-
Ostrzegałem w porę. Teraz popatrzmy, co będzie w najbliższym tygodniu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hossa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hossa. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 maja 2013
czwartek, 23 maja 2013
Koniec hossy! Ajwaj rabują
-
Koniec hossy? Jak dla kogo. Dla niektórych żadnej hossy nie było. To po pierwsze. Po drugie zauważ, jak "rynek" reaguje na śmiesznego brodatego pajaca, zapowiadającego pompowanie do końca świata. Myślisz, że czeka cię nirwana? Przecież ten pajac nie ma żadnego innego wyjścia, bo choćby nie wiem, jak się naprężał, to nie udźwignie - taki to ciężar! Cały ten "rynek" stoi na słowach jednego brodacza, który nie ma już innego wyjścia, tylko pompować, pompować, pompować... bo inaczej szlag trafi cały cyrk. Czy to jest hossa? W pewnym sensie. W pewnym sensie jest to też depresja i stagflacja. Globalny wyścig w szmaceniu forsy. Wszystko, co chcesz, a krótki rzut oka poniżej. Pewni gorącogłowi stwierdzili, iżbym obwieścił koniec hossy. Dementuję. Po pierwsze pytanie gdzie, po drugie - w jakim sensie hossa i po trzecie - w jakim terminie, watsonie. Bo że koniec wszystkiego zawsze nadchodzi, to jest akurat pewne. Pytanie czego, dla kogo i kiedy.
Koniec hossy? Jak dla kogo. Dla niektórych żadnej hossy nie było. To po pierwsze. Po drugie zauważ, jak "rynek" reaguje na śmiesznego brodatego pajaca, zapowiadającego pompowanie do końca świata. Myślisz, że czeka cię nirwana? Przecież ten pajac nie ma żadnego innego wyjścia, bo choćby nie wiem, jak się naprężał, to nie udźwignie - taki to ciężar! Cały ten "rynek" stoi na słowach jednego brodacza, który nie ma już innego wyjścia, tylko pompować, pompować, pompować... bo inaczej szlag trafi cały cyrk. Czy to jest hossa? W pewnym sensie. W pewnym sensie jest to też depresja i stagflacja. Globalny wyścig w szmaceniu forsy. Wszystko, co chcesz, a krótki rzut oka poniżej. Pewni gorącogłowi stwierdzili, iżbym obwieścił koniec hossy. Dementuję. Po pierwsze pytanie gdzie, po drugie - w jakim sensie hossa i po trzecie - w jakim terminie, watsonie. Bo że koniec wszystkiego zawsze nadchodzi, to jest akurat pewne. Pytanie czego, dla kogo i kiedy.
piątek, 14 sierpnia 2009
Czy to już ostatnie piętro?
Według zezowatego to by było na tyle. Oczywiście akcja pompierska się udała. Świat się nie załamał, lollar nie zniknął, a giełdy odbiły. Jakby na to nie spojrzeć, siła, zakres i dynamika tego odbicia ma się na razie ku końcowi. Wolumen przy dalszym pompowaniu zdycha. Pisałem już o tym w okolicach SP 950. To wygląda tak, jakby zdechłej kobyle kazali ciągnąć ciężki wóz pod górę. Nie ma siły. Nie znaczy to, że przy nabraniu wigoru, nie będzie dalszej jazdy. Przy właściwie nieograniczonym potencjale pompy można się spodziewać wszystkiego, aczkolwiek prawa fizyki ciągle obowiązują i może się okazać że - jak to w życiu bywa - będzie konieczne takie ciśnienie, że pęknie któraś mufa i zabije przy okazji dowódcę akcji. Kto widział gaszenie pożaru, wie o czym mowa. Benek i inne banki centralne mogą podać dowolne ciśnienie, pytanie czy pacjent to wytrzyma.
Pragnę przypomnieć wszystkim wieszczącym koniec recesji w czerwcu, że mówiłem wówczas o spekulacyjnym, technicznym odbiciu. Spójrzcie i doceńcie piękno tego opadania teraz. Kto zgasił światło? Jak to kto, chińczyk zgasił światło i przestał magazynować rudę. Nie ma gdzie jej składować, ma zapas na kilka lat. Co teraz? Chińczycy wznowią zakupy, ale najpierw muszą spaść ceny...
Na wykresie widać, że BDI jest wskaźnikiem wyprzedzającym, ale trzeba umieć go czytać. Podobnie jak czerwcowe odbicie nie było sygnałem końca recesji, tak i obecne załamanie nie jest sygnałem nowej depresji. Zwyczajnie, po prostu stagflacja jak okiem sięgnąć. Jak mawiała moja znajoma obiecanki, macanki, a głupiemu st..
ROPA

Ropa nie ma już siły (na razie) jechać do góry i najwyraźniej powinna sobie odpocząć. Jedno przepłaszanie już było i może być albo kolejne, albo poważne zejście niżej, aczkolwiek trwały spadek ropy w trakcie napięć na bliskim wschodzie raczej nie wchodzi w rachubę. Wcześniej prognozowany zasięg tego ruchu wynosił 85$ i nadal jest aktualny, ropa raczej nie powinna tego poziomu, poza wybuchem wojny w zatoce oczywiście do zimy przebić.
VIX

Wskaźnik VIX na poziomie 25 jest już obscenicznie niski i jeśli dalej opadnie, to zezowaty będzie musiał uznać, że na NYSE zostały same roboty high frequency trading, co jest niewykluczone, ale mało prawdopodobne, ponieważ do tej pory zarabiały na frajerach, trudno im będzie zarobić na sobie nawzajem, choć technika czyni cuda...
Jeszcze niedawno zezowaty mówił oględnie: hossa ma się na wyczerpaniu, ale może jechać dalej, może się udać przechodzenie SP 1000. Teraz jest pewien, że forsowanie tysięcznika nie odbędzie się w tym ruchu, czas na odpoczynek. Najważniejsze przesłanki tej pewności, to:
- znikający volumen przy wzrastającym rynku
- dwukrotna przewaga akcji śmieciowych nad blue-chipami
- kilkudziesięciokrotna przewaga sprzedających insiderów, dobiegająca maksimów wszechczasów
- wskaźnik strachu VIX zmierzający do swego poziomu sprzed Lehmana, co zwiastuje jego rychłe odbicie, trudno sobie wyobrazić VIX lepszy niż ubiegłoroczny, chociaż kto wie, w matriksie wszystko jest możliwe, nawet chodzenie po suficie
- potrzeby pożyczkowe US, wyrażone w obligacjach, w krótkim okresie były dla akcji - paradoksalnie - bardzo pomocne (pisałem o mechanizmie pompowania przez PD), ale w dłuższym są absolutnie negatywne, dwa biliony znikają z rynku finansowego, to potężne pieniądze
- mocny (jak na tyle drukowania) dolar, prawdopodobnie na skraju odbicia, co do giełdy ma korelację zbliżoną do -1
- słabość rynków wschodzących, w tym głównie Chin, u których wychodzą ewidentne słabości stimulusu, po prostu jego zasięg się kończy i znaczenie dla świata również; hossa chińska jest nietrwała i polega na spekulacji, a nie na wzroście konsumpcji czy sprzedaży, jak już zbudują te wszystkie drogi i mosty, to nie będzie miał kto po nich jeździć, popatrzcie sobie na Japonię
- stan przedagonalny na Łotwie i Estonii, degradacja ratingu jest tylko potwierdzeniem smutnego faktu, że oderwanie się od sztywnego parytetu do euro jest kwestią czasu i to krótkiego, wówczas mogą - i przetoczą się (jak pisałem) - upadłości bankowe z efektem domina. Nie musi to załamać Europy, ale spowoduje spore zamieszanie, zwłaszcza u nas - piszę w kontekście giełdy, która jest największa w regionie. Według mnie przeczołganie się Bałtyki do wiosny będzie cudem.
- narastająca słabość rynku surowców, który nawjyraźniej dalej się już pompować nie da, w obliczu malejącego popytu. Spadek produkcji rzędu 20% globalnie jest faktem i nie podniesie się zbyt prędko. Magazyny są zapełnione po brzegi i najwyraźniej ostatnie wzrosty są napędzane opcjami, a nie transakcjami na rynku spot.
Teraz kilka obrazków, które to wszystko zgrabnie podsumują, bo już dosyć gadania.
Pragnę przypomnieć wszystkim wieszczącym koniec recesji w czerwcu, że mówiłem wówczas o spekulacyjnym, technicznym odbiciu. Spójrzcie i doceńcie piękno tego opadania teraz. Kto zgasił światło? Jak to kto, chińczyk zgasił światło i przestał magazynować rudę. Nie ma gdzie jej składować, ma zapas na kilka lat. Co teraz? Chińczycy wznowią zakupy, ale najpierw muszą spaść ceny...
Na wykresie widać, że BDI jest wskaźnikiem wyprzedzającym, ale trzeba umieć go czytać. Podobnie jak czerwcowe odbicie nie było sygnałem końca recesji, tak i obecne załamanie nie jest sygnałem nowej depresji. Zwyczajnie, po prostu stagflacja jak okiem sięgnąć. Jak mawiała moja znajoma obiecanki, macanki, a głupiemu st..
ROPA

Ropa nie ma już siły (na razie) jechać do góry i najwyraźniej powinna sobie odpocząć. Jedno przepłaszanie już było i może być albo kolejne, albo poważne zejście niżej, aczkolwiek trwały spadek ropy w trakcie napięć na bliskim wschodzie raczej nie wchodzi w rachubę. Wcześniej prognozowany zasięg tego ruchu wynosił 85$ i nadal jest aktualny, ropa raczej nie powinna tego poziomu, poza wybuchem wojny w zatoce oczywiście do zimy przebić.
VIX

Wskaźnik VIX na poziomie 25 jest już obscenicznie niski i jeśli dalej opadnie, to zezowaty będzie musiał uznać, że na NYSE zostały same roboty high frequency trading, co jest niewykluczone, ale mało prawdopodobne, ponieważ do tej pory zarabiały na frajerach, trudno im będzie zarobić na sobie nawzajem, choć technika czyni cuda...
piątek, 24 lipca 2009
Grubas łyka z ukrytego
Opinię, że obecna paniczna mini-hossa jest jechana na fjutach, podziela DNB. Oto co pisze PAP i PB.
Jak się nazywa ten podmiot, zezowaty nawet nie zorganizuje konkursu, przecież jego zdanie znacie...
Tak sobie tylko myślę, że jak skończy się ta futossa, przyjdzie kolej na futessę. Będzie równie dynamiczna.
Za wzrostami na GPW stoi podmiot, prawdopodobnie zagraniczny, który ma dużą liczbę otwartych pozycji na kontraktach. Tak sugeruje Tomasz Jachowicz, analityk DnB Nord Polska.
Za wzrostami na GPW stoi podmiot, prawdopodobnie zagraniczny, który ma dużą liczbę otwartych pozycji na kontraktach. Tak sugeruje Tomasz Jachowicz, analityk DnB Nord Polska.
Znów duże wzrosty na GPW. Niektórzy inwestorzy przecierają oczy ze zdumienia. WIG20 jest na poziomach najwyższych od początku roku. Walczy po poziom 2100 pkt. Skąd ten optymizm?
„Możliwe, że za ostatnimi wzrostami stoi jakiś podmiot, prawdopodobnie zagraniczny, w którego rękach skupiona jest duża liczba otwartych pozycji na kontraktach terminowych na WIG 20, w granicach 35 - 40 proc. Pierwszym przystankiem dla WIG-u 20 jest poziom 2.160 pkt. Myślę, że docelowo, w pozytywnym scenariuszu, moglibyśmy osiągnąć poziomy 2.200 - 2.300 pkt. Nie sądzę jednak, by rynek mógł osiągnąć wyższe poziomy w perspektywie 3 - 6 miesięcy" - powiedział.
Jak się nazywa ten podmiot, zezowaty nawet nie zorganizuje konkursu, przecież jego zdanie znacie...
Tak sobie tylko myślę, że jak skończy się ta futossa, przyjdzie kolej na futessę. Będzie równie dynamiczna.
poniedziałek, 20 lipca 2009
Hossa na fjutach
Zalewski napisał świetny tekścik pt. Jak się bawi duży chłopiec, czyli pytania, pytania, pytania?.
Odpowiadam na pytania.
Duży chłopiec dużo może, na przykład zrobić mini-hossę na wschodzących. Zauważ, że LOP w jednym ręku jest ponad trzydzieści tysięcy! Jaki jest kierunek tych opcji? Oczywiście w górę, stawiam między 2200, a 2400. Jak się nazywa tytułowy chłopiec, zgadnij sam(a).
Teraz skąd pewność? Pewność - drogi czytelniku stąd, że duże spólki nagle dostały skrzydeł, a małe jakby nic nie słyszały, popatrz na różnicę między wig i wig20. Hossa jak się patrzy.
Odpowiadam na pytania.
Duży chłopiec dużo może, na przykład zrobić mini-hossę na wschodzących. Zauważ, że LOP w jednym ręku jest ponad trzydzieści tysięcy! Jaki jest kierunek tych opcji? Oczywiście w górę, stawiam między 2200, a 2400. Jak się nazywa tytułowy chłopiec, zgadnij sam(a).
Teraz skąd pewność? Pewność - drogi czytelniku stąd, że duże spólki nagle dostały skrzydeł, a małe jakby nic nie słyszały, popatrz na różnicę między wig i wig20. Hossa jak się patrzy.
niedziela, 21 czerwca 2009
Chińska hossa na kredyt
Potwierdzają się przypuszczenia, że chiński plan ożywienia gospodarczego, zakładający utrzymanie stabilnego wzrostu, owszem służy wzrostowi, lecz spekulacyjnych baniek, które zaczęły puchnąć najpierw na giełdach w Pekinie i Szanghaju, a obecnie w surowcach. Absolutną rację miał Marc Faber, prognozujący wzrosty w Chinach, tyle że nie wszyscy go prawidłowo zrozumieli.
Jak prosto i przejrzyście udowadnia nieoceniony Andy Xie, którego ostatnia ocena możliwych wariantów zachowania stabilności polityki monetarnej jest o tyle prosta, co nieubłagana w swojej logice, Chiny przeżywają nawrót koniunktury, ale nie taki, jak to piszą w mediach. Tym razem w cytowanym artykule rozprawia się bezwzględnie z mitem końca recesji i chińskiego wzrostu na kredyt, które miałyby jakoby wyciągnąć świat z kryzysu.
Decoupling? Zapomnij.
Wraz z nastaniem kryzysu finansowego świat zaczął się gorączkowo rozglądać za możliwym kandydatem do przejęcia roli lokomotywy gospodarczej. Skoro popyt konsumencki definitywnie w Stanach skapitulował, aby przywrócić świat na ścieżkę wzrostu (a tym samym wyrwać go z recesji), trzeba znaleźć nowego lidera, nowy motor światowej koniunktury. Do roli tej wyznaczono Chiny, które mają i taką ambicję i potencjalne możliwości, bowiem dotychczasowy model wzrostu opierał się na skutecznych podstawach: młodej i dynamicznej populacji, wysokim wskaźniku oszczędności, niskich kosztach jednostkowych i ogromnym postępie ekonomicznym.
Zwolennicy teoryjki wysprzęglenia Chin z symbiotycznej zależności od amerykańskiego importu, chętnie wypychali Chiny do roli nowego lidera, rozbudzając nadzieje na szybkie odbicie koniunktury. Zasadnicza myśl przewodnia była keynesowska, czyli taka: skoro część popytu, stymulującego wzrost odpadła (spadek eksportu o 1/3), należy zastąpić go innym, państwowym, aby utrzymać wzrost i miejsca pracy. Komitet centralny KPCh chętnie skorzystał z tej rady i w ślad za programem pomocowym Paulsona uchwalił chiński plan inwestycyjny, porównawczo większy i śmielszy od swojego amerykańskiego wzorca.
Teoryjka wysprzęglenia co prawda wzięła w łeb na całej linii, bowiem nie dość, że Chiny pozostały niczym przyspawane do swoich rynków zbytu i spadek eksportu przełożył się natychmiast na proporcjonalny spadek produkcji, to podobnie zadziałała reszta świata. Świat po raz pierwszy wszedł w synchroniczną recesję światową. Nie ma z niej wyjścia bez zmiany modelu ekonomicznego, bowiem ten nie da się utrzymać z racji narastającej nierównowagi bilansowej, która doprowadziła w końcu do załamania. Wszyscy znajdujemy się w tej samej łodzi i nie jest tak, że jedna jej połówka może płynąć w lewo, gdy druga płynie w prawo.
Początek odbicia, początek końca? Koniec początku.
Niedługo potem pojawiła się lansowana w CNBC teoryjka początku odbicia (green shoots). Mają zapowiadać go nie pogarszające się wskaźniki makro: nowe zasiłki dla bezrobotnych, liczba rozpoczętych budów, przewłaszczenia hipoteczne. Idea za tą teoryjką jest banalnie prosta. Nie ma znaczenia, że wymienione wskaźniki są na rekordowo katastrofalnych poziomach. Ważne, że - podobno - osiągnęły dno. Wiadomo, jak się osiągnie dno, niżej się już spaść nie da. Może być tylko lepiej! Nic to, że wskaźnik nowych zasiłków spada, bo dotychczasowi beneficjenci po prostu go tracą po pół roku. Nic to, że zatrzymanie przewłaszczeń (foreclosure) jest wynikiem ogromnej kolejki dotychczasowych, niechęci i opieszałości banków, które uginają się pod ciężarem już zgłoszonych oraz administracyjnych programów ochronnych, wydłużających okres oczekiwania (zamiast trzech miesięcy np. pół roku zalegania z ratami). Musi być lepiej!
Znakomicie nastrój ten współgra z chińskimi wysiłkami utrzymania wzrostu. Plan pomocowy dla gospodarki odbywa się centralnie poprzez uruchomienie gigantycznych kredytów dla gospodarki. Inwestycje (wielki sektor wytwórczy) i banki są w państwowych rękach, więc uruchomienie takiego planu nie jest trudne. Projekty, które poprzednio zostały zatrzymane z powodu zaciskania rozbuchanej zanadto koniunktury, wystarczyło odblokować (czytaj - przelać kredyt). Czy to rzeczywiście przekłada się na przejęcie brakującego popytu zewnętrznego przez nowy popyt krajowy tak, żeby Chiny mogły pewniej stanąć na własnych nogach i stać się autonomiczną lokomotywą?
Hossa na kredyt
Andy Xie z elegancją i prostotą rozszyfrowuje sprzeczności, przytoczone we wcześniejszych felietonach. Jak to jest, że produkcja przemysłowa nie spada, gdy konsumpcja energii el. kurczy się o 1/4, a eksport o 1/3? Proste. Brakujące liczby wzrostu znaleźć można na kontach bankowych i w przekłamaniach statystyk.
Chińczycy od lat są znani z twórczego traktowania sprawozdawczości, co zresztą jest systemową cechą wszystkich systemów centralistycznych. Dlatego też, skoro KC zaplanował wzrost na co najmniej 6,5%, wzrost będzie, choćby świat miał się zawalić. Plan trzeba wykonać. Drugą przyczyną sprawnej realizacji keynesowskiego planu substytucji popytu konsumpcyjnego (spadający eksport) przez wewnętrzny popyt inwestycyjny (inwestycje w wytwórczość i infrastrukturę) jest centralistyczna struktura bankowości oraz dualizm gospodarki.
Cały chiński system bankowy jest ściśle sterowany ekonomicznie (banki są państwowe), ale też politycznie (system zadaniowy). Banki plany stymulacji wykonają, choćby miały je zmarnować, innymi słowy przy bankowym wykonywaniu planów nie liczy się przecież efektywność ekonomiczna inwestycji, ale zgodność z założeniami. Taka alokacji inwestycji sprzyja ogromnemu marnotrawstwu i sądząc z naszych socjalistycznych doświadczeń odbije się w przyszłości czkawką. Projekty sfinansowane dziś naprędce okażą się w dużej części chybione, bo tak już niestety w tym systemie jest.
Po drugie, chińska gospodarka charakteryzuje się dychotomiczną strukturą. Przemysł ciężki i infrastruktura jest własnością państwową, a sektor produkcyjny, na którym opiera się konkurencyjny eksport chiński, jest prywatny, w dużej części jako spółki mieszane chińsko-zagraniczne. Fundusze pomocowe, uruchomione przez Pekin dla ratowania koniunktury powędrowały do państwowych przedsiębiorstw infrastrukturalnych i ciężkich,chwilowo powiększając wyniki pkb. W dłuższym okresie jednak nie czynią nic dla wzmocnienia popytu wewnętrznego (budowa klienteli krajowej), bowiem jednorazowe dopłaty do aut tylko przejściowo podwyższają sprzedaż. Rozwojowy impuls centralny w ogromnej mierze idzie na rozbudowę i tak już hipertroficznych mocy produkcyjnych. Po co Chinom kolejne huty i fabryki, skoro te istniejące i tak nie są obciążone i trzeba je zamykać? Po co Chińczykom kolejne wielkie osiedla mieszkaniowe, w których mieszkania stoją puste, bowiem są tylko lokatą kapitału, a potencjalnych nabywców na nie nie stać? Impuls rozwojowy z założenia jest niewydajny, bowiem inwestycje kierowane są dokładnie tam, gdzie nie przyniosą nic lub prawie nic dla rozwoju rynku wewnętrznego.
Ostatnią sprawą, ale najbardziej spektakularną, jest efekt spekulacyjny centralnego planu inwestycyjnego w Chinach. O ile na papierze wszystko się zgadza i brakujące w bilansie handlowym wpływy wydaje się teraz z odłożonych oszczędności, a na poziomie makro popyt eksportowy i konsumpcyjny został zamieniony na krajowy i inwestycyjny, w faktycznych realiach wygląda to trochę bardziej ciekawie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że spora część centralnej gotówki z banków bocznymi dróżkami zasiliła spekulacyjną falę na giełdach i w surowcach. Ostatnie wzrosty, zwłaszcza surowców, mogą być równie dobrze efektem centralnych zakupów, jak - co bardziej prawdopodobne - ubocznym efektem taniego rządowego pieniądza, który lokuje się tam, gdzie oczekuje szybkich spekulacyjnych zysków, czyli tam, gdzie centralne fundusze już operują. Gdzie Chiny hedżują swoje ryzyko dolarowe? W surowcach. Koledzy i znajomi dyrektorów banków potrafią z tej wiedzy skorzystać i część rządowych kredytów inwestycyjnych przeznaczyć na szybki i bezpieczny zarobek w surowcach właśnie.
Efekt końcowy centralnych inwestycji będzie opłakany. Nie dość, że - dla chwilowego liczbowego złudzenia wzrostu gospodarczego - ładuje się ciężkie pieniądze w zupełnie bezsensowne projekty, to jeszcze część środków trafia do spekulacji, podwyższając ceny surowców, co w końcowym efekcie przeszkodzi odbiciu koniunktury. Nie dość, że drogie surowce zniwelują część przewagi konkurencyjnej, to opóźnią powrót koniunktury, przez windowanie cen finalnych. Gorzej jeszcze: plan ochrony oszczędności dolarowych przed inflacją weźmie dzięki temu w łeb, bowiem drożejące surowce skutecznie pociągną inflację właśnie.
W ten oto sposób chińska recepta, widziana pod lupą, jest doskonałą antyreceptą na trwałe podniesienie gospodarki. Im bardziej Chiny będą się starały wzmocnić swój rozwój przez keynesowskie plany, tym bardziej będą oddalać się od swego celu. W tym czasie rezerwy będą topnieć, a czas będzie płynął. Nie znaczy to niestety wcale, że chiński plan nie mógł się powieść. Działał przecież doskonale przez trzydzieści lat! Teraz niestety nieodwołalnie zmieniły się światowe porządki i dotychczasowy model wzrostu przestał być skuteczny. Przywódcy chińscy (czym nie odróżniają się wcale od amerykańskich) nie chcą tego jednak przyjąć do wiadomości i zaordynowali sobie największy pakiet keynesowski w historii. Efektem będzie chwilowa poprawa wskaźników makro i ogromne bezproduktywne inwestycje.
Chiny nie pociągną światowej koniunktury, nie są w stanie, dopóki nie zmienią modelu gospodarczego i dychotomii sektora państwowego i prywatnego. Nic nie wskazuje na to, aby Chiny szły w tym kierunku, więc nadzieje ze wschodu są chybione. Po przemyśleniu tekstu Andy Xie można dojść wręcz do wniosku, że chińskie plany pomocowe wręcz uniemożliwiają powrót światowej koniunktury, bowiem dokładają się do przerażających bąbli spekulacyjnych w nieruchomościach i surowcach, które niebawem upomną się o powrót do równowagi. Konsekwencje gospodarcze mogą być poważne, włącznie ze straconą dekadą a la chinoise. Ktokolwiek liczy dziś na ratunek ze wschodu jest fantastą. Niech lepiej poczyta, postudiuje i przemyśli.
Jak prosto i przejrzyście udowadnia nieoceniony Andy Xie, którego ostatnia ocena możliwych wariantów zachowania stabilności polityki monetarnej jest o tyle prosta, co nieubłagana w swojej logice, Chiny przeżywają nawrót koniunktury, ale nie taki, jak to piszą w mediach. Tym razem w cytowanym artykule rozprawia się bezwzględnie z mitem końca recesji i chińskiego wzrostu na kredyt, które miałyby jakoby wyciągnąć świat z kryzysu.
Decoupling? Zapomnij.
Wraz z nastaniem kryzysu finansowego świat zaczął się gorączkowo rozglądać za możliwym kandydatem do przejęcia roli lokomotywy gospodarczej. Skoro popyt konsumencki definitywnie w Stanach skapitulował, aby przywrócić świat na ścieżkę wzrostu (a tym samym wyrwać go z recesji), trzeba znaleźć nowego lidera, nowy motor światowej koniunktury. Do roli tej wyznaczono Chiny, które mają i taką ambicję i potencjalne możliwości, bowiem dotychczasowy model wzrostu opierał się na skutecznych podstawach: młodej i dynamicznej populacji, wysokim wskaźniku oszczędności, niskich kosztach jednostkowych i ogromnym postępie ekonomicznym.
Zwolennicy teoryjki wysprzęglenia Chin z symbiotycznej zależności od amerykańskiego importu, chętnie wypychali Chiny do roli nowego lidera, rozbudzając nadzieje na szybkie odbicie koniunktury. Zasadnicza myśl przewodnia była keynesowska, czyli taka: skoro część popytu, stymulującego wzrost odpadła (spadek eksportu o 1/3), należy zastąpić go innym, państwowym, aby utrzymać wzrost i miejsca pracy. Komitet centralny KPCh chętnie skorzystał z tej rady i w ślad za programem pomocowym Paulsona uchwalił chiński plan inwestycyjny, porównawczo większy i śmielszy od swojego amerykańskiego wzorca.
Teoryjka wysprzęglenia co prawda wzięła w łeb na całej linii, bowiem nie dość, że Chiny pozostały niczym przyspawane do swoich rynków zbytu i spadek eksportu przełożył się natychmiast na proporcjonalny spadek produkcji, to podobnie zadziałała reszta świata. Świat po raz pierwszy wszedł w synchroniczną recesję światową. Nie ma z niej wyjścia bez zmiany modelu ekonomicznego, bowiem ten nie da się utrzymać z racji narastającej nierównowagi bilansowej, która doprowadziła w końcu do załamania. Wszyscy znajdujemy się w tej samej łodzi i nie jest tak, że jedna jej połówka może płynąć w lewo, gdy druga płynie w prawo.
Początek odbicia, początek końca? Koniec początku.
Niedługo potem pojawiła się lansowana w CNBC teoryjka początku odbicia (green shoots). Mają zapowiadać go nie pogarszające się wskaźniki makro: nowe zasiłki dla bezrobotnych, liczba rozpoczętych budów, przewłaszczenia hipoteczne. Idea za tą teoryjką jest banalnie prosta. Nie ma znaczenia, że wymienione wskaźniki są na rekordowo katastrofalnych poziomach. Ważne, że - podobno - osiągnęły dno. Wiadomo, jak się osiągnie dno, niżej się już spaść nie da. Może być tylko lepiej! Nic to, że wskaźnik nowych zasiłków spada, bo dotychczasowi beneficjenci po prostu go tracą po pół roku. Nic to, że zatrzymanie przewłaszczeń (foreclosure) jest wynikiem ogromnej kolejki dotychczasowych, niechęci i opieszałości banków, które uginają się pod ciężarem już zgłoszonych oraz administracyjnych programów ochronnych, wydłużających okres oczekiwania (zamiast trzech miesięcy np. pół roku zalegania z ratami). Musi być lepiej!
Znakomicie nastrój ten współgra z chińskimi wysiłkami utrzymania wzrostu. Plan pomocowy dla gospodarki odbywa się centralnie poprzez uruchomienie gigantycznych kredytów dla gospodarki. Inwestycje (wielki sektor wytwórczy) i banki są w państwowych rękach, więc uruchomienie takiego planu nie jest trudne. Projekty, które poprzednio zostały zatrzymane z powodu zaciskania rozbuchanej zanadto koniunktury, wystarczyło odblokować (czytaj - przelać kredyt). Czy to rzeczywiście przekłada się na przejęcie brakującego popytu zewnętrznego przez nowy popyt krajowy tak, żeby Chiny mogły pewniej stanąć na własnych nogach i stać się autonomiczną lokomotywą?
Hossa na kredyt
Andy Xie z elegancją i prostotą rozszyfrowuje sprzeczności, przytoczone we wcześniejszych felietonach. Jak to jest, że produkcja przemysłowa nie spada, gdy konsumpcja energii el. kurczy się o 1/4, a eksport o 1/3? Proste. Brakujące liczby wzrostu znaleźć można na kontach bankowych i w przekłamaniach statystyk.
Chińczycy od lat są znani z twórczego traktowania sprawozdawczości, co zresztą jest systemową cechą wszystkich systemów centralistycznych. Dlatego też, skoro KC zaplanował wzrost na co najmniej 6,5%, wzrost będzie, choćby świat miał się zawalić. Plan trzeba wykonać. Drugą przyczyną sprawnej realizacji keynesowskiego planu substytucji popytu konsumpcyjnego (spadający eksport) przez wewnętrzny popyt inwestycyjny (inwestycje w wytwórczość i infrastrukturę) jest centralistyczna struktura bankowości oraz dualizm gospodarki.
Cały chiński system bankowy jest ściśle sterowany ekonomicznie (banki są państwowe), ale też politycznie (system zadaniowy). Banki plany stymulacji wykonają, choćby miały je zmarnować, innymi słowy przy bankowym wykonywaniu planów nie liczy się przecież efektywność ekonomiczna inwestycji, ale zgodność z założeniami. Taka alokacji inwestycji sprzyja ogromnemu marnotrawstwu i sądząc z naszych socjalistycznych doświadczeń odbije się w przyszłości czkawką. Projekty sfinansowane dziś naprędce okażą się w dużej części chybione, bo tak już niestety w tym systemie jest.
Po drugie, chińska gospodarka charakteryzuje się dychotomiczną strukturą. Przemysł ciężki i infrastruktura jest własnością państwową, a sektor produkcyjny, na którym opiera się konkurencyjny eksport chiński, jest prywatny, w dużej części jako spółki mieszane chińsko-zagraniczne. Fundusze pomocowe, uruchomione przez Pekin dla ratowania koniunktury powędrowały do państwowych przedsiębiorstw infrastrukturalnych i ciężkich,chwilowo powiększając wyniki pkb. W dłuższym okresie jednak nie czynią nic dla wzmocnienia popytu wewnętrznego (budowa klienteli krajowej), bowiem jednorazowe dopłaty do aut tylko przejściowo podwyższają sprzedaż. Rozwojowy impuls centralny w ogromnej mierze idzie na rozbudowę i tak już hipertroficznych mocy produkcyjnych. Po co Chinom kolejne huty i fabryki, skoro te istniejące i tak nie są obciążone i trzeba je zamykać? Po co Chińczykom kolejne wielkie osiedla mieszkaniowe, w których mieszkania stoją puste, bowiem są tylko lokatą kapitału, a potencjalnych nabywców na nie nie stać? Impuls rozwojowy z założenia jest niewydajny, bowiem inwestycje kierowane są dokładnie tam, gdzie nie przyniosą nic lub prawie nic dla rozwoju rynku wewnętrznego.
Ostatnią sprawą, ale najbardziej spektakularną, jest efekt spekulacyjny centralnego planu inwestycyjnego w Chinach. O ile na papierze wszystko się zgadza i brakujące w bilansie handlowym wpływy wydaje się teraz z odłożonych oszczędności, a na poziomie makro popyt eksportowy i konsumpcyjny został zamieniony na krajowy i inwestycyjny, w faktycznych realiach wygląda to trochę bardziej ciekawie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że spora część centralnej gotówki z banków bocznymi dróżkami zasiliła spekulacyjną falę na giełdach i w surowcach. Ostatnie wzrosty, zwłaszcza surowców, mogą być równie dobrze efektem centralnych zakupów, jak - co bardziej prawdopodobne - ubocznym efektem taniego rządowego pieniądza, który lokuje się tam, gdzie oczekuje szybkich spekulacyjnych zysków, czyli tam, gdzie centralne fundusze już operują. Gdzie Chiny hedżują swoje ryzyko dolarowe? W surowcach. Koledzy i znajomi dyrektorów banków potrafią z tej wiedzy skorzystać i część rządowych kredytów inwestycyjnych przeznaczyć na szybki i bezpieczny zarobek w surowcach właśnie.
Efekt końcowy centralnych inwestycji będzie opłakany. Nie dość, że - dla chwilowego liczbowego złudzenia wzrostu gospodarczego - ładuje się ciężkie pieniądze w zupełnie bezsensowne projekty, to jeszcze część środków trafia do spekulacji, podwyższając ceny surowców, co w końcowym efekcie przeszkodzi odbiciu koniunktury. Nie dość, że drogie surowce zniwelują część przewagi konkurencyjnej, to opóźnią powrót koniunktury, przez windowanie cen finalnych. Gorzej jeszcze: plan ochrony oszczędności dolarowych przed inflacją weźmie dzięki temu w łeb, bowiem drożejące surowce skutecznie pociągną inflację właśnie.
W ten oto sposób chińska recepta, widziana pod lupą, jest doskonałą antyreceptą na trwałe podniesienie gospodarki. Im bardziej Chiny będą się starały wzmocnić swój rozwój przez keynesowskie plany, tym bardziej będą oddalać się od swego celu. W tym czasie rezerwy będą topnieć, a czas będzie płynął. Nie znaczy to niestety wcale, że chiński plan nie mógł się powieść. Działał przecież doskonale przez trzydzieści lat! Teraz niestety nieodwołalnie zmieniły się światowe porządki i dotychczasowy model wzrostu przestał być skuteczny. Przywódcy chińscy (czym nie odróżniają się wcale od amerykańskich) nie chcą tego jednak przyjąć do wiadomości i zaordynowali sobie największy pakiet keynesowski w historii. Efektem będzie chwilowa poprawa wskaźników makro i ogromne bezproduktywne inwestycje.
Chiny nie pociągną światowej koniunktury, nie są w stanie, dopóki nie zmienią modelu gospodarczego i dychotomii sektora państwowego i prywatnego. Nic nie wskazuje na to, aby Chiny szły w tym kierunku, więc nadzieje ze wschodu są chybione. Po przemyśleniu tekstu Andy Xie można dojść wręcz do wniosku, że chińskie plany pomocowe wręcz uniemożliwiają powrót światowej koniunktury, bowiem dokładają się do przerażających bąbli spekulacyjnych w nieruchomościach i surowcach, które niebawem upomną się o powrót do równowagi. Konsekwencje gospodarcze mogą być poważne, włącznie ze straconą dekadą a la chinoise. Ktokolwiek liczy dziś na ratunek ze wschodu jest fantastą. Niech lepiej poczyta, postudiuje i przemyśli.
środa, 10 czerwca 2009
Koniec tej hossy (na razie)
A czemu to? Przecież tak jest dobrze. Świat uratowany, banki nie padają. Więcej nawet: wszyscy beneficjenci funduszu pomocowego TARP, którzy przeszli tzw. stress-testy Geithnera (za wyjątkiem Citi), będą mogli oddać pieniądze ministrowi finansów i urwać się spod jego kontroli. Wszystko dzięki udanej akcji pompierskiej PPP i rekordowym nowym emisjom akcji banków. W krókim czasie banki zebrały kilkadziesiąt mld nowego kapitału, w czasie hosanny nadziei. Czy nie nadszedł czas na przerwę? Jak najbardziej. Market makerzy na giełdzie handlują sami ze sobą. Nie ma naśladowców. Spójrzmy ja wykres SP500.

Wykres pracowicie doprowadzono do granicy ok.942, która jest poprzednią górką, a jednocześnie linią średniej wykładniczej. To mocny opór i bez znaczącego popytu (nowych frajerów) nie pojedziemy do góry. Skąd wiadomo, że pracowicie? Wystarczy popatrzeć na RSI, w trakcie całej mini-hossy trwający wiernie przy granicy wykupienia. Rynek jest od dłuższego czasu na granicy technicznego wykupienia, nie ma nowych chętnych, a z przebiegu notowań można wywnioskować, że wyżej się pociągnąć nie dało. Małe obroty, apatia.
Dodatkowo - według dynamiki przebiegu - widać, że notowania dobiegły do granicy, wręcz się do niej "doklejają" i wybić je wyżej może tylko bardzo mocny impuls. Widzicie taki, bo ja nie?
***UZUPEŁNIENIE***
Na koniec bomba. Po napisaniu okazało się, że powyższe zdanie podziela mój ulubieniec, szef Goldmana, Lloyd Blankfein. Na konferencji w Tel Avivie stwierdził, że obecne odbicie nie jest trwałe i czeka nas długa recesja. No kurczę, witam w ZezoLandzie! Zawsze wiedziałem, co wiem, wiedziałem też, że skoro ja wiem, to on też musi wiedzieć. Z tego niepodważalny, nieunikniony, niezaprzeczalny wniosek: skoro Blankfein to dziś przyznał, to dziś jest koniec mini-hossy. Chwilowo wygląda na to, że drugi grubas, JPM nie uznaje tego faktu i pompuje w zaparte (serio, GS przestał, JPM dyma futuresy SPX aż wióry lecą). Musiał Dimonowi Blankfein przez Bloomberga powiedzieć: koniec hossy! Zezowaty potwierdza: Jamie trzymaj się krótko, koniec mini-hossy (patrz wpis na górze).

Wykres pracowicie doprowadzono do granicy ok.942, która jest poprzednią górką, a jednocześnie linią średniej wykładniczej. To mocny opór i bez znaczącego popytu (nowych frajerów) nie pojedziemy do góry. Skąd wiadomo, że pracowicie? Wystarczy popatrzeć na RSI, w trakcie całej mini-hossy trwający wiernie przy granicy wykupienia. Rynek jest od dłuższego czasu na granicy technicznego wykupienia, nie ma nowych chętnych, a z przebiegu notowań można wywnioskować, że wyżej się pociągnąć nie dało. Małe obroty, apatia.
Dodatkowo - według dynamiki przebiegu - widać, że notowania dobiegły do granicy, wręcz się do niej "doklejają" i wybić je wyżej może tylko bardzo mocny impuls. Widzicie taki, bo ja nie?
***UZUPEŁNIENIE***
Na koniec bomba. Po napisaniu okazało się, że powyższe zdanie podziela mój ulubieniec, szef Goldmana, Lloyd Blankfein. Na konferencji w Tel Avivie stwierdził, że obecne odbicie nie jest trwałe i czeka nas długa recesja. No kurczę, witam w ZezoLandzie! Zawsze wiedziałem, co wiem, wiedziałem też, że skoro ja wiem, to on też musi wiedzieć. Z tego niepodważalny, nieunikniony, niezaprzeczalny wniosek: skoro Blankfein to dziś przyznał, to dziś jest koniec mini-hossy. Chwilowo wygląda na to, że drugi grubas, JPM nie uznaje tego faktu i pompuje w zaparte (serio, GS przestał, JPM dyma futuresy SPX aż wióry lecą). Musiał Dimonowi Blankfein przez Bloomberga powiedzieć: koniec hossy! Zezowaty potwierdza: Jamie trzymaj się krótko, koniec mini-hossy (patrz wpis na górze).
środa, 3 czerwca 2009
Hossa na surowcach?
Zacznijmy od podziękowań. Należą się Ewie, która przesyłając mi biuletyn z rynków - może nieświadomie - odpowiedziała na moje naiwne, praktyczne pytanie: gdzie znajdę proste malowanie wykresów z podstawowymi wskaźnikami? Oczywiście jest - przeoczony zupełnie stooq.pl. Właściwie jest tam wszystko, czego trzeba (to była prosta odpowiedź), tylko odrobinę toporne. Bogactwo wskaźników i właściwie cały zakres danych ze świata jest na yahoo finance, w dodatku elegancko się toto obsługuje. Nie ma za to wartego dobrego słowa malowania, czyli tego, o co zezowaty pytał. Za to na http://www.godmode-trader.de/ jest wszystko, czego dusza zapragnie i w dodatku pełen wypas. Surowce, waluty, pochodne, wszystko gra i buczy. Dzięki!
Teraz do rzeczy. Malowanie było potrzebne nie tak, dla jaj, bo to nie Wielkanoc, ale dla sprawdzenia hipotezy, iżby odpalenie hossy na ropie nie robiło wrażenia, bo przecież wszystkie commodities rosną jak na drożdżach. No to zobaczmy.
Metale są produkowane na skład, w oczekiwaniu poprawy koniunktury w przemyśle. Na szczęście koszty składowania są niskie, bo surowiec się nie psuje. Niemniej wśród metali do spekulacji nadaje się co najwyżej miedź, choć w nią trzeba się było zaopatrzyć zimą.
Nawet pobieżny rzut oka wystarcza do stwierdzenia, że recesyjne odbicie w towarach jest związane albo z ładowaniem magazynów (hedging inflacyjny - głównie z Azji), albo z oczekiwaniem spekulacyjnych wzrostów związanych z brakami dostaw - tu przykład miedzi, która (oczekuje się) pociągnie przemysł elektrycznych samochodów. Tak podobno ma być. Pozostałe surowce leżą sobie spokojnie i to wystarcza za dowód końca recesji. Bardzo niepokojąca jest sytuacja w niektórych towarach konsumpcyjnych - pszenica - która w krótkim okresie jest lepszym instrumentem spekulacyjnym od ropy! Świadczy to o bardzo prawdopodobnych brakach w żywności i oczekiwanym wzroście cen w pod koniec roku. Zezowaty spekulant wszedłby w pszenicę. Ropa jest dla twardzieli, bo czekają nas niespodzianki bliskowschodnio-hedżingowe, a być może mała powtórka z 2008 r. Miedź zezowaty by całkowicie odpuścił, chyba że masz przepastny magazyn. Chiny są odmiennego zdania, bo zamierzają produkować 10 mln elektrycznych samochodów rocznie (co najmniej!~), a w każdym z nich po 15 kg miedzi sobie siedzi... Kiedy to będzie i jaka będzie wtedy cena, nikt nie wie, zwłaszcza w KGHM. Podobno odświeżają pomysł z Kongiem :))
Teraz do rzeczy. Malowanie było potrzebne nie tak, dla jaj, bo to nie Wielkanoc, ale dla sprawdzenia hipotezy, iżby odpalenie hossy na ropie nie robiło wrażenia, bo przecież wszystkie commodities rosną jak na drożdżach. No to zobaczmy.
Metale są produkowane na skład, w oczekiwaniu poprawy koniunktury w przemyśle. Na szczęście koszty składowania są niskie, bo surowiec się nie psuje. Niemniej wśród metali do spekulacji nadaje się co najwyżej miedź, choć w nią trzeba się było zaopatrzyć zimą.
| ROPA |
![]() |
| Ropa Jak zauważył zezowaty jest w kanale wzrostowym i to spekulacyjnym. Wśród towarów niespożywczych chyba najlepszy instrument spekulacyjny, a przynajmniej tak wygląda. |
Nawet pobieżny rzut oka wystarcza do stwierdzenia, że recesyjne odbicie w towarach jest związane albo z ładowaniem magazynów (hedging inflacyjny - głównie z Azji), albo z oczekiwaniem spekulacyjnych wzrostów związanych z brakami dostaw - tu przykład miedzi, która (oczekuje się) pociągnie przemysł elektrycznych samochodów. Tak podobno ma być. Pozostałe surowce leżą sobie spokojnie i to wystarcza za dowód końca recesji. Bardzo niepokojąca jest sytuacja w niektórych towarach konsumpcyjnych - pszenica - która w krótkim okresie jest lepszym instrumentem spekulacyjnym od ropy! Świadczy to o bardzo prawdopodobnych brakach w żywności i oczekiwanym wzroście cen w pod koniec roku. Zezowaty spekulant wszedłby w pszenicę. Ropa jest dla twardzieli, bo czekają nas niespodzianki bliskowschodnio-hedżingowe, a być może mała powtórka z 2008 r. Miedź zezowaty by całkowicie odpuścił, chyba że masz przepastny magazyn. Chiny są odmiennego zdania, bo zamierzają produkować 10 mln elektrycznych samochodów rocznie (co najmniej!~), a w każdym z nich po 15 kg miedzi sobie siedzi... Kiedy to będzie i jaka będzie wtedy cena, nikt nie wie, zwłaszcza w KGHM. Podobno odświeżają pomysł z Kongiem :))
wtorek, 2 czerwca 2009
Pod korek proszę
Jeśli uważacie, że zmieniłem nastrój na byczy, to macie rację. Zmieniłem nastrój na byczy na nafcie. Początek obecnej zwyżki, zauważonej i opisanej przeze mnie, nie jest związany z surowcami, choć na taki wygląda. Najlepszy dowód, to wzrosty ropy w częściowym oderwaniu od złota. Jest jeszcze coś, którego dynamika wszystko tłumaczy.
Pierwsza faza - akumulacji i powolnego wzrostu surowców - od jesiennych dołków do obecnej nowej hossy, nastąpiła równolegle z odbiciem na giełdach i została przez nie przesłoniona. Ta pierwsza faza właśnie była czasem dywersyfikacji portfela, przechodzenia w surowce. Chiński hipopotam w tym czasie zajął pozycje i teraz jest gotów do działania. Dalsze posunięcia negocjuje właśnie minister skarbu Geithner w Pekinie, uzgadnia letnio-jesienne kroki finansowe.
W surowcach pierwsza wystrzeliła ropa, dziwnie konsekwentnie pnąc się do góry. Złoto najpierw ruszyło razem z nim, dając złudzenie, że to koniec deflacji, dolar jest odkorkowany, więc na pewno runie. Jednocześnie długie obligacje zaczęły wyceniać pożyczkowe ryzyko i w ciągu jednego dnia oprocentowanie na nich skoczyło o 1/3. W week-end przyszło otrzeźwienie. Złoto zawróciło ruch w górę, ropa kontynuowała zwyżkę, a giełdy weszły w okres euforii.
Tajemnica tkwi w ropie, a właściwie w polityce. Naftowa hossa zapowiada oczekiwanie trwałej zwyżki w następstwie zmian politycznych na Bliskim Wschodzie. USA nie jest w stanie pełnić tam dalej roli hegemona i trzymać za wszystkie sznurki, nie w obliczu finansowej klęski wojny w Iraku. Być może ropa zapowiada oczekiwanie zmiany układu sił.
Dziś odbywają się bardzo znaczące rozmowy, dotyczące przyszłości Iranu. Podczas gdy Geithner wizytuje Tian-An-Men dwaj ministrowie izraelscy - obrony i spraw zagranicznych - są z wizytami w Moskwie i Waszyngtonie. Rozmowy są nie o ropie i kontyngentach handlowych, ale o bezpieczeństwie Izraela, Palestyny i Iraku. Tel Aviv żąda od Waszyngtonu zgody na zbombardowanie irańskiego ośrodka nuklearnego Al-buszer, w razie niemożności powstrzymania programu przez nowego prezydenta (a Iran programu nie wstrzyma). Obama nie chce zgodzić się na naciski, kontynuując politykę niekończących się negocjacji i pozornych kroków. Dla Izraela zaś to nie jest sprawa dyplomacji, ale przeżycia w islamskim otoczeniu. Iran z bombą atomową to nie jest śmiertelna groźba dla Tel Avivu, to jest powolny wyrok śmierci. Muzułmanie, na czele z Palestyńczykami, przestaną się bać jakichkolwiek działań militarnych, bowiem wystarczy jedna bomba...
Znamienny jest artykuł w dzisiejszym Haaretz, w którym ni mniej ni więcej, autor wyśmiewa się z Obamy, iż ten ledwie wybrany (w domyśle za nasze pieniądze), już ośmiela się mieć własne zdanie. Aluzje, zarzuty i ironie są wręcz niesmaczne. Nie wypada traktować na łamach jakiejkolwiek gazety (zwłaszcza opiniotwórczej) prezydenta jakiegokolwiek państwa (a zwłaszcza najsilniejszego) jak najemnego chłystka, a taki wydźwięk ma ten artykuł. Zostawmy na boku głębszą analizę tego tekstu (a jest o czym rozmyślać). Obama nie ugnie się przed rozpaczliwą presją Izraela, bojącego się o swoją przyszłość, niezależne od tego, które lobby (żydowskie) by go nie wspierało, ostatecznie jest to lobby amerykańskie i reprezentuje interes amerykańskich (Żydów). Co widzi zezowaty? Nie uwierzycie. Netaniahu może zostać przyjacielem Putina i razem stawią czoła islamowi na Kaukazie... Niemożliwe? W polityce nie ma takich rzeczy. Spójrz na wykres ropy. Będzie gorąco.
_What will happen if Israel 'defeats' Obama_ - Haaretz - Israel News _
Pierwsza faza - akumulacji i powolnego wzrostu surowców - od jesiennych dołków do obecnej nowej hossy, nastąpiła równolegle z odbiciem na giełdach i została przez nie przesłoniona. Ta pierwsza faza właśnie była czasem dywersyfikacji portfela, przechodzenia w surowce. Chiński hipopotam w tym czasie zajął pozycje i teraz jest gotów do działania. Dalsze posunięcia negocjuje właśnie minister skarbu Geithner w Pekinie, uzgadnia letnio-jesienne kroki finansowe.
W surowcach pierwsza wystrzeliła ropa, dziwnie konsekwentnie pnąc się do góry. Złoto najpierw ruszyło razem z nim, dając złudzenie, że to koniec deflacji, dolar jest odkorkowany, więc na pewno runie. Jednocześnie długie obligacje zaczęły wyceniać pożyczkowe ryzyko i w ciągu jednego dnia oprocentowanie na nich skoczyło o 1/3. W week-end przyszło otrzeźwienie. Złoto zawróciło ruch w górę, ropa kontynuowała zwyżkę, a giełdy weszły w okres euforii.
Tajemnica tkwi w ropie, a właściwie w polityce. Naftowa hossa zapowiada oczekiwanie trwałej zwyżki w następstwie zmian politycznych na Bliskim Wschodzie. USA nie jest w stanie pełnić tam dalej roli hegemona i trzymać za wszystkie sznurki, nie w obliczu finansowej klęski wojny w Iraku. Być może ropa zapowiada oczekiwanie zmiany układu sił.
Dziś odbywają się bardzo znaczące rozmowy, dotyczące przyszłości Iranu. Podczas gdy Geithner wizytuje Tian-An-Men dwaj ministrowie izraelscy - obrony i spraw zagranicznych - są z wizytami w Moskwie i Waszyngtonie. Rozmowy są nie o ropie i kontyngentach handlowych, ale o bezpieczeństwie Izraela, Palestyny i Iraku. Tel Aviv żąda od Waszyngtonu zgody na zbombardowanie irańskiego ośrodka nuklearnego Al-buszer, w razie niemożności powstrzymania programu przez nowego prezydenta (a Iran programu nie wstrzyma). Obama nie chce zgodzić się na naciski, kontynuując politykę niekończących się negocjacji i pozornych kroków. Dla Izraela zaś to nie jest sprawa dyplomacji, ale przeżycia w islamskim otoczeniu. Iran z bombą atomową to nie jest śmiertelna groźba dla Tel Avivu, to jest powolny wyrok śmierci. Muzułmanie, na czele z Palestyńczykami, przestaną się bać jakichkolwiek działań militarnych, bowiem wystarczy jedna bomba...
Znamienny jest artykuł w dzisiejszym Haaretz, w którym ni mniej ni więcej, autor wyśmiewa się z Obamy, iż ten ledwie wybrany (w domyśle za nasze pieniądze), już ośmiela się mieć własne zdanie. Aluzje, zarzuty i ironie są wręcz niesmaczne. Nie wypada traktować na łamach jakiejkolwiek gazety (zwłaszcza opiniotwórczej) prezydenta jakiegokolwiek państwa (a zwłaszcza najsilniejszego) jak najemnego chłystka, a taki wydźwięk ma ten artykuł. Zostawmy na boku głębszą analizę tego tekstu (a jest o czym rozmyślać). Obama nie ugnie się przed rozpaczliwą presją Izraela, bojącego się o swoją przyszłość, niezależne od tego, które lobby (żydowskie) by go nie wspierało, ostatecznie jest to lobby amerykańskie i reprezentuje interes amerykańskich (Żydów). Co widzi zezowaty? Nie uwierzycie. Netaniahu może zostać przyjacielem Putina i razem stawią czoła islamowi na Kaukazie... Niemożliwe? W polityce nie ma takich rzeczy. Spójrz na wykres ropy. Będzie gorąco.
_What will happen if Israel 'defeats' Obama_ - Haaretz - Israel News _
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Łamanie oporów

Jeśli to nie jest euforia, to co to jest?
United States Stock Market Dow * 8500.33 96.53
United States Stock Market Nasdaq 1822.20 47.87
United States Stock Market S & P 500 942.33 23.19
Argentina Stock Exchange MerVal 1651.80 64.59
Brazilian Stock Exchange Bovespa 54597 1399.27
Canada Stock Exchange TSX 10584.98 214.91
Mexican Stock Exchange IPC 24932.57 600.85
Amsterdam Stock Exchange AEX 268.63 9.18
London Stock Exchange FTSE 100 4508.24 90.30
Deutch Stock Market DAX 5135.59 194.77
French Stock Market CAC 40 3374.60 96.95
Japan Stock Market Nikkei 9677.75 155.25
Hong Kong Stock Market Hang Seng 18888.59 717.59
China Stock Market Shanghai 2721.28 88.35
Singapore Stock Market Straits 2380.07 50.99
Jakarta Stock Exchange Jakarta 1998.58 81.74
New Zealand Stock Exchange NZX 50 2764.17 42.19
Taiwan Stock Exchange TSEC 6954.10 63.66
Bombay Stock Exchange Sensex 14840.63 215.38
Indian National Stock Exchange Nifty 4529.90 80.95
Na naszej giełdzie, po otwarciu Nowego Jorku, nastąpiło paraboliczne pompowanie. Jeśli NY skutecznie przejedzie przez magiczną granicę 950 SP500, stanie się to, w co zezowaty nie wierzył, mianowicie balon został spekulacyjnie napompowany powyżej pierwszego stadium. Cóż, wygląda na to, że żądza zysku jest przemożna i hossa pociągnie jeszcze. Teraz wszyscy uwierzą naprawdę w przejście bessy w nowy cykl hossy. [uzupełnienie 1:19,33] Jak na razie opór jest przemożny, za cholerę nie chce przejść powyżej 942 i tam zostać. Wygląda na to, że w godzinie cudów będzie nachalne pompowanie powyżej 950, co będzie oznaczać (dla czystości spojrzenia) że barierka wcale nie została sforsowana i impet może się cofnąć jutro...
Nie widzę żadnych fundamentalnych powodów, dla których ta nowa hossa miała by być trwała, niemniej jest (będzie zaraz) - sądząc po wykresach - technicznym faktem. Co dalej? W górę. Przełamano i jedziemy. Jak daleko? Nie chcę zgadywać, bo to jest szulernia. Zjazd będzie bolał (ale na wjeździe warto zarobić).
Skąd zatem taka kategoryczna zmiana nastawienia? Otóż dziś upadła druga (a właściwie pierwsza) ikona amerykańskiej motoryzacji, General Motors. W normalnych warunkach należałoby się spodziewać raczej żałoby, a tu wiosna i hossa.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Piękna hossa tej wiosny
Piękna wiosna. Wszystko idzie dobrze, załamanie finansowe świata zostało zażegnane, złotówka rośnie wreszcie w siłę.
Coś jednak jest nie do końca koszerne na tym obrazku. Przypomnę, że niedawno zezowaty prorokował o stoczniowcach, że "kręcą muterki". Mieli przyjeżdżać latem, a przyjechali już wczoraj, pod Pałac Kultury, wcześniej dając upust swej wściekłości pod gdańskim sądem, gdzie toczy się proces stoczniowca, który naraził Skarb Państwa, przepiłowując kłódkę na zamkniętej bramie i wytaczając wózek akumulatorowy, na którym stanęli później mówcy. Wiemy dziś, gdzie stało ZOMO, wiemy, kto konserwował te wózki i wiemy w końcu, kto odpowiada przed sądem za zniszczoną kłódkę.
Wczoraj były gazy bojowe, bójki i ranni. To nie są przelewki, zezowaty ostrzegał.
Co do hossy, zasilonej bilionami, włożonymi do banków-bankrutów. Owszem, w pewnym sensie jest hossa, ale to jest inna hossa od tych, które znamy. Popatrzcie sobie na wykresy.

Wygląda, że PPT wykonała robotę. Zezowaty nawet twierdzi, że znaczące osłabienie dolara, które zostało zaanonsowane wczoraj, oznacza przerwanie trwającego cyklu ssania. Usd/eur podąża teraz do 0,69 a kasa szerokim strumieniem płynie na giełdy świata. Jest jednak kilka ale. Pod spodem tego ożywienia nic nie ma, więc nie może być trwałe. Analizy makro pokazują jasno, że prawdopodobnie zbliżyliśmy się do dna i najgorsze być może za nami. Nie zostało potwierdzone żadne istotne odwrócenie tendencji, jedyne co wiadomo, to że dynamika spadku się osłabiła.
Mimo przepięknej pogody winszuję wszystkim odrobiny refleksji nad tym wszystkim, bo zdaniem zezowatego zbliża się czas wysiadania na tym gorącym odbiciu, jest tak duża euforia, takie wykupienie, że należy się kubeł zimnej wody. Przy okazji, plotki o tym, że jesień średniowiecza jest nieaktualna, są wyssane z palca. Po pierwsze Obama powtórzył błędy Japończyków, co kosztowało ich - jak łatwo sprawdzić -deflacyjną straconą dekadę. W tym czasie indeksy zaliczyły kilka rajdów by po każdym, nieubłaganie lądować jeszcze niżej. Po wtóre złudzenie odwołania podwójnego szczytu - a właśnie ten techniczny sygnał spowodował lawinową euforię na rynkach - jest li tylko złudzeniem.

Spójrzmy na wykres. Został na nim ustanowiony jedynie lokalny dołek, niższy od poprzedniego, ale to jeszcze nie wszystko. Wykres nie uwzględnia inflacji, wobec czego efektywnie - gdyby skorygować wykres - dołek byłby kilkadziesiąt procent niżej. Pomyśl, co to znaczy, korzystając z wolnej chwili między dniem pracy, a dniem Niepodległości. Na zezowate oko break-even jest na poziomie INDU 10000, taka okrągła liczba. Po skutecznym przebiciu tego poziomu zostanie zanegowany podwójny szczyt. Czy jest na to szansa? Owszem, nie jest to wykluczone.
Coś jednak jest nie do końca koszerne na tym obrazku. Przypomnę, że niedawno zezowaty prorokował o stoczniowcach, że "kręcą muterki". Mieli przyjeżdżać latem, a przyjechali już wczoraj, pod Pałac Kultury, wcześniej dając upust swej wściekłości pod gdańskim sądem, gdzie toczy się proces stoczniowca, który naraził Skarb Państwa, przepiłowując kłódkę na zamkniętej bramie i wytaczając wózek akumulatorowy, na którym stanęli później mówcy. Wiemy dziś, gdzie stało ZOMO, wiemy, kto konserwował te wózki i wiemy w końcu, kto odpowiada przed sądem za zniszczoną kłódkę.
Wczoraj były gazy bojowe, bójki i ranni. To nie są przelewki, zezowaty ostrzegał.
Co do hossy, zasilonej bilionami, włożonymi do banków-bankrutów. Owszem, w pewnym sensie jest hossa, ale to jest inna hossa od tych, które znamy. Popatrzcie sobie na wykresy.

Wygląda, że PPT wykonała robotę. Zezowaty nawet twierdzi, że znaczące osłabienie dolara, które zostało zaanonsowane wczoraj, oznacza przerwanie trwającego cyklu ssania. Usd/eur podąża teraz do 0,69 a kasa szerokim strumieniem płynie na giełdy świata. Jest jednak kilka ale. Pod spodem tego ożywienia nic nie ma, więc nie może być trwałe. Analizy makro pokazują jasno, że prawdopodobnie zbliżyliśmy się do dna i najgorsze być może za nami. Nie zostało potwierdzone żadne istotne odwrócenie tendencji, jedyne co wiadomo, to że dynamika spadku się osłabiła.
Mimo przepięknej pogody winszuję wszystkim odrobiny refleksji nad tym wszystkim, bo zdaniem zezowatego zbliża się czas wysiadania na tym gorącym odbiciu, jest tak duża euforia, takie wykupienie, że należy się kubeł zimnej wody. Przy okazji, plotki o tym, że jesień średniowiecza jest nieaktualna, są wyssane z palca. Po pierwsze Obama powtórzył błędy Japończyków, co kosztowało ich - jak łatwo sprawdzić -deflacyjną straconą dekadę. W tym czasie indeksy zaliczyły kilka rajdów by po każdym, nieubłaganie lądować jeszcze niżej. Po wtóre złudzenie odwołania podwójnego szczytu - a właśnie ten techniczny sygnał spowodował lawinową euforię na rynkach - jest li tylko złudzeniem.

Spójrzmy na wykres. Został na nim ustanowiony jedynie lokalny dołek, niższy od poprzedniego, ale to jeszcze nie wszystko. Wykres nie uwzględnia inflacji, wobec czego efektywnie - gdyby skorygować wykres - dołek byłby kilkadziesiąt procent niżej. Pomyśl, co to znaczy, korzystając z wolnej chwili między dniem pracy, a dniem Niepodległości. Na zezowate oko break-even jest na poziomie INDU 10000, taka okrągła liczba. Po skutecznym przebiciu tego poziomu zostanie zanegowany podwójny szczyt. Czy jest na to szansa? Owszem, nie jest to wykluczone.
czwartek, 16 kwietnia 2009
Wiesław kontra Vincent
Wiesław Rozłucki, były szef warszawskiej giełdy ma zdrowy dystans.
Wiesiek, trafione w dziesiątkę. Żadne czary mary. I uwaga! To że będzie jeszcze ząbek i jesień średniowiecza zezowaty mówił na Mikołaja. Nowe i odkrywcze jest to, że czas taniego, luźnego pieniądza w przewidywalnym horyzoncie się skończył. To oznacza mizerny wzrost, poniżej potencjału, a w konsekwencji - niższe zyski. Ile? O połowę, zatem według wycen P/E trzeba przeskalować wykresy o połowę w dół. To zaś oznacza, że poziom 33k na WIG w roku 2010 realnie odpowiada szczytowi hossy. Czy zatem w tym ruchu WIG przeskoczy 30k? Zezowaty szczerze raczy wątpić. Patrząc dalej radzi nawet aktualizować kalendarze średniowiecza. Grunwald pękł, będziemy wspominać czasy początków chrześcijaństwa, po obu stronach łączącego sojuszników oceanu.
Tu odrobinę prywaty. Wiesiek zaimponował zezowatemu. Kiedyś nie darzył go zbytnim szacunkiem, uważał za trochę nadętego. Ale dzisiejsza wypowiedź zmienia proporcje. Na 18 urodziny GPW jej tatuś dał piękny artykuł. Słowa wyważone i bez lukru, bez ściemy, tyle ile można wiedzieć na pewno. Słuchajcie Wieśka, to klasa, Ludwiczek przy nim jeszcze dłuuuugo nie stanie.
Tak przy okazji zezowatemu się rzucił w uszy hurraoptymizm, wszyscy widzą hosannę, zapinają pasy do jazdy na karuzeli... a tu coraz ciężej pod górkę. Nie pękajcie. Za wodą mimo regularnego powtarzania godziny cudów ciągle nie chce się INDU oderwać od 8k. Owszem, podprowadzają go, tworzą scenariusze pozytywnych kaskad informacji. I co? I nic. Żre troszeczkę i zdycha. Obroty wymarzają. Nie tak wygląda zdrowy pacjent. Ale i nie tak wygląda zdrowa gospodarka. Owszem, jest mnóstwo pieniądza w obiegu, ale ten pieniądz nie służy produkcji, tylko czesaniu frajerów.
Deflacja właśnie w marcu zawitała do Polski. Tak. Spadek cen. Dopóki nie będzie trwałego fundamentu, czyli popytu ciągnącego rynek, czyli konia przed wozem, to wszystko mrzonki. Bajdurzenie o hossie zezowaty uważa za szkodliwe mydlenie na zamówienie. Przykro, jeśli kogoś obrażam. Nie ma hossy bez zdrowego podłoża. A co to za podłoże - gorący dolar wyrwany w dodatku z kieszeni podatnika na chama? W deflacyjnym środowisku akcje nie mogą drożeć. Tak stoi w podręczniku i taka jest ekonomiczna prawda. Kto twierdzi inaczej jest lanserem i blagierem, a nie koniaku koneserem ;) Wierzcie lepiej Wieśkowi.
Teraz czas na Vincenta. Otóż po wielu zapieraniach i zaprzeczeniach Vincent stanął na progu zezoLandu. Przyznał bowiem, że recesja w Polsce nie jest wykluczona. Dokładnie powiedział delikatniej, że recesja nie jest nieunikniona, taka zgrabna figura erystyczna, ale na jedno wychodzi, jeszcze wczoraj niemal swoją matkę zastawiał, że jest wykluczona. Sprawdźcie notatki. Zezowaty mówi o recesji od początku roku. Vincent przyznał, że jest prawdopodobna (ale nie nieunikniona, ale jaja) dopiero 15.04.2009. Do tego czasu była niemożliwa, wykluczona, czcze gadanie, sianie defetyzmu... Brawo Vincent, nawet Oxfordczycy dziś dorastają. Zarobiłeś zezowate pół punktu.
Czy wzrost cen akcji na giełdach o średnio 30 proc. od początku marca oznacza koniec kryzysu i początek nowej hossy? A może to odreagowanie wcześniejszych spadków, po którym mogą przyjść jeszcze większe?
Nie wygląda to na początek hossy ani koniec kryzysu, choć dzisiejsze prognozy są obarczone o wiele większym ryzykiem błędu niż kiedykolwiek. Od kilkudziesięciu lat nie było tak wielkiego zagrożenia dla światowej gospodarki, ale i tak wielkiej, skoordynowanej interwencji państwowej. Nie wiadomo, jakie przyniesie efekty i w jakim czasie. Spodziewam się, że zanim nastąpi trwała poprawa, dojdzie jeszcze do fali spadków na giełdach. Nie powinny być one tak duże jak w lutym tego roku. Mogą być związane z publikowanymi wkrótce wynikami spółek za I kw. tego roku. Te wyniki będą gorsze dla większości przedsiębiorstw. Moim zdaniem ten fakt nie został jeszcze zdyskontowany w cenach akcji.
Kiedy wróci na trwałe koniunktura na giełdzie?
Ponieważ giełda reaguje zwykle z półrocznym wyprzedzeniem w stosunku do realnej gospodarki, silne wzrosty możemy zobaczyć już jesienią. Będą antycypować spodziewane ożywienie w 2010 roku. W tym roku poprawy gospodarczej bym się nie spodziewał.
Wiesiek, trafione w dziesiątkę. Żadne czary mary. I uwaga! To że będzie jeszcze ząbek i jesień średniowiecza zezowaty mówił na Mikołaja. Nowe i odkrywcze jest to, że czas taniego, luźnego pieniądza w przewidywalnym horyzoncie się skończył. To oznacza mizerny wzrost, poniżej potencjału, a w konsekwencji - niższe zyski. Ile? O połowę, zatem według wycen P/E trzeba przeskalować wykresy o połowę w dół. To zaś oznacza, że poziom 33k na WIG w roku 2010 realnie odpowiada szczytowi hossy. Czy zatem w tym ruchu WIG przeskoczy 30k? Zezowaty szczerze raczy wątpić. Patrząc dalej radzi nawet aktualizować kalendarze średniowiecza. Grunwald pękł, będziemy wspominać czasy początków chrześcijaństwa, po obu stronach łączącego sojuszników oceanu.
Tu odrobinę prywaty. Wiesiek zaimponował zezowatemu. Kiedyś nie darzył go zbytnim szacunkiem, uważał za trochę nadętego. Ale dzisiejsza wypowiedź zmienia proporcje. Na 18 urodziny GPW jej tatuś dał piękny artykuł. Słowa wyważone i bez lukru, bez ściemy, tyle ile można wiedzieć na pewno. Słuchajcie Wieśka, to klasa, Ludwiczek przy nim jeszcze dłuuuugo nie stanie.
Tak przy okazji zezowatemu się rzucił w uszy hurraoptymizm, wszyscy widzą hosannę, zapinają pasy do jazdy na karuzeli... a tu coraz ciężej pod górkę. Nie pękajcie. Za wodą mimo regularnego powtarzania godziny cudów ciągle nie chce się INDU oderwać od 8k. Owszem, podprowadzają go, tworzą scenariusze pozytywnych kaskad informacji. I co? I nic. Żre troszeczkę i zdycha. Obroty wymarzają. Nie tak wygląda zdrowy pacjent. Ale i nie tak wygląda zdrowa gospodarka. Owszem, jest mnóstwo pieniądza w obiegu, ale ten pieniądz nie służy produkcji, tylko czesaniu frajerów.
Deflacja właśnie w marcu zawitała do Polski. Tak. Spadek cen. Dopóki nie będzie trwałego fundamentu, czyli popytu ciągnącego rynek, czyli konia przed wozem, to wszystko mrzonki. Bajdurzenie o hossie zezowaty uważa za szkodliwe mydlenie na zamówienie. Przykro, jeśli kogoś obrażam. Nie ma hossy bez zdrowego podłoża. A co to za podłoże - gorący dolar wyrwany w dodatku z kieszeni podatnika na chama? W deflacyjnym środowisku akcje nie mogą drożeć. Tak stoi w podręczniku i taka jest ekonomiczna prawda. Kto twierdzi inaczej jest lanserem i blagierem, a nie koniaku koneserem ;) Wierzcie lepiej Wieśkowi.
Teraz czas na Vincenta. Otóż po wielu zapieraniach i zaprzeczeniach Vincent stanął na progu zezoLandu. Przyznał bowiem, że recesja w Polsce nie jest wykluczona. Dokładnie powiedział delikatniej, że recesja nie jest nieunikniona, taka zgrabna figura erystyczna, ale na jedno wychodzi, jeszcze wczoraj niemal swoją matkę zastawiał, że jest wykluczona. Sprawdźcie notatki. Zezowaty mówi o recesji od początku roku. Vincent przyznał, że jest prawdopodobna (ale nie nieunikniona, ale jaja) dopiero 15.04.2009. Do tego czasu była niemożliwa, wykluczona, czcze gadanie, sianie defetyzmu... Brawo Vincent, nawet Oxfordczycy dziś dorastają. Zarobiłeś zezowate pół punktu.
Minister zapytany, czy Polsce grozi recesja, odpowiedział: "Grozi, ale nie jest ona nieunikniona".
Dodał, że resort dysponuje różnymi scenariuszami wydarzeń i jest przygotowany na każdą okazję. Wyraził też nadzieję, że najgorsze scenariusze się nie zrealizują.
Szef resortu finansów podtrzymał założenia dotyczące deficytu na koniec 2009 roku.
"Myślę, że się zbilansuje. (...) W całym roku (2009 - PAP) przewidujemy taki sam deficyt, jaki był przewidziany w budżecie. Myślę, że mamy tutaj jasną ścieżkę przejścia przez kryzys (...)" - powiedział.
Wyjaśnił, że relatywny wzrost deficytu budżetowego w stosunku do wykonania z poprzednich lat był wynikiem przesunięcia pewnych płatności.
Bezrobocie będzie rosnąć, ale nie powinno osiągnąć poziomu z początku wieku - powiedział minister.
Zapytany, czy bezrobocie może osiągnąć poziom 18 proc., powiedział: "Mimo, iż bezrobocie będzie rosło w nieunikniony sposób, to mam nadzieję, że nie osiągnie poziomu z początku lat 2000".
Dodał, że wszystkie prognozy przewidują, iż Polska będzie najmniej dotknięta obecnym kryzysem, a przyjęcie kraju do tzw. "Klubu Platynowego" zwiększy stabilność i bezpieczeństwo także finansów publicznych.
"To, co MFW zrobiło przyjmując nas do Klubu Platynowego (...) to nam bardzo ułatwi unikanie dziury (budżetowej - PAP), bo większa stabilność i gwarantuje więcej pieniędzy(...)" - powiedział Rostowski.
Minister podkreślił też, że otworzenie linii kredytowej z MFW nie jest formą pomocy dla budżetu.
"To nie są pieniądze dla budżetu, to są pieniądze, do których będzie mógł sięgnąć NBP, żeby obronić złotego przed atakami spekulacyjnymi" - powiedział.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















