Go To Project Gutenberg
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usd/eur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usd/eur. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Paul C.Roberts: Koniec dolara, albo wojna

-
Co z tym lollarem, dawno miał się zawalić! Ano właśnie, czas zrozumieć, co to jest petrodollar, jak ta cała dolarowa piramida jest skonstruowana i co ją podpiera. Jej fundamentem jest petrodollar, wprowadzony w latach '70, poprzez kryzys naftowy. Cały świat kupuje swoją energię za dolary. Kiedy ten monopol zostanie przerwany, dolar natychmiast sflaczeje i stanie się lollarem. Obecnie rozpalana wojna służy podtrzymaniu status quo, ale pojawiły się już tak wielkie rysy na fundamencie, że otwartym pozostaje tylko, kiedy dolar się zawali? Już wiemy od zezowatego, że nastąpi to w ciągu najbliższej dekady, jednakże obecne ruchy krajów BRIC, podcinające status dolara w handlu wydają się ten moment przyspieszać, jak lawina. Zatem - albo USA przywróci świetność dolarowi przez wojnę, albo witaj w krainie lollara! Tak można patrzeć na wydarzenia w Syrii i na Ukrainie z punktu widzenia centralnych bankierów.
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 17 marca 2014

Rubel może skończyć erę dolara

-
Pomysłowy Dobromir ostatnio nie może się doczekać pojawienia się lollara. Sinclair oto nadchodzi z pomocą, objaśniając podstawy funkcjonownia petrodolara i widocznych śmiertelnych zagrożeń na horyzoncie. Otóż Putin może go wykończyć, bo prawdziwa wojna zawsze jest ekonomiczna. Nie będzie to atak na obligacje.
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 3 lipca 2013

Quo vadis lollar - na progu wielkiej wojny

-
Czy wielki dolar, zwany prześmiewczo lollarem, bo to przecie od 1971 roku nic więcej, niż kupon Monopoly, zawali się jutro? Nie tak szybko, ale zostało mu już tylko kilka lat. Nie zawali się na pewno w tym tygodniu, bo chwilowo będzie się umacniał. Tak to jest, że aby zjechać w dół, trzeba trochę podjechać do góry. Tak działa rynek, tu wszystko jest ze sobą powiązane. Wszyscy gapią się na złoto, że takie tanie i zaraz spadnie poniżej tysiąca. Błąd. To tylko cofnięcie i przygotowanie do prawdziwej hossy.

Niewielu patrzy na rosnące stopy procentowe, a tu odbywa się właściwa akcja. Brodaty pajac Benek utracił kontrolę nad piramidą dolarowych obligacji i - pomimo comiesięcznych zastrzyków 85 mld świeżego druku - oprocentowanie zdecydowanie odkleiło się od dna. To jest prawdziwe źródło dyslokacji na świecie. Fundusze emerytalne, na czele z największym samurajem, zaczynają wyrzucać z portfela amerykańskie bondy, bo stracą na wartości [ich rentowność rośnie]. To wywołuje ogromny popyt na dolara, bo przecież za spieniężone obligacje [w jenach] trzeba zapłacić walutą z foreksu. Tak oto przez najbliższe miesiące, dzięki strachowi przed upadkiem dolara, będzie się on umacniał. Wymuszony wzrost rynkowych stóp procentowych ma swoje odbicie w deflacyjnym parciu na złoto [i inne metale], a w przypadku złota reakcja jest natychmiastowa - gdyż jego cena, zgodnie ze złotym paradoksem, jest ściśle związana z realnymi stopami procentowymi. Oznacza to, że przez kilka miesięcy złoto będzie w konsolidacji - do kolejnego zdecydowanego pompowania wszystkich rynków, tak długo, jak utrzymają się zdrowe, realne dodatnie stopy. Nie będzie to trwało długo, albowiem deflacja, nawet gaszona tak ogromną górą pustej kasy, jak tysiąc miliardów [a tyle co najmniej Benek dziś pompuje], staje się nie do zniesienia.
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 24 stycznia 2012

Iran, nafta, złoto

Sankcje handlowe wobec Iranu - embargo na handel ropą oraz blokada irańskiego banku centralnego w obrocie międzynarodowym są chyba strzałem w stopę dolarowi. Jak donosi Debka (wywiad Izraela)

© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 23 września 2011

Twist? Money for nothing.

Wszyscy w napięciu czekali na komunikat amerykańskiej rady polityki pieniężnej, po małym trzęsieniu ziemi z obniżeniem ratingu USA. Potoczna mądrość głosi, że Benek nie ma innego wyjścia, tylko musi drukować, bo inaczej świat się zawali. Dodatkowo jeszcze rozpalił się ponownie pożar europejski, gdzie tzw. contagion z peryferiów przeniósł się do centrum, poprzez banki kredytujące ostatnią ekspansję. Zaczął się run na banki centrum Europy i ucieczka w bezpieczne aktywa (przyczyna ostatniej fali aprecjacji franka), objawiający się w ostrej postaci w Societe Generale, Paribas i Unicredit.

Pozostało Benkowi jeno tylko pompowanie. Przygotował zresztą rynki starannie, zawczasu rozgłaszając, że utrzyma stopy na praktycznie zerowym poziomie co najmniej do połowy 2013. Money for nothing jeszcze przez dwa lata! No to tylko żyć nie umierać przecie. Małe pompowanko i giełdy lecą w ekstazie do nieba, Benek nie ma innego wyjścia, nie chce, żeby się dalej zwaliły...

Przez całe wakacje przewalały się w fachowym środowisku dyskusje o tzw. twist. FED ma obecnie na bilansie ok. 2 bln w obligacjach, skoncentrowane na dole rentowności, w zakresie 0-5 lat. Sukcesywnie obligacje te zapadają (są wykupywane w terminie). Góra obligacji w kasie Benka jest tak wielka, że w ciągu roku zapada z nich kilkaset mld, za którą to sumę może on kupić na rynku kolejne emisje, bez powiększania swego posiadania, czyli bez dodatkowego druku. Operacja twist, czyli wymiany jednych obligacji na inne, była już raz przez FED prowadzona dla sterowania stopami procentowymi i jest bogato opisana. Celem obecnej (i oczekiwanej) operacji twist jest wymiana średniej zapadalności obligacji w portfelu centralnego banku z okolic 2,5 roku w kierunku 5 lat i więcej, przez wymianę starych krótkich obligacji (poniżej dwóch lat) na nowe długie (powyżej 5 i 10 lat). Dzięki temu FED podtrzyma niskie stopy na długim końcu, a konsekwencji wszystkie długie stopy pożyczkowe, w tym zasadnicze dla spadającego rynku nieruchomości oprocentowanie hipoteczne, ściśle związane z obligacjami 10-letnimi.

Benek wystąpił i powiedział to, czego fachowcy oczekiwali. Będzie twist na sumę 400 mld i praktycznie zerowe stopy jak okiem sięgnąć. Giełdy zareagowały wyprzedażą. Czy słusznie? Zapewne tak, bo rynek ma zawsze rację. Wynika z tego, że rynek oczekiwał pompownia, czyli drukowania. Okazuje się, że na razie bezskutecznie. Benek będzie drukował, ale dopiero wtedy, kiedy Kongres go o to poprosi na kolanach. Dlaczego? Z prostego powodu. Te pieniądze skądś trzeba wziąć. Skąd było poprzednim razem? Z kieszeni podatnika, jak zwykle. Oto cała tajemnica. Sytuacja wygląda więc następująco.






Sytuacja na rynkach walutowych wygląda następująco. Juan.



Euro



Dolar



Jen

© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 24 czerwca 2011

Rozwolnienie lolara. Powrót Zorby.

Jak co roku na inaugurację sezonu letniego Grecy muszą wyjść na ulicę i przypomnieć, że zajmują zaszczytne pierwsze miejsce w nieustającym plebiscycie pt. Który kraj euro splajtuje pierwszy? (po prawej stronie).

Oczywiście replay festiwalu greckiego, we mgle gazów łzawiązych, wśród huku petard i łomotu policyjnych pał zomowców, nie odbywa się tylko ku ciesze zezowatego, ani z powodu nadmiaru gadżetów reklamowych z napisami MFW-złodzieje oraz Panandreou musi odejść (Copyleft Lepper), które zalegają w magazynach od zeszłego roku i koniecznie trzeba je zużyć. Dzieciaki na placu Konstytucji w Atenach wybijają szyby nie tylko dla samej zabawy. Mają przed sobą mało kuszącą perspektywę hiszpańskiego bezrobocia (40% wśród młodych) przez najbliższe kilkanaście lat, bo do tego można w skrócie sprowadzić tzw. plan oszczędnościowy (austerity). Jak by na to nie patrzeć, Zorba wraca na poważnie i w jego efekcie coraz bliżej do kolejnych klocków domina: Irlandii, Portugalii, Hiszpanii i Włoch. Nikt nie wie na pewno, czy to już teraz, ale szanse są duże. Jeśli Grecja definitywnie się wywróci (a musi), w kolejce są następni i ci także się wywalą, pociągnięci żelazną logiką wspólnego więzienia, czyli waluty euro.

Tak czy siak, Zorba przybył w porę by uratować długoteminowy wykres eurusd (ostatnio zajęliśmy się brakiem odbicia od bandy). Oto i ono. Wakacje to czas drożejącego lolara moi mili, aczkolwiek nie ma z czego się cieszyć właściwie, bo to oznacza więdnące giełdy, jak trawniki w Atenach. Na razie nie ma co tracić ducha, Benek już grzeje silniki i jak tylko go wypuszczą, to już we wrześniu napompuje lolara jak złoto (to drugie dosłownie). Żeby nie było niedomówień, eurodolar to wyścig w konkurencji sprawnych inaczej, czyli sprint w wydaniu ślimaka i żółwia. Widać to najlepiej na poniższym obrazku. Polecam dłuższej kontemplacji.

© zezorro'10 dodajdo.com

niedziela, 27 lutego 2011

Rozwolnienie lolara. Dolna banda.

Lolar mocno straszy. Egipt? Bzdura. W Szarm-el-Szejk jest OK. Irlandia? Ich problem. Fianna Fail. Niech się Zezo i Angela martwią. Strzelają do Kadafiego? Co z tego, ma przecież maskę na twarzy, to sobowtór, a zresztą ma dwóch synów, ...synów. Frank do góry, lolar na dół. Ropa oczywiście na rekordach. Znaczy lolar już całkiem się zeszmacił. Pięknie, lolar jak zezo malowany.

Jeśli teraz lolar się nie odbije, to rzeczywiście się zeszmacił i będzie wodospad. Czy tak będzie? Zezo mówi, że jeszcze nie teraz. Teraz będzie piękne odbicie od bandy (chyba żeby nie było). Korzystajcie z windy, zgodnie z kierunkiem jazdy.

© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 1 listopada 2010

Rozwolnienie dolara: wejście ćwoka czyli Kluczbork

Długo przyszło czekać na ten moment. Od wiosny dolar szmaci się w zezowatych oczach, wbrew oczekiwaniom wielu miłośników zielonego. Ostatnio przystanął nad nieprzekraczalną barierą usdeur .7150, odbijając się od niej w niemocy. Z drugiej strony nieśmiała korekta, napędzana pogłoskami rozpadu eurozony a to z powodu Irlandii, a to strajkowym przypomnieniem Grecji, bo wakacje się nieodwołalnie skończyły, nie wygląda na poważną, wręcz odwrotnie - to jaskrawa konsolidacja w pięknym trójkącie, więc dalsze szmacenie jest podręcznikowo pewne. Dolar nie ma siły nawet na porządną korektę.

Z frontu nadchodzą wieści iście groteskowe. Wielki mały brodacz od miesięcy starannie masuje oczekiwania kolejnej fazy quantitative easing, która po polsku nazywa się drukowanie forsy, na pokrycie bieżących wydatków skarbu, ładnie nazywając to 'skupowanie aktywów na otwartym rynku'. Doszło wręcz do tego, że Benek wysłał do głównych banków hurtowych primary dealers ankietę pt. jakie są oczekiwania na rynku cd. QE2. Odpowiedzi pokrywają spektrum od 100 mld do 1 bln lolarów na półrocze. Przypomina to klasyczny quiz pt. Podaj nazwę miasta nad Wisłą od imienia króla. Oczywiście niezależnymi kanalami pojawiają się niezawodne zapewnienia, że Benek wydrukuje ile będzie trzeba (panie Kazimierzu, gdzie są klucze do kajuty?) Oczywiście zapytane banki gremialnie oczekują maksymalnego pompowania, czyli 2 biliony na najbliższy rok. Taki jest konsensus. Co z tego, że farsa, kiedy zgodnie z teorią gier Benek zadał pytanie i na nie odpowiedział. - Czy to prawda, że oczekujecie dwóch bilionów? - Prawda. - No skoro tak, to muszę drukować dwa, nie ma wyjścia. To tak, jakby w polskich warunkach Belka pytał Wzrostowskiego, ile mu brakuje w kasie. Dwieście miliardów? OK. Wydrukuję Ci Vincent dwójkę.

Niestety jest w tym całkiem jasnym obrazie jeden mankament. Ten mianowicie, że zachowanie Benka wskazuje, że jest w narożniku. Nie ma już praktycznie żadnego manewru i z tym jest prawdziwy kłopot. Jeśli "rynek" będzie mimo wszystko niezadowolony z obiecanej dawki narkotyku, cała szarada się rypnie. Giełda jest na wykupieniu, a poziom optymizmu dosięgnął rekordowych 70%. Z tego poziomu trzeba oczekiwać korekty, a nie kolejnych rekordów, zresztą najwyraźniej giełda nie miała siły na pokonywanie rekordów i kolejny raz zatrzymała się na mocnych oporach MA200. To wskazywałoby - zgodnie z poetyką cytowanej klasyki - opcję pt. Kluczbork. Wyczekiwany komunikat FED może spowodować korektę na giełdzie, co pociągnie naturalnie odbicie dolara. Będzie ono oczywiście chwilowe, bo dziś jedno jest pewne: nastąpiło wejscie ćwoka, który tym się różni od smoka, że w jego konkurencji zwycięża najsłabszy. Po skutecznym przebiciu oporu Benek udowodni, że jest mocarzem najsłabszej waluty, bo taka dziś jest gra: kto najszybciej się zeszmaci, ten najwięcej wychechmaci :) Zezowaty nie ma złudzeń, że co jak co, ale w druku Benek nie ma konkurencji.

A ty drogi Watsonie, miej na uwadze stare porzekadło: don't bet against FED. Lolar rządzi.



© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 3 sierpnia 2010

Kredyt walutowy. Który?

Na marginesie rozpalonej ostatnio dyskusji o rekomendacji ograniczenia kredytów walutowych warto zastanowić się, dlaczego kredyty walutowe są tak popularne, czy rzeczywiście są atrakcyjne, co z nimi będzie dalej i – jeśli już je brać, to w jakiej walucie. Niełatwo na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie i bez zastrzeżeń, ale warto próbować.

Dlaczego kredyty walutowe?

Jak prześledzimy na przykładach, po pierwsze są one łatwo dostępne i – z punktu widzenia banków finansujących – mniej ryzykowne, a zatem tańsze od złotowych. Było tak dotychczas i chwilowo nadal pozostaje, bowiem polskich zasobów kredytowych po pierwsze jest stosunkowo za mało, zatem powstałą lukę wypełniają kredytodawcy zachodni. Dla nich walutą finansującą są waluty domowe: franki i euro, które łatwiej pożyczyć w naturze niż przeliczać je na złote (dodatkowe ryzyko walutowe, które kosztuje). Ponadto złotówka była i nadal pozostaje walutą w miarę niestabilną i „miękką”, stąd stopy procentowe w naturalny sposób są wyższe, niż w walutach obcych.

Z dwu wymienionych głównych powodów kredyty w walutach obcych są i raczej pozostaną nominalnie tańsze. Warto jednak uświadomić sobie, że – jak zawsze – darmowy obiad jest stosunkowo drogi. Za stabilność i niższy procent w obcej walucie płacimy ryzykiem walutowym. Jak prześledzimy na wykresach, ruchy walutowe potrafią być dość bolesne. Owszem, w dłuższej perspektywie wszystko się wyrównuje, ale jeśli zarabia się w złotych, nie można bezkrytycznie i ufnie zaciągać kredytów w obcej walucie, zwłaszcza kapryśnej, stąd ostrożnościowa rekomendacja T jest jak najbardziej na miejscu i to nie tylko w indywidualnej skali, ale – jak pokazują dobitnie przykłady Węgier i Estonii – także w makroskali. Nadmierna skala zadłużenia walutowego gospodarstw domowych doprowadziła te kraje do poważnych kryzysów.

Oczywiście każda moneta ma dwie strony i warto je zawsze obydwie obejrzeć. Po to jest niniejsza analiza.

Założenia

Dla celów porównawczych wzięto obecne rynkowe stopy kredytowe, zbliżone do najlepszych (zawsze można osiągnąć lepsze warunki, wystarczy zwiększyć swoją wiarygodność, czyli zmniejszyć ryzyko, bank zarabia na każdym promilu powyżej kosztu własnego, a ten wcale nie musi być równy LIBOR), a mianowicie:

●EUR 3,76%

●CHF 3,31%

●USD 3,74%

Stopy dotyczą kredytu na 40 lat, o równych ratach kapitałowych i stałym oprocentowaniu stałej kwoty kredytu w wysokości 100 tys.euro. Porównano kredyty zaciągane co roku od 1993 roku według historycznych kursów walutowych, dzięki czemu można praktycznie porównać prognozę dzisiejszego kredytu na podstawie danych historycznych, które są – jak pokazuje statystyka – dobrym miernikiem porównawczym trendów. Porównanie kończy się na dniu dzisiejszym. Druga część analizy przeprowadzona jest na prognozie kursów walutowych w horyzoncie do r. 2040 i pozwala porównać prognozowane zalety/wady kredytów denominowanych w trzech głównych walutach, wraz z częścią historyczną (co było do tej pory), przedłużoną o prognozę w przyszłość. Takie zestawienie porównawcze, poza graficznym pokazaniem względnych zalet pozwala racjonalnie podjąć decyzję co do ew. przewalutowania pozostałej do spłacenia kwoty kredytu.

Dyskusja założeń

Po pierwsze historyczne stopy walutowe w chwili zaciągania kredytu były inne, niemniej przyjęcie dzisiejszych do historycznych danych daje wartościowe wyniki porównawcze, pod warunkiem utrzymania trendów długoterminowych, bowiem daje dobrą symulację oczekiwanego rozwoju wydarzeń. Powtórzmy: wstawiono arbitralnie dzisiejsze stopy i przeliczono przez kursy walutowe historyczne. Autor upiera się, że wynik daje względną miarę poszczególnych kredytów i można te wyniki ekstrapolować w przyszłość. Na zdrowy rozum tak powinno być, niemniej ścisłego dowodu brak. Nie ma gwarancji, że historyczne wzajemne wahania kursowe będą podobnie wyglądać w przyszłości.

Drugie poważne ograniczenie polega na arbitralnym przyjęciu przyszłych kursów walutowych. Każdy ma swoją prognozę i może ją jeszcze jakoś zracjonalizować. Analiza niniejsza, z racji horyzontu, bazuje na uśrednionym trendzie wzajemnym walut obcych oraz prognozowanej trendzie parytetu walutowego złotego (kurs równowagi), przy założeniu konwergencji do euro w średniej perspektywie i stopniowego wyrównywania wydajności pracy. Na szczęście, mimo że finalną walutą odniesienia jest dość niestabilny złoty, prognoza taka ma sens, bowiem niezależnie od przyszłych deficytów budżetowych i ew. aprecjacji/deprecjacji złotego, będzie on się zmieniał w stosunku do walut proporcjonalnie, zatem wyniki porównania wzajemnego walut w złotych wypadną podobnie.

Trzecie ograniczenie polega na arbitralnym przyjęciu kwoty kredytu o mniej więcej stałej sile nabywczej, aby porównanie miało sens. Niestety w oczywisty sposób euro (właściwie DM) w latach '90 miało inną wartość, niż obecnie, niemniej jakąś wartość porównawczą przyjąć trzeba, a takie założenie wydaje się najbliższe równowagi ze względu na największą porównawczą stabilność tej waluty, wobec warunków polskich oczywiście, z racji największej wymiany handlowej (najcięższa kotwica, dąży naturalnie do równowagi).

Ostatnia uwaga dotyczy uniwersalności badania. Otóż do wyliczeń można wstawić właściwie każdą prognozę walutową, wystarczy zmienić cyfry. To dobra wiadomość, bo przecież moja prognoza wcale nie musi być Twoją :)

Porównanie kredytów hipotecznych walutowych, pożyczka 100 tys. eur, 31.07.2010




Na wykresach widać wyraźnie następujące cechy:

●Kredyt w eur zachowuje się najbardziej stabilnie; wynika to – oprócz stabilności waluty – dodatkowo z bazy, bierzemy każdorazowo tę samą kwotę euro i przeliczamy na złote, zatem euro dostaje w kategorii stabilności fory

●przeciętna rata kredytowa, pomimo całej zmienności, wychodzi bardzo podobnie, aczkolwiek widać drobne różnice: najtaniej (średnio) wychodzi dolar, odrobinę drożej chf i najdrożej euro (tu niespodzianka!)

●najważniejszy moment wejścia (decyzja o przewalutowaniu) jest dla kredytów dolarowych (duża zmienność), mniejszy dla chf i najmniejszy dla eur; UWAGA: wynik eur i chf zamieniłby się miejscami, gdyby kwotę bazową przyjęto w chf (ważne!)

●chf – mimo że droższe efektywnie od dolara – jest znacznie od niego stabilniejsze

●chf jest efektywnie tańsze od euro.

Jak widać z historycznych wyników, nie bez powodu kredyty frankowe cieszą się takim powodzeniem. Okazuje się, że są tańsze od euro, a co najmniej podobnie stabilne. Wybierając dolara trzeba liczyć się z jego zmiennością oraz z kosztownym rozczarowaniem, kiedy weźmiemy kredyt w dołku (tani dolar). Pokazane wyniki można sarkastycznie podsumować następująco: kredyty walutowe są dziś poprawnie wycenione podług zmienności historycznej. Dolar najtańszy, najbardziej zmienny, euro najdroższe, ale stabilne.

Czy powyższe wnioski będą prawidłowe przez najbliższe kilkadziesiąt lat? Prawie na pewno nie, a wynika to choćby z prognozy, którą można przeczytać w całości w dodatku do biuletynu.

© zezorro'10 dodajdo.com

niedziela, 18 lipca 2010

Jak Hildebrand franka ratował i co z tego wynika dla euro i dolara

W maju mieliśmy bezprecedensową operację interwencji banku centralnego Szwajcarii SNB w obronie franka, czyli przed jego zbytnią aprecjacją. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie kilka pikantnych szczegółów. Po pierwsze bank interweniował po znacznej przerwie, kiedy zwyczajowo wystarczała interwencja słowna. Po drugie akcja okazała się całkowitym fiaskiem, co dla honoru centralnego banku wypada dużo gorzej, niż gdyby siedział cicho. Jego wiarygodność leży teraz spokojnie w gruzach, bowiem już nie tylko słowne zapowiedzi będą odtąd ignorowane, ale jeszcze dodatkowo – jako premia na przyszłość – kolejna konfrontacja spotka się na pewno z większą zaciętością potencjalnych atakujących, bowiem udowodniono praktycznie, że SNB można złamać. 

Po trzecie wreszcie interwencja – z powodu gigantycznego rozmiaru - zakończyła się ogromnym, jak na szwajcarskie, precyzyjne zwyczaje, deficytem w centralnej kasie, a dokładnie kwartalną stratą na różnicach kursowych franka do euro w wysokości około 8 mld euro. W wyniku tego lobby bankierskie domaga się dymisji Hildebranda i zapewne dopnie swego. Zwłaszcza że – po czwarte – tak naprawdę interwencja, mimo iż polegająca na skupie taniejącego w oczach euro za drożejące franki (główna waluta handlowa Szwajcarii), w istocie dotyczyła dolara. Pikanterii sprawie dodaje fakt osobliwej synchronizacji interwencji, górki na dolarze i jednoczesnego dołka na franku. Po bliższym przyjrzeniu sprawa wydaje się raczej oczywista. Pan Hildebrand wyświadczył przysługę amerykańskim posiadaczom aktywów frankowych, na gwałt potrzebującym ojczystej gotówki i awaryjnie likwidującym pozycje. Najpewniej Hildebrand i tak nie miał innego wyjścia, jak przystać na propozycję nie do odrzucenia, bowiem skala operacji frankowy rynek mogła zmieść, a dzięki interwencji jedynie porządnie wystraszyła. Ruch na parze frank/dolar był po prostu bez precedensu, jak diabelski młyn.

Jak wyglądała operacja i co z niej wynika dla dolara i euro, przeczytasz w dodatku do biuletynu walutowego, który możesz zamówić na stronie http://zezorro.blogspot.com/p/newsletter.html
© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 3 lipca 2010

Newsletter walutowy

Uruchomiłem newsletter z analizą sytuacji na rynku walutowym

  • geopolityczna, finansowa
  • fundamentalna
  • techniczna
  • falowa

w czterech perspektywach - na wykresach, głównej pary, mierzącej temperaturę świata na bieżąco, czyli usdeur. Publikacja jest kontynuacją nieskończonej sagi pt. Rozwolnienie dolara. Odc. xxx, lecz w bardziej sformalizowanym tonie. Newsletter wychodzi tygodniowo w sobotę, przesyłany jest mailem w formacie pdf. Dodatkowo pojawiają się alerty na bieżąco - kiedy spodziewane jest przebicie sygnału, ważne wydarzenie, albo informacja istotna dla dalszego przebiegu sytuacji.

Planowane jest rychłe rozszerzenie o kolejne wycinkowe waluty/rynki, ale łatwo zgadnąć że będą one powiązane z wiodącym. Rozszerzenie zależy od rozwoju zainteresowania.

Co jest istotne, nie jest to kolejny tam zbiór mechanicznych wykresów z kreskami, ale synteza różnych podejść, właściwa dla autora, spójnie tłumacząca obraz sytuacji i w miarę trafnie służąca do prognozowania. Autor nie jest przywiązany bezwzględnie do żadnej teorii, lecz czerpie z różnych, wydawałoby się synkretycznie, zarówno cyklistów Elliotta, Kondratiewa, Armstronga, opierając się na klasycznej analizie technicznej, dodając do tego behavioralną i - co najważniejsze - aktualną analizę geopolityczną.

O ile poprzednie są w miarę usystematyzowane i obecne mniej lub bardziej w mainstreamie, o tyle trafna analiza geopolityczna w ogóle nie jest tam obecna, a wręcz zostaje wycinana. Zresztą nic w tym dziwnego, kiedy analitycy pracują dla banków, firm inwestycyjnych i agencji ratingowych, sprzedając konkretne produkty i idee, czyli są de facto akwizytorami, których celem nie jest rozjaśnienie umysłu klienta, a wręcz przeciwnie - zaciemnienie tak, aby podążał za rekomendacjami. Głośnych przykładów można mnożyć w dziesiątki. To wszystko stanowi o walorze  niezależnej publikacji, analityka zainteresowanego pojęciem mechanizmów rozwoju sytuacji. Co się dzieje? Na to pytanie odpowiada newsletter.

Drugi numer zawiera juz siedem stron A4 i będzie dalej się rozrastał. Na końcu zawiera przegląd prasy z ostatniego tygodnia, rzeczy które są szczególnie - oczywiście z zezowatej perspektywy - warte polecenia, czyli must read. Zapraszam, warto.






Uwagi/prośby




W przygotowaniu newsletter giełdowy, z podobnymi założeniami: globalna, synkretyczna analiza na wybranych rynkach, będa to zapewne GPW, DAX, S&P, SHA, ale cierpliwości. Materiały i wiedza jest, trzeba to jeszcze jakoś wszystko zebrać...

© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 18 czerwca 2010

Rozwolnienie dolara. Gminna Spółdzielnia wyżyma szorty.

Na inaugurację sezonu pływackiego kilka porad, jak należy wyżymać mokre szorty.

Ostatnio pokiełbasiło się na słonecznych plażach morza Jońskiego i na Ibizie. Ojro, ojro, idzie mojra. Będzie dintojra? Szef MFW Strauss-Kahn przyjechał do Hiszpanii zwiedzać Barcelonę, a nie na negocjacje o dołożeniu się funduszu do euro-zrzutki w wysokości 250 mld. Wiadomo powszechnie, że z Zapatero gwarzą wyłącznie o pogodzie i kaszalotach na plaży. Podobnie parę dni wcześniej min. skarbu USA Geithner nie ściął się z rozgrzanym do czerwoności szefem ECB Trichetem, który nie wykrzyczał do Amerykanina, że źródłem kryzysu był napompowany subprime (to na nalegania Geithnera, że jedynym ratunkiem Europy jest ze wszystkich sił drukować, a nie zwiększać podatki). Zezowaty, co rzadko mu się zdarza, w tym wypadku zgadza się z Geithnerem, bo przy zaciskaniu fiskalnym i całym planie oszczędnościowym peryferia raczej szybciej, niz później przestaną płacić cokolwiek, wręcz zaduszą się ostatecznie w deflacji i po pięknym ojro-planie zostanie szlaczek. Chyba że właśnie o to chodziło, to przepraszam.

Co zatem z pięknym lolarem i nadobną Angelą? Otóż euro po pięknej tragedii greckiej zjechało koncertowo - panikowo do poziomu .800-.810. Na ostatnim odcinku - na początku czerwca - dołożono do pieca wiadomości o końcu Europy, aby pięknie zebrać żniwo z największych pozycji short eurusd w historii. Widać podręcznikowy efekt dosypania w ostatniej chwili sporej krókiej pozycji (ostatni skok dolara). Warto zauważyć, że dojenie, nazywane w slangu short-squeeze, nastąpiło dzień po zmianie rekomendacji Gminnej Spółdzielni dla euro z pozytywnej na negatywną (z usdeur 1.30 na 1.15). Jak widać na obrazku, sytuacja potoczyła sie dokładnie w odwrotnym kierunku. Euro zaczęło korektę, pozbawiając właścicieli shortów eurusd depozytu.



Dowcipna Spółdzielnia zawsze może powiedzieć, że rekomendacja jest właściwa, tylko dla innego horyzontu, nie dni, ale np 3 miesięcy. I tu zezowaty by się zgodził, bo co by nie powiedzieć o Zapatero, na pewno nie chodzi ze Strauss-Kahnem po plaży, chociaż struś by miał gdzie głowę schować, i łódka nie od rzeczy (niem. Strauss - struś, Kahn - łódka). Flamenco tego lata dopiero się zaczyna i euro powinno zaliczyć głębszy dołek wkrótce, kiedy tańce zaczną się na poważnie. Jeśli spojrzeć na wykres długoterminowy, to wygląda to całkiem logicznie, gdzie kolejne szczyty dolara do euro są coraz mniejsze, przy wykładniczo spadającym trendzie. Jak na obrazku widać skuteczną politykę względnej dewaluacji dolara wobec marki i euro, mierzoną w systematycznie większej inflacji.



Z obrazka, przy dokładniejszym zbadaniu, daje się wyciągnąć docelowy szczyt usdeur=1.0 i zgadza się to z innymi wykresami. Parytet czeka nas niedługo, ale jego czas życia będzie krótki, co najwyżej do następnej wielkiej rundy pompowania za oceanem, co zresztą było tu zapowiadane. Tak więc ostateczne szmacenie lolara zbliża się wielkimi krokami, przedtem oczekujemy chwilowego umocnienia, wiedzeni nieomylnym instynktem dementi. Hiszpania wielokrotnie oficjalnie dementowała iż potrzebuje pomocy ECB i MFW. W Grecji było podobnie. Aha, byłby zapomniał, jedynym nabywcą obligacji greckich ostatnio jest ECB. Nie ma innych chętnych. Powoli, ale nieuchronnie Trichet idzie w ślady brodatego Benka. W końcu trzeba wypełnić księgi frankfurckie stosem śmieci, tak jak przystało na nowoczesny bank centralny. Europa znowu co najmniej rok za Ameryką. Niestety interwał ostatnio coraz to krótszy, a w antrakcie miedzy tragedią grecką a farsą hiszpańską nie ma czasu nawet siorbąć ouzo ani porto. Ole!
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 19 maja 2010

Oj oj ojro!

Jakież oburzenie na obrazoburcze zdjęcia tu się objawiło! Niebywałe, że zdjęcia całkiem legalnych deutschmarek wywołają takie poruszenie, oburzenie. Wyjaśnię, skąd i dlaczego.

Podczas sławnego week-endu, kiedy to Angela wraz z Władimirem oraz marszałkoprezydentem zwyciężali faszyzm, wydarzyło się coś bardzo ważnego dla finansów Europy, mianowicie umówienie ratunku dla eurostrefy. Jak donosi El Pais Sarkozy uderzył pięścią w stół, że mu ta cała unia na plaster, jak nie ma wolności, równości i braterstwa, bez solidarności. Solidarności ze słabszymi. Cała unia nie ma sensu, jak nie pomożemy Grecji. Angela zgodziła się z tą argumentacją i po wielu korowodach ogłoszono gigantyczny plan ratunkowy dla zagrożonych niewypłacalnością państw eurolandu, sumie wszystkich gwarancji kredytowych na ponad 960 mld ojro! Cała idea przypomina jako żywo euro-TARP, co nie dziwota, bo - jak ćwierkają wróble - został uzgodniony na wyraźne żądanie Obamy, który zachęcił do przystąpienia do ratunkowego funduszu (a jakże) MFW z kwotą 250 mld.

Podobieństwa z TARP rychło się na tzw. rynkach rozpierzchły, bo co prawda Sarkozy walnął piąchą w stół, na co odezwał się prezes eurocentralbanku Trichet i ogłosił w nocy rozpoczęcie wykupu obligacji rządowych krajów strefy euro, do czego banki eurostrefy natychmiast przystąpiły. Euro zatrzymało się w swoim bobslejowym spadku do lolara tuż pod granicą .800 i się cofnęło. Hurra! Koniec świata zażegnany. Po dwóch dniach euforia wyparowała. Bilion znikł jak kamfora. Czy to możliwe? Owszem, jak się przyjrzeć bliżej. Co prawda przyrzeczony niespełna bilion wystarczyłby na deficyty budżetowe GIIPS na dwa-trzy lata, ale to niestety nie był bilion.

Euro-TARP jest jedynie pustym przyrzeczeniem gotowości do udzielania kredytów państwom, które - podobnie jak Grecja - nie są w stanie na normalnych warunkach sfinansować swego rosnącego zadłużenia. Nie jest to uchwalona wielkość funduszy, które bank centralny uruchamia w określonej wysokości - jak było w przypadku amerykańskiego planu pomocy bankom. 750 mld dolarów rozpłynęło się zgodnie z planem w amerykańskim systemie, europejski plan stanowi jedynie zapowiedź takiego działania.

Prezes Trichet złamał swoje solenne, trzykrotne przyrzeczenia, że niezależność centralnego banku jest święta i nikt go nie zmusi do kupowania obcych obligacji rządowych na polityczne zamówienie. Warygodność banku, to jak wiadomo przede wszystkim wiarygodność jego prezesa. Trichet, a wraz z nim ojro stało się z realizacją politycznego zamówienia moralnym trupem.

Centralna rola Niemiec w planie i wymuszona pod groźbą rozpadu eurostrefy zgoda Angeli Merkel jest w ratowaniu Grecji (i reszty państw GIPS) wysoce znamienna. Niemcy broniły się przed ratowaniem peryferiów z niewiarygodnym uporem, wiedząc jak bardzo decyzja ta jest politycznie niepopularna. Mimo tego kanclerz Merkel straciła większość parlamentarną oraz w Senacie i dopiero wtedy uległa, pod bezpośrednią groźbą Sarkozyego. Nie zmienia to oczywistego faktu, że dalej droga nie będzie łatwiejsza i przekucie promes kredytowych w brzęczącą monetę niemiecką - a podatnik niemiecki ma ponieść ok. 1/4 ciężaru pomocy peryferiom - jest praktycznie wykluczone. Mówiąc prosto, Niemcy nie zgodzą się na transfer swoich środków budżetowych. Albo Grecja wystąpi z euro, albo zrobią to Niemcy.

Co najgorsze w całej tej układance, a z technicznego punktu widzenia decydujące, euro nie jest suwerenną walutą, tylko księgową jednostką przeliczeniową. Aby stało się pełnoprawną walutą, najpierw pan Trichet musiałby mieć suwerenność fiskalną, a - jak widać po jego ostatnich występach - nie ma żadnej, bo jest jedynie urzędnikiem podatnym na polityczne naciski. Zero suwerenności i żadna koordynacja tu nie pomoże. Kraje GIIPS są technicznie bankrutami, a tzw. twarde jądro Unii nie jest w stanie sfinansować różnicy przez transfery fiskalne z prozaicznego powodu, wrodzonego skąpstwa.

Czy w opisanym świetle unia walutowa została ocalona? Owszem, na bardzo krótko. Wiarygodność politycznych przyrzeczeń można zobaczyć na wykresach, gdzie po krótkim odpoczynku w granicach .800 - .810 eurusd powinien spokojnie kontynuować dalszy ciąg swej greckiej tragedii w górę. Malkontenci skarżą się, że zezowaty ich oszukał, bo miało być końcowe szmacenie lolara. Owszem, ale przedtem miał być wielki jego rajd. I jest. Był pewien w marcu, napisałem to tu. Wcześniejsze odbicie na .660 także było oczekiwane. Grudniowe przełożenie wajchy na eurodolarze także zostało odnotowane. Nie rozumiem rozczarowania. Teraz jasno wypada stwierdzić, że wbrew oczekiwaniom niecierpliwych lolar zeszmaci się, ale jeszcze nie teraz. Najpierw musi zaliczyć parytet z eurasem. Dlaczego? Ano dlatego, że strefa euro jest skazana na wymarcie, oczywiście nie z dnia na dzień i nie całkowite, ale jej rozpad w ostatnim tygodniu - z naszkicownaych powodów politycznych i finansowych - został właśnie przypieczętowany. Nie ma wolności (równości i braterstwa) bez solidarności. Powiedział Sarkozy, a brzmi to całkiem interesująco nad Wisłą...

Jednym słowem zdjęcie deutschmarek jest jak najbardziej na miejscu, tym bardziej, że oficjalnie dyskutują na ten temat pan prezes Axel Weber oraz piszą na łamach Frankurter Allgemeine i nie ma na co się obrażać. Ojro nie świętość, tylko egzotyczna, biurokratyczna moneta, którą można - jak pokazał pan Trichet - zdefraudować w jedną noc.
© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 14 maja 2010

Guten Tag!

© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 27 marca 2010

Rozwolnienie XXl, czyli podróże kształcą, albo brukselka po grecku


Na początek Korfu. Jak należało się spodziewać, Angela wcale nie zamierza kupować od Piergiorgio wysp na Cykladach w ramach reparacji wojennych. Jak się jednak okazuje - ku zaskoczeniu większości (patrz ankieta) - ratunek ze strony Niemiec wprost jest jednak wykluczony. Co więcej - ku jeszcze większemu zaskoczeniu - wiodącą rolę, zapewne nie tylko z powodów technicznych, na które wskazuje Angela, będzie miał w funduszach ratunkowych dla Grecji MFW. Stało się to pomimo rozpaczliwego oporu wewnątrz samego rządu Niemiec, a mianowicie choćby ze strony minfin Schauble, który jest polityczną postacią superformatu. Twierdzi on wprost, podobnie jak szef ECB Trichet i cały tabun eurobiurokratów, że wpuszczenie MFW do ECB jest porażką instytucjonalną, prestiżową, a co najważniejsze, wprowadza waszyngtońskiego konia trojańskiego do zagrody. Takie są jednak realia realpolitik i Angela swoich oponentów zwyczajnie przycisnęła obcasem do podłogi. Trybunał konstutucyjny w Karlsruhe z rozkoszą wysadziłby w powietrze każdą inicjatywę mówiącą wprost o pomocy finansowej dla jakiegoś członka strefy euro.

Arcyciekawa jest lektura komunikatu ze szczytu - ktoś z was przejrzał ten bełkot? Zakładam z dużą dozą prawdopodobieństwa, że nie. Dlatego streszczę. Porozumienie brukselskie dla Grecji (brukselka po grecku) to nic innego jak wielostronna umowa międzynarodowa, coś jak memorandum of understanding, między van Rompuyem ze strony Unii (nowa osoba prawna - Unia) oraz Strauss-Kahnem z MFW (stara osoba prawna z Waszyngtonu i Bretton Woods) w sprawie gwarancji kredytowych dla zagrożonej niewypłacalnością Grecji. Kiedy Papagiorgio w końcu się zdecyduje zwrócić o pomoc finansową (bo nie będzie go stać na paskarskie odsetki, a przecież dotychczas nikogo o pomoc nie prosił), będą na niego czekały dwustronne rządowe pożyczki konsorcjum krajów eurostrefy oraz MFW w wysokości bodaj 35 mld ojro, taka europejska wersja bazooki Paulsona (przypomnij sobie co było z bazooką dalej). Co ważne ze względów prestiżowych (i nie tylko) większość pieniędzy wyłoży Unia (w tym Niemcy 27%), ale zarządzać konsorcjum będzie MFW. Nie podano szczegółów technicznych c/d rozdziału, z czego wysnuwam wniosek, że udział MFW będzie można znacznie rozszerzyć. Łatwo to odgadnąć z rozmiarów dziury finansowej na Akropolu, która może pochłonąć awaryjne środki już do końca czerwca (w razie zamrożenia innych źródeł).

Bełkotliwy język komunikatu jest obcy nie tylko czytelnikom tego bloga ale tzw. rynkom finansowym sensu largo. Na wieść o osiągnięciu porozumienia na szczycie usdeur także poszybował na szczyt, aby odpuścić dopiero następnego dnia. Można to odczytać tylko w jeden sposób - ratunek dla Grecji jest tak pogmatwany i tak nieczytelny, że grozi stabilności unii walutowej. Po dniu zastanowienia okazało się, że jeszcze Hellada nie zginęła, póki Angela rządzi, euro na razie się nie rozpadnie i nie będzie końca świata. Jednak prognoza rozszczepienia unii, którą przedstawiłem na początku greckiej tragedii, właśnie posunęła się o milowy krok naprzód. Niemcy nie cofną się ani o jotę ze swego stanowiska czystości fiskalnej i będą dusić peryferia rosnącą dysproporcją strukturalnej nadwyżki hadlowej. W sytuacji słabego popytu peryferia, czyli PIGSy, a właściwiej GIPSy (chyba w tej kolejności domina), będą musiały dobrowolnie wystąpić ze strefy euro, w ramach regulowanej upadłości. W duecie z Merkel Schauble wspomniał mianowicie o konieczności uregulowania procesu występowania z unii walutowej (obecnie takiej możliwości nie ma), jako pendant do rozgrywki z MFW. To nie była łagodna uwaga dziadka na wózku, ale oficjalne przyznanie, że ścieżka do eurolandu jest od dziś drogą dwukierunkową.

Co z tą Grecją? Nie upadnie jutro, spokojnie. Jednak w obliczu nieoczekiwanych, a jednak przepowiedzianych wydarzeń, upadek projektu ojro jest przesądzony. Peryferia nie są w stanie sprostać wyśrubowanym kryteriom centrum, a z kolei centrum nie daje im możliwości manewru, kiedy już w nieuchronny sposób się zadłużą w tanim kredycie (i go przejedzą). Grecja, a w dalszej kolejności reszta GIPSów jest nadmiernie zadłużona i z pułapki eurowięzienia narodów w obecnej konfiguracji wyjścia naturalnego nie ma.

Teraz Tien An Men. Jak pewnie słyszeliście, propagandowe strzały, wydane po głośnej wizycie sekretarz Clinton, doprowadziły do faktycznego wyjścia gógla z Chin. Kliknij na adres google.cn, a zobaczysz oddział w Hong-Kongu. Oczywiście nie chodziło o żadną cenzurę, tylko o początek wojny handlowej (czyli cyberwojna, ochrona własności intelektualnej i prawo patentowe). Równolegle nasz ulubieniec nobliwy Krugman od listopada przekonuje, że Chiny muszą uwolnić juana (w domyśle go rewaluwoać). Tak się jakoś złożyło, że wraz z teatralnym przesileniem w góglowojnie doszło do paroksyzmu w postaci kilku oskarżycielskich artykułów Krugmana w NYT oraz listu stu trzydziestu senatorów do ministra skarbu, drugiego ulubieńca Tymona Geithnera, w sprawie nadania Chinom oficjalnego statusu państwa manipulującego walutą. Minister dwa razy do roku robi przegląd bilansu handlowego i ogłasza listę krajów, z którymi USA jest w stanie niekorzystnej konkurencji. Kolejny termin przypada na połowę kwietnia i wszystko wskazuje na to, że Chiny znajdą się na niechlubnej liście, co otworzy firmom drogę do licznych postępowań antydumpingowych, czyli realny początek wojny handlowej pełną gębą.

Rozprawiałem się już tu z chińskim kazaniem Krugmana, którego poważni fachowcy, na przykład Pettis (profesor na Xinhua), rozdzierają na strzępy, a jeden z publicystów w ub.tygodniu wręcz napisał, że trzebaby na niego wziąć kij bejsbolowy. Nie zmienia to faktu, że Krugman konsekwetnie realizuje kampanię dyskredytacji handlowej Chin pod chwytliwym hasłem nieuczciwej konkurencji, co doprowadzi do eskalacji barier handlowych. Co z tego, że argumentacja, iż Chińczycy rzekomo okradają Amerykanów, tanio dostarczając im całe góry produktów i jeszcze pożyczając im na to właśnie zarobione pieniądze, jest ex definitione idiotyzmem? Propagandowo jest chwytliwa, a grupa przekonanych senatorów jest dość liczna, aby przeforsować odpowiednie cła antydumpingowe.

Teraz wszystko w rękach Geithnera. W końcu na przypadkowego nie trafiło, Tymon studiował w Pekinie i chyba jest z całego waszyngtońskiego grona do czekającej go decyzji najlepiej przygotowany. Jaka ona będzie, mam swoje zdanie, a za rekomendację niech posłuży zestawienie wypadków wokół Krugmana, Clinton oraz Gógla.

Jeśli kogoś nie przekonują przypadkowe zbiegi okoliczności w działaniach noblistów, ministrów spraw zagranicznych mocarstw oraz największych spółek giełdowych świata (kap. ok. 165 mld), może przekona go ostatnia nagła wizyta delegacji chińskiego banku centralnego w USA oraz właśnie opublikowany wstępny bilans handlowy Chin za marzec (ci to mają GUS, znają dane, zanim się pojawią), który wykazuje pierwszy od wielu miesięcy deficyt. O ile można się spierać o merytoryczną wartość takiej pospiesznej prognozy, sam fakt jej przedstawienia jest bardzo znaczący.

Jak by na bilans juana nie patrzeć, czy jest niedowartościowany i jak bardzo, cała dyskusja i tak nie ma sensu, od kiedy wiadomo, że chińska gospodarka nie ma waluty stricte, bowiem jednostka monetarna CNY jest wymienialna tylko w jedną stronę, czyli jest tworem teoretycznym. Może mieć w centralnie sterowanej gospodarce dość swobodnie ustalaną wartość, co Polska przećwiczyła w schyłkowym okresie komunizmu (dolar od 3300 do 11000). Jak długo juan nie będzie uwolniony, dyskusja o parytecie walutowym jest czysto akademicka, a rozpętywanie kampanii oszczerstw o manipulację walutową jest zwykłym chuligaństwem (tu rozumiem intencje bejsbolisty). Równie dobrze ekipa Reagana mogła oskarżać rząd Rakowskiego o manipulacje walutowe złotym, w wyniku której pierwsze grube setki milionów zarobił na dumpingowej, śmieciowej złotówce Ingvar Kamprad w Ikea. Całkiem oszołomionym przypominam, że gros taniej produkcji IKEA w latach '80, która stała się trampoliną dalszego rozwoju sieci, pochodziła na przykład z zakładu w Radomsku. To uwaga dla zwolenników mocnej złotówki, warta uwagi. Czy złoty był wówczas niedowartościowany? Oczywiście. Ile? Nie wiadomo, a dokładniej pytanie nie ma sensu, bo złotówka była wówczas niewymienialna. W przypadku CNY kwestia jest zaledwie odrobinę jaśniejsza, bowiem jest on dobrze wymienialny w jedną stronę (stabilny kurs), czego nie można było powiedzieć o polskim złotym, który był niestabilny i miał we wspomnianym okresie kilka różnych kursów jednocześnie, więc był w porównaniu do CNY tworem całkowicie księżycowym (i może dlatego Kamprad się na nim wyżarł). Jaki był wóczas właściwy parytet walutowy? Nie wiadomo i nigdy się nie dowiemy dokładnie. Po prostu za dużo zmiennych i sztywnych barier.

Prawdopodobnie zatem - biorąc po uwagę jej fundamentalny ekonomiczny idiotyzm, prowadzony jednak przez noblistę, więc jednak na poważnie - cała dyskusja o juanie i tak jest już przesądzona, jak twierdzi np. Dylan Grice z Societe Generale, który przewiduje dewaluację CNY przy jego uwalnianiu. Mówiąc szczerze, to kurs usdcny obecnie nie będzie miał wyraźnego wpływu na bilans handlowy USA. Jeśli podrożą juana, to tanią produkcję z Chin wyprze taniocha z Indii, Laosu oraz Indonezji. Jeśli Chiny wbrew swoim interesom zrewaluują CNY, to owszem, bardzo szybko zepsują swój bilans handlowy, ale nie podciągną tym samym popytu wewn., tylko doprowadzą do stagnacji oraz utraty przewagi konkurencyjnej w regionie. Jednym słowem tragedia (i rozruchy wewnętrzne). Jeśli nie ugną się pod presją, rozpocznie się wyniszczająca wojna na cła zaporowe i kontyngenty, co doprowadzi do tego samego skutku, tylko pewnie dłużej to potrwa. Tak czy inaczej, decyzje najwyraźniej już zapadły, a oczekiwany efekt ten sam - stagnacja i rozruchy.

Co dalej z lolarem? Już ojro odbija, nareszcie spokój na morzu jońskim? Chińczycy rewaluują, dolar spada wreszcie do piwnicy? Chciałbym żeby tak było, ale ostatnia rekomendacja Goldiego na umocnienie eurusd okazała się oczywistą podpuchą. Zaraz potem był szczyt i ... nowy szczyt usdeur. Teraz Goldie podał zupełnie odmienną prognozę - docelowo eurusd 1,31. Moim zdaniem - sądząc z rozwoju tragedii greckiej oraz koturnowego wstępu do działań na dalekim wschodzie, lolar jeszcze nie pokazał całej swojej siły, a rozwinięcie akcji zapoczątkowanej w grudniu dopiero nas czeka. Gorączkowa (chciałem napisać biegunowa) wycena Goldiego jest dopalaczem krótkiego trendu i nic nie mówi naprawdę o zasięgu dłuższego. Popatrz zresztą na wykres, jak usdeur reagował na tańce Rompuya z Angelą i jak się teraz wyluzował. Jedno jest pewne - mniej stracisz wypełniając rekomendacje G na opak.

Ktoś tu sugerował, że czas by na jakiś kolejny odcinek rozwolnienia, że już już będą szorty na eurasie pękać... Ja na to że czekam na dalszy rozwój ale w drugą stronę. i były szczyty. Teraz dla jasności: szorty na eurusd są znowu na rekordowych poziomach, po tygodniowej przerwie na brukselkę po grecku. Ci niedobrzy spekulanci nie wierzą teorię bazooki? Najwyraźniej nie wierzą, nawet kiedy jest podpisana przez Rompuya i Strauss-Kahna z Trichetem w tercecie (greckim). Aha - dla przypomnienia - poprzednio o rekordach na szortach eurusd pisałem w grudniu.
© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 26 lutego 2010

Eurokryzys oczami UBS


Tak się składa, że na skrzynkę z donosami wpadł raport UBS na temat oglądanego właśnie na ekranach CNBC greckiego kryzysu strefy euro. Szwajcarscy bankierzy zgadzają się z moją diagnozą, że euro wcale nie ma ochoty się rozpaść, bo nie taki jest zamiar i plan, ale - co ważniejsze - nie taki jest interes.

Grecja jest pierwszym z ogniw suboptymalnej unii walutowej, w której kryją się kraje o strukturalnych przewagach konkurencyjnych, czyli tzw. jądro unii (północ) oraz strukturalni słabeusze, czyli peryferie. Jednostkowy koszt peryferii nieustannie rośnie, czyli ich konkurencyjna słabość, innymi słowy strukturalna nierównowaga wobec centrum, narasta. Konieczność zmian instytucjonalnych była jasna już w chwili powołania strefy euro do życia, co objawia cytat z Romano Prodiego z r.2001. Strefa euro jest w obecnej postaci - właśnie z racji strukturalnej nierównowagi północ-południe - w oczywisty sposób niestabilna i wymaga politycznej naprawy. Ze słów Prodiego wynika, iż zmiany te nastąpią dopiero w efekcie nieuchronnego kryzysu i oto mamy właśnie ten kryzys.

Pytanie, jake instytucjonalne zmiany czekają euro, aby się nie rozpadło, znalazło już na tych łamach odpowiedź - harmonizacja fiskalna. Oczywiście nie przyjdzie to łatwo, ale skoro euro ma przetrwać... Na marginesie dopowiadam, że taki jest tylko plan i twierdzę, że choć euro się nie rozpadnie, rozszczepi się zamiast się zharmonizować, a światłe zamysły długofalowych europlanistów wezmą w łeb. Południe nie odda suwerenności fiskalnej, chyba żebym się mylił. Swoją drogą łatwo tu o pomyłkę, bo projekt jest kontynentalny i epokowy. Poprzednia unifikacja monetarna (centralna jednorodna waluta i polityka monetarna oraz fiskalna) odbyła się w r.1933 w kraju o istniejącej, mocnej unifikacji politycznej i militarnej. O jakości politycznej i militarnej spójności eurostrefy, dla przeprowadzenia unifikacji fiskalnej, jestem jednoznacznie negatywnego zdania, nie dlatego, iżby nie była pożądana, tylko dlatego iż nie pojawi się organicznie, czyli nie powinna pojawiać się wcale, bowiem twory sztuczne to potworki i powinny zdychać, zanim powstaną, co oszczędzi biednym niepotrzebnych rozczarowań. Niech szczerbaty nie rzuca się na suchary.

Raport pokazuje na przykładach dwóch kryzysów walutowych - USA 1933 oraz Czechosłowacji 1993 - jak nieoptymalna unia walutowa może się rozpaść (i ewentualnie odbudować).



UBS euro-kryzys
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 17 lutego 2010

Rozwolnienie dolara: short squeeze?

Powiadają, że ostatnio zawarto rekordową liczbę opcji put na eurusd, czyli że spekulanci masowo zakładają, że euro spadnie wobec dolara. Łatwo można zgadnąć, jakie są po temu przyczyny, wystarczy zerknąć na biogram pana Papandreou, zacnego przewodniczącego Międzynarodówki Socjalistycznej (:0) zdziwko?). Zazwyczaj tak jakoś jest, że jak wszyscy coś wiedza, to okazuje się to nieprawdą. Stąd oczekiwanie na załamanie trendu wzmacniającego dolara i wymuszenie zamykania spekulacyjnych pozycji na dalsze osłabienie euro (short squeeze). Wykres zaprzecza tym przypuszczeniom całkiem wyraźnie.



Po pierwsze nie ma żadnego short squeze na eurusd, co widać po stromiźnie wykresu. Są za to piękne potwierdzenia na short-squeeze w drugą stronę, czyli wymuszane zamykanie opcji na spadek dolara. To jest odwijanie carry trade na dolarze, uruchomionego na fali taniego pieniądza ratunkowego z FED. Co ciekawe, proces ten prawdopodobnie się jeszcze nie zakończył, a to z powodu strukturalnej słabości strefy euro, obnażonej przez Grecję.

Wykres potwierdza prawidłowość poprzedniej prognozy usdeur i - co więcej - podwyższa ocenę względnej siły dolara. Miał on obecnie wypoczywać w kanale ESE(east-south-east), a najwyraźniej ma ochotę na ENEE(east-north-east-east). O odwracaniu i short squeezach w drugą stronę nie ma żadnej mowy.

Green shoots?
Greece shits.
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 11 lutego 2010

Świnie w gipsie



Mamy świńskiej grypy ciąg dalszy. Klasyczna tragedia grecka zamienia się w komedię pomyłek. Euro i giełdy spokojnie na te wieści zwisają w Europie. Co z tą Grecją? Nie może z gracją coś postanowić konkretnego? Chyba nie, wśród dymu opon. Przyjaciele we Frankfurcie też na niewiele się zdadzą, bowiem - choćby bardzo nawet chcieli - ECB nie może wprost przejąć greckich długów. O ile politycznie sprawa wyglądała na możliwą, koledzy komisarze dali popis, że ho-ho. Wydali komunikat, że będą dalej wspierać i popierać, ale Grecja musi sobie radzić sama. Gdyby jednak przyszło co do czego, to będą bronić jedności, jak niepodległości... Kiedy Grecja już o pomoc poprosi... Bo przecież jeszcze nie prosiła.

Żeby była jasność. Niemcy nie wezmą udziału w tej pomocowej akcji, co to rzekomo może nastąpić, kiedy już będzie miała nadejść. Nie wezmą, bo ekspertyzy z ich parlamentu wyraźnie o tym mówią. Traktat z Maastricht expressis verbis zabrania pomocy finansowej państwom - członkom unii walutowej, za wyjątkiem tzw. siły wyższej - kataklizm, wojna, epidemia. Nic takiego nie ma miejsca - chyba że toto jest właśnie ta świńska grypa, odmiana hiszpanki - i Grecy nie dostaną od Unii eurocenta specjalnych pożyczek, przynajmniej oficjalnie, czego dopilnują Niemcy (o chwała teutończykom za ich weimarskie lęki, lubię ich solidność). Potwierdza to koszmarny dzisiejszy komunikat Komisji Europejskiej, jeśli się wczytać.

Co to znaczy dla PIIGS? Ano bardzo dużo, choć niby niewiele. Po pierwsze zrobił się GIPS. Tak. Najpierw leci Grecja, potem Włochy, Hiszpania... Będzie efekt domina, bo eurokraci właśnie dowiedli, że nie są w stanie niczego ustalić po ludzku. Niczego. Owszem, były do tego wstępne sygnały w week-endowych konferencjach w Inquit (Kanada) i Australii. Nic nie ustalono i nic nie da się ustalić, bo euro nie ma suwerenności fiskalnej. Z powodów politycznych tej suwerenności nie nabierze, chyba że koleżeństwo doprowadzi do takiego zawału, że państwa narodowe poproszą dobrowolnie o demokratyczny centralizm ministerstwa finansów z siedzibą we Frankfurcie, o.Bruksela. Może taki jest plan. Tymczasem euro spokojnie i nieubłaganie dryfuje w kierunku rozerwania strefy walutowej, o czym pisałem przed rokiem (Keine panik - kurs na wschód). Hardcore unijny, czyli Francja i Niemcy nieubłaganą siłą lawinowo narastającego ciężaru długu peryferiów (wzrost oprocentowania obligacji), zostanie oderwany.

Grecja to jedynie przygrywka, rozgrzewka można powiedzieć. Mówi się, że za panicznym wzrostem oprocentowania stoi nasz ulubieniec i jego CDS na wypłacalność Grecji. Ulubieniec, czy nie, oczywiste jest, że ktoś będzie próbował, tak jak w przypadku wyrwania funta przez Sorosa. W kolejce czekają Włochy i Hiszpania, które mają gorsze wskaźniki od Grecji. Jej podatność polega na tym, że ma mocne związki zawodowe i jest jasne, że nie dopuszczą one do redukcji wydatków - właśnie trwa strajk generalny. Pozostał test Komisji Europejskiej. Ta dziś koncertowo przerżnęła, więc ogłaszam spełnianie się prognozy dla GIPS. Teraz nie ma już zwyczajnie innej możliwości.

Nie dziwi zatem reakcja eurodolara, który dziś – zamiast odetchnąć – dalej spada. W tym roku Euroland musi wyemitować 2200 mld euro długu. Tyle jest deficytów do pokrycia za pożyczone. W porównaniu USA wyglądają jak baranek - mają zaledwie 1600 mld dol. deficytu. Po dzisiejszym kursie to około dwukrotnie mniej. Co gorsza, euro nie jest prawdziwą walutą rezerwową, bowiem – jak pokazuje właśnie przypadek Grecji – nie ma suwerenności fiskalnej, gdyż Frankfurt nie może zmusić Aten do ograniczenia deficytu, ani podniesienia podatków. Oznacza to w dłuższym terminie podniesienie rentowności euroobligacji. Złośliwi Niemcy, którzy dziś się cieszą z upokorzenia komunistów w Atenach, całkiem niedługo będą mieli problem rosnącego kosztu pożyczek, na który będzie jeden ratunek – odcięcie peryferiów. Być może nastąpi to nawet w tej kolejności, tzn. odszczepienie twardego jądra na skutek działań Berlina, a nie - upadłości Grecji, jak domyślnie się zakłada. Tak się bowiem składa, że spadająca jak gips od ściany wiarygodność GIPSI podważa wiarygodność całej unii walutowej i wszystkich jej członków, choć nierównomiernie i nie jednocześnie.

Na tym wszystkim Polska może wyjść do przodu, bowiem mamy cały czas suwerenność fiskalną i monetarną, ale przedtem musielibyśmy przestać słuchać rysiów-zbysiów i całej reszty karanych niekryminalistów i na tym zarobić, a do tego trzeba mieć kiepełe.

© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 30 stycznia 2010

Czy świnie latają, czyli cisza w antrakcie.



To że dobrze wypasiona świnia potrafi przesłonić mniejszą, nie jest niespodzianką. Nawet Pospieszalski w okienku o tym debatował. Tylko patrzeć, jak nad zezowatym u Mosza Mbewe z Pastusiakiem i red. Broniarkiem będą się pastwić ;)

Mniejsza świnka całkiem zielona, ale chuda jakaś, odtłuszczona - 1,7%. Już przepraszałem ministra Rostowskiego, niech mu będzie - jest najlepszym ministrem wśród najgorszych. Mi nie chodziło z tymi rachitycznymi wzrostami o ich negację, tylko o to, że są na granicy całkowitego uwiądu. Na tle reszty Europy być może to i jest dobrze, tylko że oni tam trochę jakby bogatsi i autostrady mają... O perspektywę idzie i nie na rok do wyborów, ale najbliższe kilka dekad. Mamy więc najtłustszą świnkę z rekordowym przyrostem w pasie, wersja dietetyczna. Program naprawy też niby wporzo, ale szczegóły dość enigmatycznie sprowadzają się do dalszego nic nierobienia, więc właściwie czym tu się chwalić. Jest dobrze, dopóki ni będzie gorzej, bo niestety zanim gruby schudnie, to chudy umrze. Nie idzie też o wieśniacki wystrój "sprawdzonego" formatu z telebimem i dwoma mównicami, na których dwóch sterników - jeden dostojnie obok drugiego, oflagowani jak ORP Orzeł przed zanurzeniem - może się oprzeć, w końcu mogliby spece od marketingu dostrzec to skojarzenie z okrętem na wzburzonym morzu i dwie bliźniacze wieżyczki, w końcu sami wymyślili tę marynistyczną poetykę ze wzburzonymi falami i bezpieczną przystanią, ba - zieloną wyspą na morzu! No to jasno specom wygarnę, że te dwa wieśniackie pulpity w marynistycznej narracji przypominają wieżyczki okrętu podwodnego, a U-boot - jak wiadomo - łatwo się zanurza...



Teraz do rzeczy, czyli co to za cisza? Otóż to sceniczna cisza w antrakcie greckiej tragedii. Papaconstatinou oraz Papandreou zgodnie wypierają się potajemmnych negocjacji z Angelą Merkel o ratunkowych funduszach, na stronach minfin Grecji oficjalne dementi. Prezes ECB Trichet z absolutną pewnością powtarza, że nie ma planu awaryjnego, Grecja nie może upaść, ponieważ nie ma takiej możliwości w traktacie zjednoczeniowym. Musi sobie poradzić, a min. Papaconstatinou zapewnia, że na pewno sobie poradzi. Tymczasem w ciągu tygodnia rentowność ich obligacji wzrosła prawie o procent! Znaczy się pieniądz raczej nie wierzy greckim zapewnieniom. Może tam sobie Barbapapa opowiadać i pisać różne bajki, ale dzieci przecież wiedzą, że Grecja nie raz już nie spłacała długów.

Otóż to. Cisza przed kolejną odsłoną greckiej tragedii. Rachunek jest prosty. Skoro długi Grecji i np. Hiszpanii przekroczyły 100% pkb, to ile procent dochodów budżetowych można przeznaczyć na odsetki? Spróbujmy sprawdzić. Obecnie obligacje greckie dają kupon ok. 7%, więc rocznie to daje 7% pkb. Oszacujmy dochód budżetowy na poziomie 40% pkb. Wówczas okaże się, że w chwili obecnej 17,5% dochodów, czyli podatków, trzeba wydać tylko na odsetki do długu, nie wspominając o kapitale. Bieżący deficyt - i najwyraźniej przez kilka lat najbliższych - zakładają realnie nieunikniony, dalszy wzrost zadłużenia rzędu 1/8 pkb rocznie! Odsetki puchną w oczach. To jeszcze nie jest spirala, ale łatwo sprawdzić, że Grecja jest dziś, jeśli jeszcze nie przekroczyła, na progu bankructwa. Obligacje to z całą bezczelną szczerością pokazują. Co zatem z PIIGS, czyli Portugalią, Włochami, Irlandią, Grecją i Hiszpanią? Kolejna odsłona greckiej tragedii, po antrakcie.

O tym, że jest to prawdziwa, klasyczna tragedia, łatwo się przekonać, analizując dlaczego tak zawzięcie Trichet, Papa-coś-tam i Weber z Angelą w tym tygodniu kłamali. Otóż jeśli nie wybawią Greków z kłopotów, pigsy polecą prosto w przepaść, bo o własnych siłach Grecja dziś z długów nie wyjdzie. Czyli tragedia. Upadek strefy euro, bo się posypią - jak klocki domina - Hiszpania, potem Irlandia, a na końcu banki Niemiec i Austrii, które to wszystko kredytowały.

Wariant nieuchronnej - tak zakładam, że jest już uzgodniona awaryjna, nieoczekiwana, nadzwyczajna pomoc dla Grecji pod wodzą Bundesbanku - awaryjnej pożyczki dla Grecji, ale wcale nie z Frankfurtu, ale z MFW, który właśnie potwierdził swoją gotowość, jest niewiele lepszy, bowiem stanowi groźny precedens. Po pierwsze udowodni, że cała ta strefa euro ze swoimi nieprzekraczalnymi zasadami to fikcja. Nieprzekraczalny deficyt w wysokości 3% to już dawno bajki, a najgorsze jest to, że Bruksela nie ma tak naprawdę żadnej siły, żeby ochronić Grecję przed tragedią klasyczną śmiertelnej spirali zadłużenia. Załóżmy, że dziś to jest jeszcze możliwe. Jeszcze można ograniczyć deficyt, drogą radykalnych cięć wydatków, do - powiedzmy - 3%. Co to oznacza praktycznie dla Papandreou? Oprócz strajków i płonących pod Akropolem samochodów, bolesną recesję. Czy Grecy się na to zgodzą? Retoryczne pytanie.

Tak, czy owak, grecka klasyczna tragedia się rozegra, oczywiście w wersji rozciągniętej, co tylko wzmocni jej siłę destrukcji. Nie ma dobrych wyborów, bo nie może być jednej waluty dla Europy dwóch porządków, dwóch prędkości i dwóch koniunktur. Nie dziw się zatem, że dolar na tle euro spokojnie sforsował .7200. To nie Obama, ani nie cudowne rzekomo odbicie na zapasach (czkawka chyba - 5,7% rocznie), tylko zadziwiająca wiarygodność dolara w porównaniu do umownej waluty bez suwerenności fiskalnej. Euro dostaje od Grecji drugie ostrzeżenie. Tym razem jego los jest przesądzony. Odseparowanie PIIGS od tzw. twardego jądra jest nieuninione i to tylko kwestia czasu. Euro nie upadnie, ale na pewno się rozszczepi.



Ciekawe, jak w tych zawodach, kto jest gorszy, wypada USA. Otóż oni też mają deficyt bieżący 1/8 pkb i też przekraczają właśnie 100% pkb długu. Mają jednak suwerenność fiskalną i jeszcze walutę rezerwową, czego nie można powiedzieć o pigsach. Warto w tej perspektywie porównawczej spojrzeć na nasz okręt i zastanowić się, jak daleko mu do wersji nurkującej? Tragedia to rzecz klasyczna, spojrzyj na Grecję. Nie piszę tego ze złośliwości, tylko dla ostrzeżenia. Kiedy euro zadrży, to znaczy - po awaryjnej pożyczce z MFW, zwróć uwagę, że Polska podobny kredyt stabilizacyjny wzięła w ub.r. - Grecja będzie musiała wyjść z euro, albo jakoś się od niego separować, rynki z obrzeża, które jeszcze w euro nie są, także zadrżą. O kondycji złotówki zadecyduje wiarygodność, czyli poziom zadłużenia i zdolność kredytowa. Jeśli będziemy musieli więcej pożyczać, to będzie drogo kosztowało.




© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 8 stycznia 2010

Rozwolnienie dolara 24: indianie atakują



Jeśli to nie jest schizofrenia, to co to jest? Jazda 50 pipsów w dół i zawrót 40 w górę? Indiańska winda to jest kolego. Nawet na Bloombergu pogłupieli i musieli zmieniać komentarze (teraz zmieniają właśnie jeszcze raz). Po co się męczyć. Wystarczy pomyśleć. Po pierwsze, co spowodowało indiańskie odbicie w grudniu, przecież wyraźnie i detalicznie to rozdrabniałem, właśnie na tę okazję. Otóż rajd lolara był wywołany właśnie śmiercią indian, natychmiast posłusznie dołączył się Moody ze swoimi historiami o upadku Grecji, a to już naturalnie posypało lawinę degradacji długu peryferiów europejskich - Hiszpania, Portugalia i teraz UK nawet! Jednym słowem indiańskie odbicie na dzikim zachodzie i upadek Europy. Dolar rulez! Ojro kaput!

Teraz panie bracie okazuje się, że to wszystko ściema była, odbicia ni ma, bezrobocie wcale nie spadło. Czyli dolar nie wzrośnie, czyli spada. Po chwili okazuje się, że ten raport o bezrobociu to on wcale nie jest zły - przeczytaj poprzedni wpis - po prostu jest taki sobie, lekko neutralnie pozytywny. Bezrobocie nie spada, ale też nie wzrasta, za to w eurolandzie dramatycznie rośnie, właśnie stuknęło 10%! Teraz jest ruch powrotny. USA co prawda nie mają mocnego odbicia, ale za to Europa jest w jeszcze gorszym położeniu (ten sam mechanizm co poprzednio). Ameryka ma długi, ale Europa też się sypie (Grecja). Bezrobocie jest wysokie, ale w eurolandzie jeszcze większe! Czyli na koniec dnia wychodzimy na remis, z jednym wnioskiem. Prawdopodobnie rzeczywiście Europa jest spóźniona w cyklu o co najmniej pół roku i wtedy, gdy Stany już odbiją się od denka (jeśli tego nie uczynili), Europa jeszcze będzie leżeć w rozkroku.

Co to znaczy dla naszego lollara? Otóż bardzo wiele cennych rzeczy. Po pierwsze operacja pompierska Benka okazała sie sukcesem tak dalece, że nawet strachy o rychłym upadku Grecji i Hiszpanii razem wziętych nie pociągnęły lollara zbyt wysoko, raptem na .700. Kiepścioszka. Po drugie Benjamin właśnie zapodał, że nie jest winien żadnej bańki, nic nie dmuchał i mogą mu wszyscy nadmuchać. Będą niskie stopy tak długo, jak to potrzebne do ożywienia trupów. Innymi słowy jesteśmy w krainie czarów i boli nas niewiele w tej sprawie, że komuś się to nie zgadza. Tak ma być, bo tak być ma (i będzie). Benio locuta, causa finita (America perdita). Zwolennicy jakiegokolwiek zacieśnienia, jak choćby Hoenig z FED Kansas, który już nawet nie po kryjomu ale w primetimie "krzyczy", że stopy trzeba podnieść do 3,5-4%, inaczej inflacja się pięknie wymknie. Krzycz pan dalej, Benek nie słyszy. Zresztą taki jest plan od początku. Drukujemy. Jeśli liczysz na to, że pociąg z bondami sie zatrzyma, jesteś w błędzie. Prognoza MS zostanie wykonana z nawiązką.

Co zatem z lollarem? Żegnajcie się z rajdem, do chwili pęknięcia w Europie (a ono nastąpi jak amen w pacierzu, Stark i Angela nad tym pracują). Do tego czasu marzenia o short-squeezach są raczej przesadzone. Znowu oczekiwania zezowatego wzięły w łebek (tak to jest, nawet ja nie doceniam Benka), choć przynajmniej mam tego świadomość (i ostrzegam z góry).

Na koniec graficzne podsumowanie, bo nic nie cieszy artysty jak piękny obraz. Wygrzebał z czeluści Stoje i patrze.



Poddam hasło: commercials. W grudniu, jak kazali Moodyemu głosić upadek Grecji właśnie nakupili rekordową liczbę putów na lollarze. Jeśli zechcesz sprawdzić, to tak jakoś zawsze wychodzi, że banki wygrywają, a tyle samo w opcjach fundusze przegrywają. Taki ładny, symetryczny wykres, aż cieszy prostotą. Poprzednie maksimum pochodnych było oczywiście na górce, więc można wróżyć nawrót.

© zezorro'10 dodajdo.com

muut