrotne podwyższenie prognozy deficytu, co skutecznie przekreśla perspektywę szybkiej akcesji do ERM, dowodzi wręcz mistrzowskiego opanowania - poza sztuką kawalerii słownej - także sztuki dyplomacji i buchalterii. Minister Vincent wszystkich zwodził do ostatniego momentu, że szybko wejdziemy do euro, że już-już jesteśmy po słowie, że nam zależy i pewnie na dniach już będziemy w poczekalni raju.

O raju! Brawurowy, podwójnym sztych i żegnaj ojro. Takiego zwrotu w galopie jeszcze zezowate gały nie widziały. Proszę siadać i nie gadać. Nie pękać, nie kwękać i nie komentować. Jak mistrz wiedzie, tak koń jedzie! Nie będzie ojro pluł nam w twarz, hurra!

Będziemy mieli deficyt, a co, mamy fantazję. Będzie nie tylko jakieś tam 10%; 100% większy będzie, żeby żadnych wątpliwości nie było! Zezowaty zaniemówił, jęzor wywalił z pyska i ciężko dyszy. Z wersji racjonalnych to tylko scenariusz kawaleryjski został, tyle że akurat Rywin nic historycznego nie kręci, a powinien przecież, wybory za pasem. Pierwszy sztych w samo niegodziwe serce Brukseli, a masz gadzino.

Szlus i basta. Ojro kaput, złotówka rulez. Teraz drugi mistrzowski sztych: podsumowanie zdolności intelektualnych MFW. Co oni mogą wiedzieć o Polsce? (To co ja o zabijaniu.) Pracowali całe życie na Oxfordzie? Mają chociaż jeden kredyt w Royal Bank of Scotland (bankrut)? Pesel mają? No to niech tu nam pogrobowcy Sachsa nie doradzają, tylko szybciutko nowy kredyt restrukturyzacyjny przygotowują dla Polski, co to Vincent zapodał. 20,5% mld zielonych ma być w elastycznej linii kredytowej, zwanej FCL. I to biegusiem ma być. Aha, byłbym zapomniał, Vincent nic nie mówił o 1,5 mld ojro, co to mamy wpłacić na kapitalizację MFW. FCL to raczej nam przyznają, jak wpłacimy te 1,5 mld ojro. Ale tym to się genialny Vincent zajmie po wakacjach, chyba widzę jego przebiegły ruch. Powiększy deficyt o kolejne 100%, żeby zapobiec widmu recesji. Nie będzie ojro pluł nam w twarz. Tfu, na psa urok!

W związku z tragicznym stanem wiedzy analityków z Moody's oraz MFW zezowaty rozważa w swym patriotycznym sercu możliwe środki odwetowe wobec potwarców, mianowicie całkowite embargo na informacje z tych źródeł, albo - przeciwnie - analiza wszystkich, z bezlitosnym, ciętym komentarzem. Co do cięcia, to zostaje jeszcze się pochlastać.

- Kaźmirz! Kaźmirz! Witia wierzchem jedzie.
- Nie może być! Na kocie?

Sami swoi, 1967 - znajdźcie tę scenę.

W takim oto stylu Vincent jedzie na kocie na odsiecz Brukseli. Nasza polska odmiana don Kichota. Jesteśmy w Unii pełną gębą, wnosimy nasz lokalny wkład.
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 23 kwietnia 2009

MFW jest zezowate

Jak donosi niezawodne Polskie Radio
W tym roku Polska gospodarka znajdzie się w recesji - twierdzi w swoim najnowszym raporcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Fundusz skorygował wcześniejsze prognozy i przedstawił jeszcze bardziej pesymistyczny scenariusz dla całego świata.

W październiku Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewidywał, że polska gospodarka zanotuje wzrost gospodarczy na poziomie 3,8%. Najnowszy raport mówi, że PKB naszego kraju spadnie o 0.7%. Jeśli przewidywania te się potwierdzą, będzie to najgorszy wynik polskiej gospodarki od 17 lat. Mimo złej prognozy, Polska i tak będzie w lepszej sytuacji od innych państw naszego regionu. Recesja w Czechach, na Słowacji i na Węgrzech ma wynieść od 2 do 3,5 %.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego kryzys gospodarczy na całym świecie będzie głębszy niż przewidywano. Gospodarka w strefie Euro skurczy się o 4,2% a w Stanach Zjednoczonych o 2,8%. Według raportu Europa będzie tkwiła w recesji jeszcze w przyszłym roku, USA w tym czasie wyjdą na zero. Polska w 2010 roku zanotuje wzrost gospodarczy ale będzie on niższy od przewidywanego i wyniesie tylko 1,3 %.

To nie jest właściwie news, ma kilka dni, a nawet dłużej. Przypomnę, że na Mikołaja zezowaty ostrzegał, że to nam grozi. W lutym twierdził, że to nastąpi. Co prawda, miał cichą nadzieję, że jednak nie, ale doświadczenie uczy, że politycy lubią bezczynność, a w kampanii wyborczej czarne nie jest czarne. Przed miesiącem prosiłem, abyście w obliczu oczywistości zjazdu koniunktury notowali skrzętnie, co kto mówi, po kolei. Dziś to proste, wystarczy gógol.

Nadzieja, rozbudzona i propagandowo podtrzymywana, poddaje się jednak z trudem realiom. Nie dalej jak przed kilkoma dniami jeden ze skądinąd sympatycznych ekonomistów uczył mnie tu pokory, w odpowiedzi na moje wyzwanie do zakładu: zezowaty stawia, że będzie recesja, nie dalej niż... czeka na stawki. Dziś zezowaty pokazuje lekcję pokory i odwołuje zakłady. Nie ma się już o co zakładać, bicie leżącego nie honor.

Na koniec najważniejsze. Ja to wiedziałem, wiedzieli inni. Dlaczego nikt z naszych sterników nie zrobił praktycznie nic, aby temu przeciwdziałać? Słuchajcie zatem zezowatego, notujcie, kto co mówił, robił, obiecywał, nawoływał. Przez pryzmat oceny wpływu tych działań na dobrobyt swojego portfela i przyszłości dzieci, oceńcie przydatność pięknych twarzy, stających w konkursie piękności w nadchodzących wyborach. To piękny dzień demokracji. Co prawda rzadko coś zmienia, ale warto mieć choć dobre i pielęgnowane wspomnienia.

© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 16 kwietnia 2009

Wiesław kontra Vincent

Wiesław Rozłucki, były szef warszawskiej giełdy ma zdrowy dystans.
Czy wzrost cen akcji na giełdach o średnio 30 proc. od początku marca oznacza koniec kryzysu i początek nowej hossy? A może to odreagowanie wcześniejszych spadków, po którym mogą przyjść jeszcze większe?
Nie wygląda to na początek hossy ani koniec kryzysu, choć dzisiejsze prognozy są obarczone o wiele większym ryzykiem błędu niż kiedykolwiek. Od kilkudziesięciu lat nie było tak wielkiego zagrożenia dla światowej gospodarki, ale i tak wielkiej, skoordynowanej interwencji państwowej. Nie wiadomo, jakie przyniesie efekty i w jakim czasie. Spodziewam się, że zanim nastąpi trwała poprawa, dojdzie jeszcze do fali spadków na giełdach. Nie powinny być one tak duże jak w lutym tego roku. Mogą być związane z publikowanymi wkrótce wynikami spółek za I kw. tego roku. Te wyniki będą gorsze dla większości przedsiębiorstw. Moim zdaniem ten fakt nie został jeszcze zdyskontowany w cenach akcji.

Kiedy wróci na trwałe koniunktura na giełdzie?
Ponieważ giełda reaguje zwykle z półrocznym wyprzedzeniem w stosunku do realnej gospodarki, silne wzrosty możemy zobaczyć już jesienią. Będą antycypować spodziewane ożywienie w 2010 roku. W tym roku poprawy gospodarczej bym się nie spodziewał.


Wiesiek, trafione w dziesiątkę. Żadne czary mary. I uwaga! To że będzie jeszcze ząbek i jesień średniowiecza zezowaty mówił na Mikołaja. Nowe i odkrywcze jest to, że czas taniego, luźnego pieniądza w przewidywalnym horyzoncie się skończył. To oznacza mizerny wzrost, poniżej potencjału, a w konsekwencji - niższe zyski. Ile? O połowę, zatem według wycen P/E trzeba przeskalować wykresy o połowę w dół. To zaś oznacza, że poziom 33k na WIG w roku 2010 realnie odpowiada szczytowi hossy. Czy zatem w tym ruchu WIG przeskoczy 30k? Zezowaty szczerze raczy wątpić. Patrząc dalej radzi nawet aktualizować kalendarze średniowiecza. Grunwald pękł, będziemy wspominać czasy początków chrześcijaństwa, po obu stronach łączącego sojuszników oceanu.

Tu odrobinę prywaty. Wiesiek zaimponował zezowatemu. Kiedyś nie darzył go zbytnim szacunkiem, uważał za trochę nadętego. Ale dzisiejsza wypowiedź zmienia proporcje. Na 18 urodziny GPW jej tatuś dał piękny artykuł. Słowa wyważone i bez lukru, bez ściemy, tyle ile można wiedzieć na pewno. Słuchajcie Wieśka, to klasa, Ludwiczek przy nim jeszcze dłuuuugo nie stanie.

Tak przy okazji zezowatemu się rzucił w uszy hurraoptymizm, wszyscy widzą hosannę, zapinają pasy do jazdy na karuzeli... a tu coraz ciężej pod górkę. Nie pękajcie. Za wodą mimo regularnego powtarzania godziny cudów ciągle nie chce się INDU oderwać od 8k. Owszem, podprowadzają go, tworzą scenariusze pozytywnych kaskad informacji. I co? I nic. Żre troszeczkę i zdycha. Obroty wymarzają. Nie tak wygląda zdrowy pacjent. Ale i nie tak wygląda zdrowa gospodarka. Owszem, jest mnóstwo pieniądza w obiegu, ale ten pieniądz nie służy produkcji, tylko czesaniu frajerów.

Deflacja właśnie w marcu zawitała do Polski. Tak. Spadek cen. Dopóki nie będzie trwałego fundamentu, czyli popytu ciągnącego rynek, czyli konia przed wozem, to wszystko mrzonki. Bajdurzenie o hossie zezowaty uważa za szkodliwe mydlenie na zamówienie. Przykro, jeśli kogoś obrażam. Nie ma hossy bez zdrowego podłoża. A co to za podłoże - gorący dolar wyrwany w dodatku z kieszeni podatnika na chama? W deflacyjnym środowisku akcje nie mogą drożeć. Tak stoi w podręczniku i taka jest ekonomiczna prawda. Kto twierdzi inaczej jest lanserem i blagierem, a nie koniaku koneserem ;) Wierzcie lepiej Wieśkowi.

Teraz czas na Vincenta. Otóż po wielu zapieraniach i zaprzeczeniach Vincent stanął na progu zezoLandu. Przyznał bowiem, że recesja w Polsce nie jest wykluczona. Dokładnie powiedział delikatniej, że recesja nie jest nieunikniona, taka zgrabna figura erystyczna, ale na jedno wychodzi, jeszcze wczoraj niemal swoją matkę zastawiał, że jest wykluczona. Sprawdźcie notatki. Zezowaty mówi o recesji od początku roku. Vincent przyznał, że jest prawdopodobna (ale nie nieunikniona, ale jaja) dopiero 15.04.2009. Do tego czasu była niemożliwa, wykluczona, czcze gadanie, sianie defetyzmu... Brawo Vincent, nawet Oxfordczycy dziś dorastają. Zarobiłeś zezowate pół punktu.

Minister zapytany, czy Polsce grozi recesja, odpowiedział: "Grozi, ale nie jest ona nieunikniona".

Dodał, że resort dysponuje różnymi scenariuszami wydarzeń i jest przygotowany na każdą okazję. Wyraził też nadzieję, że najgorsze scenariusze się nie zrealizują.

Szef resortu finansów podtrzymał założenia dotyczące deficytu na koniec 2009 roku.

"Myślę, że się zbilansuje. (...) W całym roku (2009 - PAP) przewidujemy taki sam deficyt, jaki był przewidziany w budżecie. Myślę, że mamy tutaj jasną ścieżkę przejścia przez kryzys (...)" - powiedział.

Wyjaśnił, że relatywny wzrost deficytu budżetowego w stosunku do wykonania z poprzednich lat był wynikiem przesunięcia pewnych płatności.

Bezrobocie będzie rosnąć, ale nie powinno osiągnąć poziomu z początku wieku - powiedział minister.

Zapytany, czy bezrobocie może osiągnąć poziom 18 proc., powiedział: "Mimo, iż bezrobocie będzie rosło w nieunikniony sposób, to mam nadzieję, że nie osiągnie poziomu z początku lat 2000".

Dodał, że wszystkie prognozy przewidują, iż Polska będzie najmniej dotknięta obecnym kryzysem, a przyjęcie kraju do tzw. "Klubu Platynowego" zwiększy stabilność i bezpieczeństwo także finansów publicznych.

"To, co MFW zrobiło przyjmując nas do Klubu Platynowego (...) to nam bardzo ułatwi unikanie dziury (budżetowej - PAP), bo większa stabilność i gwarantuje więcej pieniędzy(...)" - powiedział Rostowski.

Minister podkreślił też, że otworzenie linii kredytowej z MFW nie jest formą pomocy dla budżetu.

"To nie są pieniądze dla budżetu, to są pieniądze, do których będzie mógł sięgnąć NBP, żeby obronić złotego przed atakami spekulacyjnymi" - powiedział.
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Początek końca, czy koniec początku

Robert Reich jest autorem znanej pozycji "Superkapitalizm". Jego zdaniem pytanie jest otwarte.

Zezowaty nie ma obsesji na punkcie Stanów, ani kompleksu niższości, ale jest przekonany, że - po pierwsze - Stany obecny kryzys stworzyły, więc będą musiały wskazać drogę wyjścia z niego oraz - po drugie - zmienia się architektura świata, w której dotychczas motorem rozwoju ekonomicznego była konsumpcja w Stanach i produkcja w Chinach. Stąd prosty wniosek: wszystko ważne dziś dzieje się w USA, a na pewno ma tam odzwierciedlenie. Jeśli Stany coś zrobią, będziemy ponosić konsekwencje wspólnie, podobnie kiedy czegoś nie zrobią.

Według Reicha mamy na dobrą sprawę do czynienia cały czas z ogromną grą pozorów, a mało mamy twardych faktów, które pozwoliłyby zadecydować o podziale epok. Co prawda Wells Fargo zarobiło podobno trzy mld w pierwszym kwartale, na giełdach odbicie, a u nas to chyba marcowe koty i wiosenna euforia po prostu. Co zasadniczo przemawiałoby za zakończeniem wstępnej fazy recesji? Te błyskotliwe wyniki, publikowane na potrzeby chwili? Przypomnijmy szczerze: FASB zdjął reguły księgowania według wartości rynkowej aktywów bankowych zaledwie tydzień temu. Czy nie ma to odbicia w bilansach kwartalnych? Oczywiście że ma, dlatego właśnie zdjęto te rygory, aby pojawiły się - wzięte z krainy czarów - dodatnie zyski operacyjne. Owszem, banki przynoszą operacyjny zysk, to znaczy że nie dopłacają do udzielonych pożyczek, przed rachunkiem kapitałowym zysków-strat. Przecież to tautologia. Banki zawsze mają dodatni zysk operacyjny, bowiem trudnią się pożyczaniem pieniądza na dodatni procent. Niemniej po uwzględnieniu strat (nieoperacyjnych, kapitałowych) z nietrafionych lokat (a być może i nietrafionych pożyczek, co zdarza się coraz częściej), zyski mogą okazać się jak osiołek przy słoniu, albo Titanic przy górze lodowej.

Nie napawają optymizmem dane z rynku pracy, który dalej pracowicie zniżkuje i nadal będzie nurkował, przy obecnych trendach gospodarczych, przynajmniej do połowy przyszłego roku. Tak, tak, co najmniej jeszcze rok. Jeśli weźmiemy pod uwagę rozszerzony zakres liczenia bezrobocia, bliższe statystykom z lat 30 ubiegłego wieku, np. wg metodologii U-6, to okaże się, że rynek pracy w Stanach właśnie dobija do wskaźników Wielkiej Depresji.

Rynek nieruchomości, mimo buńczucznych zapowiedzi zmiany trendu, opartych na chwilowym skoku transakcji sprzedaży, napędzanych głównie refinansowaniem kredytu, które zdejmują z banku ciężar przewłaszczenia, jest bardzo daleki od dna. Spadek cen na dopiero rozpędzającej się z górki machinie powinien potrwać jeszcze co najmniej przez cały rok 2010! Nie, to nie błąd, to stwierdzenie oczywistego faktu, znanego specom od nieruchomości. Dość powiedzieć, że zapas domów na rynku, głównie z przewłaszczenia (foreclosure), jest tak wielki, że banki literalnie ukrywają swój stan posiadania, nie rozpoczynając procedur eksmisji w setkach tysięcy spraw, żeby nie pogarszać swego wyniku (dopóki kredyt jest w dziale "pracujące" nie trzeba spisywać strat z tego tytułu) oraz żeby dalej nie dołować już i tak przesyconego rynku. Żeby rozładować zapas domów dziś będącego w ofercie na rynku wtórnym, trzebaby przy aktualnym obrocie na tym rynku dwóch lat!

Nie dziwi więc, że rozpoczęła się w Stanach nowa świecka tradycja: bank walk-away. Wytłumaczę. Walk-away jest typowo amerykańskim wynalazkiem, polegającym na tym, że kredytobiorca nie jest związany teoretyczną wartością hipoteki na dom, jeśli odda klucze. W dowolnej chwili może uwolnić się od hipoteki, oddając dom w posiadanie banku i od tej chwili jest wolny od wszelkich zobowiązań. Innymi słowy jeśli hipoteka na domu przewyższa jego obecną wartość rynkową, to zmartwienie banku. W ostatnim czasie doszła do tego nowa kategoria. Banki coraz częściej nie przejmują fizycznie przejętych prawnie nieruchomości, bo im się to nie opłaca. Mimo tego, że są zobowiązane do przejęcia domu i opiekowania się nim (odpowiedzialność cywilna), nie robią tego, ponieważ każda czynność to dodatkowe koszty, a przy obecnym stanie rynku trudno sprzedać cokolwiek.

Ogromna fala kredytowej rzezi na rynku commercial real estate, czyli biura, kompleksy handlowe, centra rozrywki itd. dopiero nas czeka. Całe połacie biur i sklepów stoją już dziś puste, ceny wynajmu spadają, a raty kredytów nie. Fala upadłości w tym sektorze dopiero przed nami.

Koniunktura i nastroje konsumentów, mimo dętych sondaży, które ukazały się na Wielkanoc i miały świadczyć o wzroście optymizmu do poziomów sprzed kilku lat, są naprawdę pod psem. Konsumenci zdecydowanie zaczęli oszczędzać, co dobrze wróży bilansowi handlowemu, ale niestety bardzo słabo perspektywom odbicia. Stany są w depresji, a nie recesji, nie mówiąc już o płytkiej recesji typu V, w którą czarodzieje Obamy chcą nas ubrać.

Krótko rzecz ujmując według Reicha - i tu pełna zgoda zezowatego - nie widać nawet zdecydowanego końca początku tej recesji, kiedy będzie można powiedzieć, że osiągnęliśmy, bądź jesteśmy gdzieś w okolicy dna. O marzeniach o początku końca powinniśmy na jakiś czas zapomnieć. Jak długo? Dopóki nie zobaczymy, że świat stanął na solidnych podstawach i widać kogoś/coś, co nas wyciągnie z marazmu. Do tego czasu będziemy czołgać się po dnie. To irytujące, wiem. Każdy by chciał, żeby jego portfel, fabryka, kraj rosły w siłę, ale życzenia to nie rzeczywistość i lepiej ich ze sobą nie mylić. Za drogo kosztuje w realnym świecie. Trzeba powrócić na chwilę do artykułu o Sorosu i innych i zastanowić się, co naprawdę powiedzieli.

Na koniec zezowaty optymizm. Recesje zawsze się kończyły. Po zimie zawsze przychodzi wiosna, wyjrzyj przez okno. Biada jednak tym, którzy w krótkim rękawku muszą spacerować po śniegu. W końcu jednak jakoś tam wybrniemy ze światowej depresji, choć na razie jeszcze nie widać nawet końca początku fazy pierwszej - rachunku sumienia. Odbicie przyjdzie i będzie widoczne i odczuwalne, ale będą też widoczne jego przesłanki. Jak mówi zezowaty, koń ciągnie wóz, a nie odwrotnie. Skoro widzisz wóz, musisz też widzieć konia i widzieć, że naprawdę ciągnie. To aż tak proste. Na razie usiłują mnie przekonać, że wóz przestał się staczać i jedzie po równym, a nawet wjeżdża pod górę... Chętnie uwierzę, nie widzę tylko konia. I tu jest prawdziwy problem z ekipą Obamy. Wskaźniki, wyniki, sondaże, angaże, dusery, bajery, tylko gdzie ten koń?

© zezorro'10 dodajdo.com

niedziela, 12 kwietnia 2009

Z Hermesem gram w chińczyka

ChińczykZ Hermesem gram w chińczyka, czyli dyskutuję, co zrobi pół miliarda chińskich robotników w najbliższym czasie. Czemu to ważne? Bo zezowatym zdaniem to podstawowa dziś kwestia dalszych losów ludzkości. Handel jest ważniejszy od wojen, bo daje zyski, a nie wymaga śmierci.

************* powiązane
Czy Chiny grożą dolarowi?
chińskie rezerwy Premier Wen Jabao napędził światu poważnego stracha, wyrażając swoje obawy o bezpieczeństwo chińskich oszczędności, przechowywanych w ...
Trzy asy i joker
Nawet prezydent Chin Hu Intao wydaje się zadowolony. Co zatem ustalono? Przywiązanie do idei liberalizacji, przeciwstawienie się protekcjonizmowi, ...
*************
Hermes | 2009-04-01 11:02 | IP: 91.192.88.*

@Artur
“Wskaznik makro PKB Chin (wartosci wyimaginowane na potrzeby ilustracji):
rok 2006 : Chiny : Q1 8%, Q2 : 9% , Q3 : 10% : dane ukladaja sie na linii prostej ktora mozna traktowac jako linie trendu. Na tej podstawie i na podstawie wstepnych danych ze nic w chinach nie uleglo pogorszeniu wyciagam wniosek na przyszlosc : PKB 4Q2006 w przyblizeniu 11%.
Jest punkt w przyszlosci na wykresie jest i trend (kierunek). ”

Wiesz jak liczy się PKB? Co to jest PKB realny a co to nominalny. Do tego trzeba wiedzieć jak liczy się inflację i jeszcze kilka innych wskaźników makro aby znać strukturę i istotę wskaźnika PKB. Ten wskaźnik nic nie mówi o rzeczywistych procesach zachodzących w gospodarce danego państwa, a jeżeli już to z pewnym opóźnieniem tak samo jak bilans handlowy i wiele wiele innych. PKB to nic innego jak inflacyjna wycena dóbr i kumulowana wartość długu w danej gospodarce. Oczywiście w Chinach ten proces wygląda inaczej niż w Polsce i innych krajach, oni gromadzą rezerwy w których wielkość szczerze mówiąc mocno wątpię.
Spójrz sobie szczególnie na PKB realny i nominalny Polski w tej chwili. W Chinach jest o niebo gorzej. U nich gwałtownie siadła konsumpcja a szaleńczo rosną ceny dóbr dlatego chiński PKB jest jeszcze wysoki.
Poza tym na wartość wielu wskaźników wpływ maja rozliczenia OTC miedzy instytucjami finansowymi, udzielane pożyczki i handel długiem i papierami wartościowymi. Dlatego najczęściej oficjalne dane bilansu płatniczego tez nie oddają dokładnie procesów zachodzących w poszczególnych gospodarkach. Nic nie mówią tym bardziej o kierunku przepływów kapitałowych
Ja całkowicie odrzucam oficjalna statystykę bo nie oddaje ona rzeczywistości gospodarczej.
Wskaźniki AT to bardzo użyteczne narzędzie do wyznaczania poziomów wejścia i wyjścia z rynku i nic poza tym. Kierunek ruchu indeksów giełdowych trzeba znać bo to zwiększa szansę na skuteczność gry.
A prognozowanie zwrotu trendu na podstawie chińskiego GDP to według mnie to nie ta droga.

***********


zezowaty Zorro | 2009-04-03 14:18 | IP: 74.63.75.*

Ludzie, wybuchła wiosna, hosanna aż miło, cieszmy się tym, co mamy, od taty mamy i od Obamy

@Hermes Chyba trochę zgubiłem wątek, a do tej pory mieliśmy synchronizację. Pogląd, że Chiny się odczepiły jest zupełnie bez podstaw. Chwilowa załamka handlu światowego, redukująca ich eksport, nic nie zmienia. Napompują koniunkturę, ruszy eksport.
Jeszcze raz zachęcam do przemyślenia mojej diagnozy wyprzedzającej. Zezo mówił, że nic nie zmieni. I nic nie zmieniono.
1. Księzycowa, niedowartościowana waluta RMB, niewymienialna. Nieśmiałe swapy na barter po 200 mld mają się do handlu z Jankiem jak mucha do kota.
2. Rosnąca dynamika nadwyżki handlowej CN, wynikająca z kumulatywnych efektów jakościowych (efekt skali, zmiana technologii itd.) Dość powiedzieć, że jest chyba trzech producentów podeszew do butów i wszyscy skośnoocy. Kpl. podeszew kosztuje 0,50 usd i jest tłuczony w miliardach. Spróbuj to zrobić w porównywalnej cenie.
3. Zgaszenie ataków na zmianę układu; z jednej strony Geithner (manipulacja kursami), z drugiej Hu Intao z MFW i SDR. Nic się nie zmienia. Pompujemy i jedziemy dalej.
4. Biuro Polityczne kazało dalej pompować eksport, aby dać robotę milionom i oni to robią, dodali dodatkowe zachęty, żeby wzmocnić jeszcze eksport w totalnej załamce. W tyłek dostają Japonia i Indie, nadwyżka CN spadła stosunkowo najmniej.

Powyższa diagnoza jest niestety spójna z obserwacją Schiffa, który trafnie zauważa, że nadwyżka handlowa CN przy powrocie koniunktury wzrośnie do 1 bln/rok. Zwracam przy tym Twoją uwagę na moją konstatację, że głęboką przyczyną i oznaką nieuchronnośći tego kryzysu była moim zdaniem własnie nie do utrzymania dodatnia dynamika nadwyżki Chin. W związku z tym, że nie usunięto wczoraj żadnej z przesłanek do niej prowadzących, a wręcz spetryfikowano układ, kładąc na niego tonę szminki, niewypłacalność jueseju (quo vadis lollar) jest gwarantowana. To mówi Schiff. Nie zgadzam się natomiast, co do motywacji przeydenta Hu. Biorąc pod uwagę, pod jakim jest ciśnieniem, zachowuje się po konfucjańsku (nie bój Stachu, ja sam w strachu). Nie znaczy że towarzysze nie potrafią mordować. Potrafią. Dla nas ‘89 to był początek wolności, a dla nich Tian-An-Men. China dziś nie ma innego (lepszego) wyboru. Status quo, pompujemy flaka i jedziemy. Niemniej dysproporcja jest coraz większa i do zderzenia dojść musi. Tylko kiedy Watsonie, bo nie dziś.

*************
Hermes | 2009-04-03 14:59 | IP: 91.192.88.*

@ZZ

ZSRR próbował tego typu mechanizmu dużo dużo wcześniej i rozliczał się niewymienialną na rynku jednostka rublem transferowym w rozliczeniach RWPG.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ruble_transferowe

Jak skończyły się karkołomne manipulacje kursem rubla transferowego w stosunku do dolara widać w tabeli 1980 -1981.

Mam wrażenie, że Chinom podczas załamki bilansu handlowego i w obliczu nieuchronnej katastrofy załamania kursu Yuana zależy na zapewnieniu sobie taniego importu. Argentyna jest bardzo dużym eksporterem zbóż, których na rynku azjatyckim już niedługo będzie bardzo brakować.

**************
Hermes | 2009-04-04 12:35 | IP: 91.192.88.*

Dla zainteresowanych kursem chińskiej waluty

http://www.x-rates.com/d/CNY/table.html

1$ = 6,7 yuana
1 yuan = 1,46$

Parytet taki był do utrzymania tylko dlatego, ze chiny miały mocny eksport. wartość wolnorynkowego kursu MWF i Bank Swiatowy ustalił na 1,5 - 3 yuany = 1 dolar.
Nie da się utrzymać bez eksportu na dłuższą metę takich proporcji. Już niedługo znikną chińskie rezerwy i jeżeli władza nie uwolni kursu walutowego a z zagranicy nie zacznie ponownie płynąć kapitał to połowa chińczyków umrze z głodu jak za czasów rewolucji kulturalnej.

**************



W skrócie nasza dyskusja streszcza się do tego, że Hermes przewiduje tragiczne konsekwencje dla Chin w efekcie załamania ich eksportu. Porównuje ich sytuację do naszej z lat '80, kiedy byliśmy uzależnieni od rynku eksportowego w rublach, który nagle się załamał i w sklepach zabrakło wszystkiego. Ja z kolei wskazując na dane bilansu handlowego Chin twierdzę, że nic bardziej mylnego. Owszem, chiński motor eksportowy pracuje zaledwie na pół gwizdka, ale nadal pracuje. Co więcej, cały czas wypracowuje nadwyżkę, czyli nie dość że Chińczycy nie muszą naruszać swych rezerw na pokrycie bieżących potrzeb, ale je nadal rozbudowują, co daje im ogromną swobodę w wyborze dalszych działań, w tym tzw. stymulacji rynku wewnętrznego.

Jest jeszcze jeden aspekt, który powszechnie jest niezrozumiały. Otóż chińska nadwyżka handlowa wskazuje tendencję rosnącą, pomimo pogarszających się terms of trade. W roku 2008 juan wzmocnił się o ok. 15% (było błędnie osłabił), a mimo to nadwyżka w handlu ze Stanami podwoiła się. To oznacza, że przy odbudowie koniunktury eksport chiński literalnie wystrzeli w kosmos, teraz wystarczy że ich moce produkcyjne zostaną utrzymane na pół mocy w gotowości do wznowienia produkcji.

W obecnym stanie handlu amerykańska recesja jest eksportowana w świat, ale głównie do krajów o drogiej produkcji, czyli Niemiec i Japonii, których eksport spadł w styczniu o ok. 50%! Eksport chiński spadł o ok. 25% i nie jest to - przynajmniej na razie - wielki dla nich dramat. W ciągu konsumpcyjnym Chiny znajmują miejsce taniego dostawcy, który w warunkach recesji odchodzi ostatni. Dlaczego? To proste. Kiedy ludzie oszczędzają, kupują tanie produkty. Dość powiedzieć, że jedyna sieć handlowa, która odnotowała wzrost w ub. roku to Wal-mart, największy klient chińskich dostawców. Na naszym podwórku wystarczy spojrzeć na rozwój sieci Lidl i podobnych.

Kto zatem ma rację? Spojrzyjmy na wykresy aktualnych danych handlowych, oczywiście dzięki wszechwiedzącemu Bratowi Zecerowi.

Eksport-import CN

Oczywiście załamanie, ale w takt spadku eksportu, podobnie - a nawet bardziej - spadł import, nadwyżka pozostała na podobnym, wysokim poziomie, rzędu 60 mld$ miesięcznie.



Dynamika eksport-import CN

Załamanie ekportu spowodowało szybszy spadek importu (polepszyła się rentowność handlu!)



Nadwyżka handlowa CN

Owszem, załamanie zatrzymało przyrost nadwyżki, ale nie spowodowało jego obniżki!



Co to oznacza? W skrócie zezowaty powie skromnie, że wszystkie ruchy w chińczyku na razie wygrał. Co będzie dalej, nikt nie wie, ale na razie Chinom nie grozi powtórka z RWPG ani głód, braki surowców itp. Wygląda na to, że sekretarze pod wodzą Hu Intao są dobrymi planistami i w razie pogłębienia się obecnej recesji mogą ukłonić się jeszcze niżej. Mają zapas... Ugnij się, a zwyciężysz. To stara chińska maksyma judo. Na razie działa i - według zezowatego - działać będzie nadal.

Chimerica w śmiertelnym uścisku nie rozpadnie się, przynajmiej w najbliższym czasie. Chińczycy nie zamierzają też zmieniać założeń swej polityki, które działają i będą działać nadal, chyba że handel światowy spadnie o dalsze kilkadziesiąt procent, na co na razie się nie zanosi. Kto by wówczas robił nasze trampki, garnki i elektronikę, nie mówiąc o samochodach...

Nie od razu da się zmienić wzajemną, toksyczną współzależność Chin i USA, Chimerica trwa, bo chyba trwa mać. Jednak dalsze jej losy nie są już takie jasne...

© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 30 marca 2009

strong brand

brand new recession
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 26 marca 2009

Skrzypek na dachu NBP jest w porzo

SkrzypekZezowaty mówi od października, że stopy trzeba ciąć. Noga, że ciąć po stopach nie pozwoli, co nie powinno dziwić, a prof. Filar mówi, że złotówka ma mieć zdrowe fundamenty, co też dziwić nie powinno. Jakkolwiek by nie było, Skrzypek na dachu NBP zgadza się z zezowatym, czyli jest w porzo gostek. Na dowód cytat z bloga Kuczyńskiego
JurekE | 2009-03-26 8:09 | IP: 82.177.168.*
1) w najnowszym wydawanym przez NBP cyklicznym ,,Raporcie o inflacji” na str. 91-95 możemy przeczytać wyniki głosowań w RPP od 24 IX 2008 roku do 23 I 2009
http://www.nbp.pl/Publikacje/o_polityce_pienieznej/raport_o_inflacji/raport_luty2009.pdf
2) 26 XI 2008 głosowany był zarówno wniosek o obniżkę stóp o 50 punktów bazowych jak również wniosek o 25 punktów bazowych
Silniejsza obniżka (o 50 punktów bazowych ) stóp jest uzasadniona wówczas gdy np. ryzyko wyhamowanie tempa wzrostu PKB jest duże
a słabsza obniżka (o 25 punktów bazowych) gdy ryzyko spowolnienia wzrostu PKB nie jest raczej znaczne.
Za obniżką stóp o 50 punktów bazowych głosowali wówczas tylko prezes Skrzypek (!) i Mirosław Pietrewicz
Dzisiejsza sytuacja pokazuje, że racje mieli ci którzy wówczas głosowali za większą obniżką (Skrzypek, Pietrewicz) a nie reszta RPP
3) Czyli co ? niedoceniany ,,specjalista od betonu sprężonego” (jak go złośliwie określali ludzie z PO) miał racje a nie grupa ,,specjalistów z dziedziny polityki pieniężnej znających dorobek literatury naukowej” ! (Noga, Filar, Wojtyna itd.)
4) Nie mówię tego, by kwestionować potrzebę wiedzy naukowej. Mówię to po to, żeby powiedzieć, że prezes NBP nie ma być KUJONEM ale ma być człowiekiem, którego cechuje mądrość ! i pokora (w tym wypadku skłaniająca do ELASTYCZNOŚCI)
5) Co więcej 24 IX 2008 Skrzypek i czterech innych członków RPP nie poparli wniosku o podwyżkę stóp (która to podwyżka jak pokazuje dzisiejsza sytuacja w zakresie PKB i inflacji) nie byłaby potrzebna
Kto trafnie ocenił, że podwyżka ta w IX 2008 nie byłaby potrzebna ? prof. zw. dr. hab. Andrzej Wojtyna (który jest uważany za teoretycznego guru polityki pieniężnej czy mgr Sławomir Skrzypek ?
Zarówno we wrześniu i w listopadzie rację miał prezes NBP !
Sławomir Skrzypek – Andrzej Wojtyna 2-0 !
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 24 marca 2009

Polska jest już w recesji?

spożywczakNa początek wycinki z innego bloga
zezowaty Zorro | 2009-02-12 13:46 |
... Szkoła podlaska kłania się idiotom na ministerialnych posadkach, którzy na święta ogłaszali 5% wzrostu w tym roku.
© zezorro'10 dodajdo.com

Dlaczego PL jest poważnie zagrożona recesją światową i dlaczego nie cierpię nadętych pajaców

| 2008-11-12 13:00 Aktualne! wpis pochodzi z innego bloga (jest mojego autorstwa), a zwrócił uwagę innych, co mnie najpierw zdziwiło, a po zastanowieniu wcale, bo w sumie jest trafny.
© zezorro'10 dodajdo.com

muut