Go To Project Gutenberg
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lutego 2010

Procent złota w złotówce



Nie będzie o złocie, ani o zawartości cukru w cukrze. Będzie o sile złotego, która to teraz pobije eurasa z grecką grypą wskazującą na odmianę hiszpanki i będzie na koniec roku ojro po trójaku. Otóż nie tak szybko.

Jak łatwo sprawdzić, nasza chwilowa siła bierze się z przepuszczania zadłużanych pieniążków (nowe emisje euroobligacji) oraz transferów unijnych przez rynek forex. Ktoś spyta: no dobrze, ale ile procent ma ta siła w złotówce? Proszę bardzo, oto miś.



Mniej więcej od trzeciej dekady listopada '09 ma miejsce wyraźne oderwanie złotego od koszyka naszych sąsiadów - korony i forinta - skutkujące obecnie ok. 5% aprecjacją. Oznacza to, że na obecną chwilę parytet złotego wobec koszyka CEE powinien wynosić ok. 4,20 eurpln. Oczywiście taka sytuacja może trwać miesiącami, zanim nastąpi powrót do średniej - a łatwo zauważyć, że zawsze następuje. Właściwe pytanie brzmi: kiedy ustąpią przyczyny obecnego umocnienia złotego wobec walut sąsiednich. Wówczas osłabienie złotego odbędzie się na zasadzie sprężyny, automatycznie. Rachunek jest prosty: sprężyna naprężona o 5% wybija w drugą stronę o 5% po zwolnieniu, razem zarobek 10%. Zauważ, że waluty koszyka bardzo ładnie do siebie "przylegają", to nie przypadek. Występują między nimi silne korelacje handlowe i kapitałowe, więc utrzymywanie dysparytetu w dłuższym okresie jest niemożliwe.

Obecny kryzys strefy euro może nas cieszyć (jeśli w ogóle) tylko w dłuższym terminie. Chciałbym przypomnieć, że wszelkie zawirowania na peryferiach odbiją się na CEE w ten sposób, że z dnia na dzień zniknie finansowanie. Co gorsza, Grecja na przykład, ale także Hiszpania, są zaangażowane w finansowanie CEE. Kłopoty Grecji uderzą więc w nasz rejon przez centrum (euro), ale także z peryferiów bezpośrednio. W dłuższym okresie wszelako procent złota w złotówce gwałtownie rośnie, bowiem suwerenność fiskalna i monetarna sprawia - właśnie poprzez płynny kurs walutowy - względną odporność na szoki eurostrefy. Nawet jak Grecja odpadnie, złoty spokojnie będzie trwał. Spójrzmy na to z tej strony. Wódka, jak mawia klasyk Jan Kłos, zawiera co prawda ponad połowę wody, ale jak poniewiera, a zwłaszcza polska?



© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 30 stycznia 2010

Czy świnie latają, czyli cisza w antrakcie.



To że dobrze wypasiona świnia potrafi przesłonić mniejszą, nie jest niespodzianką. Nawet Pospieszalski w okienku o tym debatował. Tylko patrzeć, jak nad zezowatym u Mosza Mbewe z Pastusiakiem i red. Broniarkiem będą się pastwić ;)

Mniejsza świnka całkiem zielona, ale chuda jakaś, odtłuszczona - 1,7%. Już przepraszałem ministra Rostowskiego, niech mu będzie - jest najlepszym ministrem wśród najgorszych. Mi nie chodziło z tymi rachitycznymi wzrostami o ich negację, tylko o to, że są na granicy całkowitego uwiądu. Na tle reszty Europy być może to i jest dobrze, tylko że oni tam trochę jakby bogatsi i autostrady mają... O perspektywę idzie i nie na rok do wyborów, ale najbliższe kilka dekad. Mamy więc najtłustszą świnkę z rekordowym przyrostem w pasie, wersja dietetyczna. Program naprawy też niby wporzo, ale szczegóły dość enigmatycznie sprowadzają się do dalszego nic nierobienia, więc właściwie czym tu się chwalić. Jest dobrze, dopóki ni będzie gorzej, bo niestety zanim gruby schudnie, to chudy umrze. Nie idzie też o wieśniacki wystrój "sprawdzonego" formatu z telebimem i dwoma mównicami, na których dwóch sterników - jeden dostojnie obok drugiego, oflagowani jak ORP Orzeł przed zanurzeniem - może się oprzeć, w końcu mogliby spece od marketingu dostrzec to skojarzenie z okrętem na wzburzonym morzu i dwie bliźniacze wieżyczki, w końcu sami wymyślili tę marynistyczną poetykę ze wzburzonymi falami i bezpieczną przystanią, ba - zieloną wyspą na morzu! No to jasno specom wygarnę, że te dwa wieśniackie pulpity w marynistycznej narracji przypominają wieżyczki okrętu podwodnego, a U-boot - jak wiadomo - łatwo się zanurza...



Teraz do rzeczy, czyli co to za cisza? Otóż to sceniczna cisza w antrakcie greckiej tragedii. Papaconstatinou oraz Papandreou zgodnie wypierają się potajemmnych negocjacji z Angelą Merkel o ratunkowych funduszach, na stronach minfin Grecji oficjalne dementi. Prezes ECB Trichet z absolutną pewnością powtarza, że nie ma planu awaryjnego, Grecja nie może upaść, ponieważ nie ma takiej możliwości w traktacie zjednoczeniowym. Musi sobie poradzić, a min. Papaconstatinou zapewnia, że na pewno sobie poradzi. Tymczasem w ciągu tygodnia rentowność ich obligacji wzrosła prawie o procent! Znaczy się pieniądz raczej nie wierzy greckim zapewnieniom. Może tam sobie Barbapapa opowiadać i pisać różne bajki, ale dzieci przecież wiedzą, że Grecja nie raz już nie spłacała długów.

Otóż to. Cisza przed kolejną odsłoną greckiej tragedii. Rachunek jest prosty. Skoro długi Grecji i np. Hiszpanii przekroczyły 100% pkb, to ile procent dochodów budżetowych można przeznaczyć na odsetki? Spróbujmy sprawdzić. Obecnie obligacje greckie dają kupon ok. 7%, więc rocznie to daje 7% pkb. Oszacujmy dochód budżetowy na poziomie 40% pkb. Wówczas okaże się, że w chwili obecnej 17,5% dochodów, czyli podatków, trzeba wydać tylko na odsetki do długu, nie wspominając o kapitale. Bieżący deficyt - i najwyraźniej przez kilka lat najbliższych - zakładają realnie nieunikniony, dalszy wzrost zadłużenia rzędu 1/8 pkb rocznie! Odsetki puchną w oczach. To jeszcze nie jest spirala, ale łatwo sprawdzić, że Grecja jest dziś, jeśli jeszcze nie przekroczyła, na progu bankructwa. Obligacje to z całą bezczelną szczerością pokazują. Co zatem z PIIGS, czyli Portugalią, Włochami, Irlandią, Grecją i Hiszpanią? Kolejna odsłona greckiej tragedii, po antrakcie.

O tym, że jest to prawdziwa, klasyczna tragedia, łatwo się przekonać, analizując dlaczego tak zawzięcie Trichet, Papa-coś-tam i Weber z Angelą w tym tygodniu kłamali. Otóż jeśli nie wybawią Greków z kłopotów, pigsy polecą prosto w przepaść, bo o własnych siłach Grecja dziś z długów nie wyjdzie. Czyli tragedia. Upadek strefy euro, bo się posypią - jak klocki domina - Hiszpania, potem Irlandia, a na końcu banki Niemiec i Austrii, które to wszystko kredytowały.

Wariant nieuchronnej - tak zakładam, że jest już uzgodniona awaryjna, nieoczekiwana, nadzwyczajna pomoc dla Grecji pod wodzą Bundesbanku - awaryjnej pożyczki dla Grecji, ale wcale nie z Frankfurtu, ale z MFW, który właśnie potwierdził swoją gotowość, jest niewiele lepszy, bowiem stanowi groźny precedens. Po pierwsze udowodni, że cała ta strefa euro ze swoimi nieprzekraczalnymi zasadami to fikcja. Nieprzekraczalny deficyt w wysokości 3% to już dawno bajki, a najgorsze jest to, że Bruksela nie ma tak naprawdę żadnej siły, żeby ochronić Grecję przed tragedią klasyczną śmiertelnej spirali zadłużenia. Załóżmy, że dziś to jest jeszcze możliwe. Jeszcze można ograniczyć deficyt, drogą radykalnych cięć wydatków, do - powiedzmy - 3%. Co to oznacza praktycznie dla Papandreou? Oprócz strajków i płonących pod Akropolem samochodów, bolesną recesję. Czy Grecy się na to zgodzą? Retoryczne pytanie.

Tak, czy owak, grecka klasyczna tragedia się rozegra, oczywiście w wersji rozciągniętej, co tylko wzmocni jej siłę destrukcji. Nie ma dobrych wyborów, bo nie może być jednej waluty dla Europy dwóch porządków, dwóch prędkości i dwóch koniunktur. Nie dziw się zatem, że dolar na tle euro spokojnie sforsował .7200. To nie Obama, ani nie cudowne rzekomo odbicie na zapasach (czkawka chyba - 5,7% rocznie), tylko zadziwiająca wiarygodność dolara w porównaniu do umownej waluty bez suwerenności fiskalnej. Euro dostaje od Grecji drugie ostrzeżenie. Tym razem jego los jest przesądzony. Odseparowanie PIIGS od tzw. twardego jądra jest nieuninione i to tylko kwestia czasu. Euro nie upadnie, ale na pewno się rozszczepi.



Ciekawe, jak w tych zawodach, kto jest gorszy, wypada USA. Otóż oni też mają deficyt bieżący 1/8 pkb i też przekraczają właśnie 100% pkb długu. Mają jednak suwerenność fiskalną i jeszcze walutę rezerwową, czego nie można powiedzieć o pigsach. Warto w tej perspektywie porównawczej spojrzeć na nasz okręt i zastanowić się, jak daleko mu do wersji nurkującej? Tragedia to rzecz klasyczna, spojrzyj na Grecję. Nie piszę tego ze złośliwości, tylko dla ostrzeżenia. Kiedy euro zadrży, to znaczy - po awaryjnej pożyczce z MFW, zwróć uwagę, że Polska podobny kredyt stabilizacyjny wzięła w ub.r. - Grecja będzie musiała wyjść z euro, albo jakoś się od niego separować, rynki z obrzeża, które jeszcze w euro nie są, także zadrżą. O kondycji złotówki zadecyduje wiarygodność, czyli poziom zadłużenia i zdolność kredytowa. Jeśli będziemy musieli więcej pożyczać, to będzie drogo kosztowało.




© zezorro'10 dodajdo.com

niedziela, 3 stycznia 2010

Sylwek na długach



Pan Radziwiłł nas zadziwił. Zamiast przypinać muchę i glansować lakierki ogłosił w Sylwestra, że mu dług nie podskoczy do progu! 49,8 procenta i ani grama więcej. No to teraz będzie piękna jazda na jędrasie, musieli w grudniu nieźle dopakować. My tu ze szczurkiem polnym kombinowaliśmy na 4,30, a tu się okazuje, że cel Vincenta zdecydowanie poniżej 4,20 leżał. A i to ledwo-ledwo i już nie tylko zezowaci, ale nawet mainstreamowi doktorzy tego masła nie łykają. Ale najważniejsze: meldujemy wykonanie zadania, panie prezesie.

Radziwiłł: Dług publiczny w relacji do PKB w 2009 nie przekroczył 50 proc.
31.12. Warszawa (PAP) - Dług publiczny w relacji do PKB w 2009 roku nie przekroczył pierwszego progu ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych wynoszącego 50 proc. i ukształtował się na poziomie 49,6-49,8 proc. - poinformował PAP wiceminister finansów Dominik Radziwiłł.

"Nie mamy jeszcze danych odnośnie PKB w całym 2009 roku oraz danych o zadłużeniu sektora finansów publicznych, jednak w tej chwili szacujemy, że dług publiczny ukształtował się na poziomie 49,6-49,8 proc. PKB" - powiedział PAP Radziwiłł.

Strategia zarządzania długiem sektora finansów publicznych zakłada, że dług publiczny w relacji do PKB ma wynieść w 2009 roku 49,8 proc., zaś w latach 2010-2012 ma nie przekroczyć poziomu 55 proc. PKB kształtując się odpowiednio na poziomach: 54,7 proc., 54,5 proc. oraz 54,8 proc.


Rzepka skrobie trochę tę emalię Vicenta.
Wartość długu publicznego na koniec 2009 r. nie przekroczyła 50 proc. PKB – twierdzi resort finansów. Zdaniem ekonomistów to mało prawdopodobne.

Z ankiety przeprowadzonej przez „Rz” wśród ekonomistów wynika, że dług publiczny za 2009 r. wyniósł średnio 50,7 proc. PKB.

Jeśli ich prognozy się sprawdzą, przekroczony zostanie pierwszy próg ostrożnościowy z ustawy o finansach publicznych. Zdaniem analityków w tym roku rząd uniknie jednak przebicia kolejnego progu 55 proc., co oznaczałoby konieczność równoważenia budżetu i wprowadzenia drastycznych oszczędności.

Z kolei rządowi sprzyja ograniczenie emisji długu przez ministerstwo pod koniec roku. Jakby tego było mało, od końca października złoty umocnił się o ponad 10 gr, co – biorąc pod uwagę wycenę zobowiązań zagranicznych – przekłada się na ok. 5 mld zł oszczędności (dług księgowany jest po kursach z ostatniego dnia roku). Ale choć resort finansów ograniczył emisję obligacji, to emitował je także Bank Gospodarstwa Krajowego. Skala zobowiązań z tego tytułu (ok. 8 mld zł plus odsetki) będzie wliczona do długu publicznego.

Na wzrost długu mogą wpłynąć działania samorządów. Zaciągają one zobowiązania w dużej mierze w ostatnich miesiącach roku. Na koniec III kwartału ich dług sięgał niespełna 32,1 mld zł. Jeżeli będzie przyrastał jak w 2008 r., to można oczekiwać, że w ostatnim kwartale wzrośnie o jakieś 5 – 6 mld zł.


Prawdziwe otrzeźwienie będzie w maju, kiedy okaże się, że wydrukowane hurraoptymistyczne dane Vincenta, w które już nawet dzieci nie wierzą, a doktorzy wstydzą się do ich przekonywać (bo to obciach jest, prawdziwy grójecki obciach z lampasami łowickimi i włocławskim szlaczkiem - mówi zezowaty), rozjechały się ostatecznie i niepodważalnie z Ojrostatem. Co to będzie, co to będzie? Hejkum, kejkum, szczurku ratuj! Moja wyobraźnia nie staje...

© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 30 października 2009

Szczurek versus Wzrostowski runda 1,5

Dlaczego szczurek i dlaczego 1,5? Zaraz się wyjaśni. Pod poprzednim felietonikiem o fiku-miku-deficyciku pojawiła się ciekawa polemika z autorską tezą polnego szczurka, która doprowadziła do wyznaczenia wzorcowego kursu Wzrostowskiego. Bloger, którego imię można znaleźć wśród ewangelistów, wykonał piękną pracę, zasługującą na osobną publikację. Ile wynosi kurs, studiuj niżej, ważny jest wniosek. Według szczurka będzie ten poziom broniony, dla zachowania pozornej chwały, według zezowatego pan nasz finansowy co najwyżej dopchnie coś pod dywan, gdyby - na co niestety wskazują wykresy - złotóweńka deczko nam się obsunęła ponad granicę 50% wzorca. Jak widać, możemy się zgadzać co do meritum i stawiać zupełnie odmienne diagnozy. A teraz tekst właściwy, zasługuje na potraktowanie poważnie, bo autor wie, o czym się wypowiada.

================================
Ponieważ niejako wywołałem ten temat, czuję się w obowiązku go pociągnąć i przedstawić moją krytyczną opinię. Wszystko to w duchu ustalania faktów i odkrywania prawdy, o co nam wszystkim przecież chodzi i tym podobne pierdoły.
Większych różnic między nami nie ma, bardziej chodzi o interpretację, niż o same liczby.
Obu nam 50 mld PLN długu i drugie 50 mld PLN długu daje łącznie 100 mld PLN długu, a za cholerę nie chce nam z tego wyjść +2% wzrostu PKB.

A więc na początek małe sprostowanie kto ogłasza, co ogłasza, kiedy ogłasza i jakie są konsekwencje. Zgodnie z Ustawą o finansach publicznych,
Art. 38 Minister Finansów ogłasza, w terminie do dnia 31 maja roku następnego, w drodze obwieszczenia, w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski”:
1) kwotę i relację do produktu krajowego brutto:
a) państwowego długu publicznego,
b) długu Skarbu Państwa,
c) niewymagalnych zobowiązań z tytułu poręczeń
i gwarancji udzielonych przez Skarb Państwa,
2) kwotę niewymagalnych zobowiązań z tytułu poręczeń i gwarancji udzielonych przez jednostki sektora finansów publicznych — według stanu na koniec roku budżetowego.

Tak więc to Vincent ogłasza, na podstawie własnego raportu, czy Vincent wygrał, czy też przegrał. Przy czym z mocy prawa nie wolno mu kłamać. Jedno jest pewne - do maja się nie dowiemy.

Co się stanie, jeśli Vincent będzie musiał zaraportować więcej niż 50%? W zasadzie nic.
Art. 86. W przypadku, gdy wartość relacji kwoty państwowego długu publicznego do produktu krajowego brutto, o której mowa w art. 38 pkt 1 lit. a, ogłoszonej
zgodnie z art. 38:
1) jest większa od 50 %, a nie większa od 55 %, to na kolejny rok Rada Ministrów uchwala projekt ustawy budżetowej, w którym relacja deficytu budżetu państwa do dochodów budżetu państwa nie może być wyższa niż relacja deficytu budżetu państwa
do dochodów budżetu państwa z roku bieżącego wynikająca z ustawy budżetowej;

Jeśli więc przekroczony zostanie pierwszy próg na koniec 2009 i Sejm gdzieś w połowie lutego 2010 przyjmie Ustawę budżetową na 2010 z ZAPISANYM deficytem budżetu np. 7%, to w maju 2010 Vincent (lub jego następca) ogłasza oficjalne wyniki zawodów i we wrześniu 2010 roku Rada Ministrów przyjmuje projekt budżetu na 2011 z deficytem nie większym niż te 7%. Potem ten projekt trafia do Sejmu, który może z nim zrobić co chce. Nic się nie dzieje. Jedynie Kaczki mogą drzeć dzioby, jak to tuskowniki Polskę nam niszczą. Ale i tak to robią cały czas, więc co za różnica?

Teraz nasze liczby...
Mam nadzieję, że punkty 1., 2. i 3. oraz to, że zegar długu się nieco spieszy i pokazuje już ponad 50% nie budzą wątpliwości. Mam również nadzieję, że rzucane przez Vincenta i innych kwoty deficytu 17, 29, 52 czy 100 mld PLN nie mają większego znaczenia, bo są to wszystko liczby brane z powietrza na potrzeby obowiązującej danego dnia propagandy. Dlatego konieczne było prześledzenie wszystkich transakcji i przyjęcie pewnych założeń do końca roku.

(Raz kiedyś, w jakimś unijnym raporcie, w rozdziale poświęconym Polsce, widziałem planowany deficyt SFP w 2009 w wysokości 6,8% PKB. No Unii to się oni trochę boją i nie łżą im tak bezczelnie, jak to robią na naszym lokalnym podwórku. Te 6,8% oznaczałoby prawie 91 mld PLN przez cały 2009, a więc 45 mld PLN w pół roku, czyli Vincent przegrywa).

Teraz punkt 4. czyli gdzie jesteśmy obecnie i ile brakuje do granicy. Otóż o długu zagranicznym można mówić na dwa sposoby: według kryterium rezydenta i według kryterium miejsca emisji.

Dług zagraniczny według kryterium rezydenta to cała kasa którą wisimy osobom (fizycznym i prawnym - ludziom, firmom, organizacjom i rządom) mającym swoją siedzibę za granicą bez względu na walutę, w jakiej ten dług jest wyrażony. Czyli jeśli bank z Jamajki ma polskich obligacji za 100 mln PLN, to jest to dług zagraniczny według kryterium rezydenta, a jeśli ja, ty lub inny PKO BP zakupi na giełdzie we Frankfurcie pokaźny pakiet polskich obligacji nominowanych w Euro - to według kryterium rezydenta nie będzie to dług zagraniczny.

Z kolei dług według kryterium miejsca emisji bierze pod uwagę wyłącznie walutę, w której powstało zadłużenie. Zadłużenie w walucie krajowej = dług krajowy, zadłużenie w walutach obcych, instrumenty wyemitowane za granicą = zadłużenie zagraniczne.

Jeśli się wczytasz dokładnie w definicje zawarte w raporcie NBP z którego brałeś dane, to zobaczysz, że jest tam dług zagraniczny według kryterium rezydenta. (Czwarta zakładka, 'Uwagi metodyczne': Zadłużenie zagraniczne brutto, [...] jest sumą podjętych i nieuregulowanych zobowiązań rezydentów danego kraju wobec nierezydentów,[...]) Spora część tego jest nominowana w PLN.
A do naszych obliczeń należałoby wziąć dług według kryterium waluty, w której jesteśmy zadłużeni, a więc według kryterium miejsca emisji.

Ja swoje liczby brałem stąd:
http://mofnet.gov.pl/_files_/dlug_publiczny/zad...
Dokument jest z 30 września 2009. Następny raport, za trzeci kwartał będzie dostępny 30 grudnia. I wreszcie raport za cały 2009 rok będzie 31 maja 2010 o godzinie 16:59 ;)

Tak więc podtrzymuję, że "liczba Vincenta", zwana również "granicą Vincenta" według moich szacunków wynosi obecnie 4,34.
Vincent wie, ja wiem, teraz to i Vincent wie, że ja wiem.
© zezorro'10 dodajdo.com

niedziela, 25 października 2009

Załatwimy na 50%

Dociekliwi spekulanci i ciułacze zastanawiają się, co zrobi Wzrostowski z kursem euro. Szczurek polny na przykład twierdzi, że będzie próbował podnieść złotego do 4,000 na koniec roku ze względu na datę wyliczenia deficytu. Współbrzmiałoby to z nachalnym naganianiem na dalsze umacnianie złotówki. Spójrzmy zatem na liczby, bo te nie kłamią (chyba że są nieprawdziwe).

Poniżej dwa scenariusze wyliczenia długu publicznego, przy różnych kursach walutowych. Wartości na koniec roku estymowane z dwóch kw.09.
=====================================
Eurpln eur/usd PKB mld
4 1,5 1282
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
67,8 238,4 242 548,2 42,76

Po uwzględnieniu dziury 52 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
67,8 238,4 294 600,2 46,82

Po uwzględnieniu dziury 100 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
67,8 238,4 342 648,2 50,56
=====================================
Eurpln eur/usd PKB mld
4,4 1,5 1282
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
74,58 262,24 242 578,82 45,15

Po uwzględnieniu dziury 52 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
74,58 262,24 294 630,82 49,21

Po uwzględnieniu dziury 100 mld
Usd Eur Pln
11,3 59,6 242 RAZEM %pkb
74,58 262,24 342 678,82 52,95
=====================================

Jak widać z wyliczenia, pan finansów Wzrostowski ma absolutną swobodę w polityce kursowej, ale polityka fiskalna niestety mu się nieodwołalnie rozjeżdża. Po pierwsze pierwszy próg długu jest - na razie - niezagrożony. Ujawniona dziura budżetowa na 52 mld wchodzi do budżetu przyszłorocznego, więc w tegorocznym nie ma nic do gadania. Owszem, co się odwlecze, to nie uciecze i w przyszłym roku próg 50% pkb zostanie już pokonany. Po drugie, kurs walutowy - wbrew podejrzeniom analityków spiskowych - nie ma tu nic do rzeczy. Próg zostanie przełamany niezależnie od chwilowego kursu, a nawet trendu walutowego.

Kluczowy w dyskusji o długu publicznym w Polsce jest nie tyle jego poziom, co struktura. Kreatywna księgowość obecnego rządu zezwoliła na poutykanie po rożnych agencjach ok. 100 mld zobowiązań państwowych (Jankowiak et al.), które prędzej czy później zostaną ujawnione. Uciekanie przed ich uznaniem i udawaniem, że Jasia nie ma, bo jest pod stołem, prowadzi niestety prostą ścieżką do pułapki zadłużenia, bowiem na pokrycie fikcji rząd zaciąga właśnie radośnie kolejne pożyczki, które pojawią się po właściwej stronie bilansu, gdy już będzie za poźno na łagodne działania naprawcze i konieczne będą drakońskie cięcia. Im dłużej będziemy przebywać w radosnym wzrostowskim letargu, tym bardziej bolesne będzie przebudzenie, bowiem przekroczenie 55% jest już praktycznie przesądzone. Stanie się tak z powodu słabej koniunktury zewnętrznej (albo niedostatecznie poprawiającej się) oraz słabnącej koniunktury wewnętrznej (albo nie poprawiającej się - zwolnienia itd.)

Lipcowe umocnienie złotego było - jak pisałem - efektem przepuszczania przez forex pomocy unijnej, co dało wynik analogiczny do interwencji. Do tego sygnału dołączyła spekuła, naganiająca teraz wyraźnie na bezkresny marsz naszej waluty. O ile pierwotna decyzja ministra (Wzrostowski przyjaciel HSBC) daje podstawy do oczekiwania na opcje walutowe 2, nie będzie to skorelowane z polityką budżetową. Niezależnie od kursu walutowego bowiem budżet tegoroczny trzeba awaryjnie reperować, a przyszłoroczny przekroczy progi ostrożnościowe. Wszystko jednak zależy od sposobu i szybkości wymiatania śmieci spod dywanu. Znając polityczne realia można w ciemno zakładać, że za odważnym aktem ujawnienia połowy deficytu nie pójdą następne i ew. dalsze braki będą dopisywane do pożyczek w części ukrytej po różnych egzotycznych funduszach jeszcze co najmniej przez rok. Liczby nie kłamią, ale można je zapisać w różnych kratkach i terminach i na tym polega właśnie kreatywność. Benek naszym miszczem.

Źródła
zadłużenie Polski kwartalnie NBP
PKB GUS
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 1 października 2009

Kreski nie kłamią, złoty flaczeje

Jeszcze nie przebrzmiały echa ostatniego wpisu o wybiciu edka górą (tu polecam wczorajszą dyskusję z futeresiakiem), a tu mamy potwierdzenie. Przy okazji pytanie, czy jestem traderem na foreksie naprawdę mi pochlebia. Daleko mi do tego i nie w tym moja zezowata rola. Ci, którzy skubią na chleb na 0.10% trendach mają swoje miejsce, ja natomiast wypełniam lukę tych, którym w samo południe wyrywają torbę z 10% i więcej. Jak inaczej nazwać grzmiące zapewnienia, że złotówka jest mocna, będzie się dalej umacniać, na koniec roku konsensus Bloomberga wynosi 4,00?. Tu jest miejsce dla zezowatego, który widzi słonia, niezauważalnie mknącego przez salon. Spójrz na poniższe kreski i sam/a się przekonaj.


Od ponad tygodnia widać wznoszący kanał, nieuchronnie podnoszący eurasa. Przebicie oporu na 4,18 było kwestią czasu. Zwróć uwagę na pionowe kreski, którymi zaznaczyłem desperackie interwencje sprzedaży, sprowadzające rynek do chwilowego absolutnego wyprzedania euro. Czy wznosząca fala się przez to zatrzymała? Nic z tych rzeczy, rynek odbił się od dolnej bandy i spokojnie powędrował wyżej. Jest popyt na euro i brak wiary w Rostowskiego, ot co. Tego słonia zezowaty zobaczył w całej rozciągłości i go poprawnie nazwał, w odróżnieniu od wszelkiej maści psychoanalityków.

Dziś po południu mieliśmy piękne graficznie potwierdzenie wyłamania. Powrotu do snu nocy letniej 4,08-4,18 szybko nie będzie. Nie cieszy mnie kiepska sytuacja budżetu, bo to czary wzrostowskie są przyczyną obecnego ruchu, ale jest w tym jakiś promyk nadziei. Jeśli złotówka odpowiednio długo będzie słaba, poprawi rachityczne wyniki IV kw. Przypominam, że letni bilans obrotów bieżących jest ujemny (o kurde, wszyscy piali z zachwytu że tacyśmy mocni). Słaba złotówka powinna go odwrócić. Jest to jak najbardziej w interesie załóg eksporterów, których czekają masowe zwolnienia (a kuku, zezowaty pisał w marcu), choć nie jest w interesie wzrostowskich kredytobiorców. Trudno, coś trzeba wybrać, a jak się nie umie, to inni wybierają za ciebie. I tak, po okresie wiosenno-letnich czarów i zaklęć rynek wylosował kulę czarną, czyli słabą złotówkę i kłopoty z zadłużeniem (słaby złoty powiększa zadłużenie zagraniczne). Jak widać po kreskach, interwencja jest dobra, kiedy ma się kilkadziesiąt mld i do tego wiarygodność. Kiedy się te mld przeputało latem, razem z wiarygodnością, żegnaj Gienia, charakter mi się zmienia. C'est la vie.
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 29 września 2009

Projekt budżetu. Foreks negatywnie.

Projekt budżetu ministra Wzrostowskiego został negatywnie oceniony przez forex. Właśnie następuje wyłamanie z dotychczasowego uspokajającego kolebania między 2,08 a 2,18. Siłę ruchu potwierdza masowy wykup waluty, który jednak nie daje nadziei na szybkie odbicie. Euro jeszcze nie jest wykupione do złotówki. Polecam prorokom nieustającego wzmacniania naszej waluty oraz ich wyznawcom. Przeczytaj przy okazji też ostatnią analizę z tej przegródki, ot tak, dla śmiechu.
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 21 września 2009

Dratewka na balon optymizmu

Nieoceniony Janusz Szewczak ostrzega: Polska gospodarka najgorsze ma dopiero przed sobą. Zezowaty komentuje, a co ma robić, jak taki straszny smok...
Wszystko, co najgorsze w związku z kryzysem i to, co czeka naszą gospodarkę – dopiero przed nami. Wzrost gospodarczy, finanse publiczne, banki i złotego czekają jeszcze wielkie kłopoty. Jak na razie mkniemy ku gigantycznemu wręcz zadłużeniu i bankructwu.

Zagraniczne banki i instytucje ratingowe ostrzegają: najgorsze dopiero przed Polską. Czeka nas recesja, wzrost bezrobocia i gigantyczny wzrost zadłużenia, kolejne deficyty oraz osłabienie złotego. Wyniki III i IV kw. będą dużo gorsze niż w pierwszej połowie tego roku.
Generalnie zgoda, zezowaty w ten deseń od stycznia, ale w innej tonacji i trochę wolniej. Nie mkniemy, tylko się posuwamy i nie do bankructwa, tylko do dziadostwa, a to różnica.
Zbyt wcześnie odtrąbiono sukces
Polska rzeczywiście przecież nie dotknęła jeszcze kryzysu. Propaganda sukcesu kwitnie jak za Gierka. Minister finansów zbyt wcześnie ogłosił sukces w krajowych mediach, w których zapanował błogi spokój. Właśnie podnoszone są prognozy wzrostu PKB dla Polski, choć należałoby je obniżyć. Ogłoszono znów nierealny budżet na 2010 r. Olbrzymi deficyt rzędu 52 mld zł w 2010 r. realnie osiągnie wartość znacznie większą, w granicach 90 – 100 mld złotych, bo minister Rostowski z reguły myli się w swych obliczeniach o co najmniej 100 proc., np. prognozował deficyt budżetu na ten rok na poziomie 18 mld, a już zmienił go sam na blisko 30 mld. Spadek zaufania inwestorów będzie postępował. Deficyt budżetowy na 2010 r. nie uwzględnia np. wydatków na drogi rzędu 34 mld zł, które jakimś cudem zniknęły z przyszłorocznego budżetu. Krajowy Fundusz Drogowy ma sobie sam zorganizować aż 31 mld zł, bo inaczej ich nie będzie. Ten kolejny wirtualny budżet przewiduje 1 proc. inflację, gdy dzisiaj, pod koniec roku, zbliżamy się do 4 proc. Równie niemożliwy jest wzrost dochodów podatkowych, w tym wzrost dochodów z VAT–u w najbliższym roku.
Diagnoza miedalnego stylu kuglarza i hochsztaplera Wzrostowskiego poprawna, dratewką ten balon!
Czy leci z nami pilot?
Jeśli minister przyznaje się, że nie ma planu awaryjnego i musi wyprzedać resztkę majątku narodowego za 28 mld złotych, bo inaczej nic mu się nie zbilansuje, to tylko powinno nas upewnić, że taki fachowiec nie powinien sprzedawać nawet używanego auta. To, co wyczynia minister finansów z polskimi finansami, woła o pomstę do nieba. To pewne, że możemy się spodziewać bardzo niekorzystnych rekomendacji dla polskiego długu i polskich papierów skarbowych w najbliższej perspektywie. Rząd ogłasza, że potrzeby pożyczkowe brutto Polski będą wynosić w 2010 r. aż 203 mld złotych, czyli 1/3 całego długu publicznego Skarbu Państwa, jaki uzbieraliśmy przez ostanie 20 lat wolnej Polski, obecnie to 650 mld zł, i jednocześnie twierdzi się, że wszystko jest pod kontrolą. Przez ostatnie 4 lata zadłużenie naszego kraju wzrosło o ok. 20 mld zł. Teraz ten pułap zadłużenia – 200 mld zł – mamy osiągnąć tylko przez 1 rok i to przy wyprzedaży resztek majątku narodowego. Grozi nam pozbycie się ostatniego polskiego banku PKO BP i PZU S.A. Co w takim razie przyjdzie sprzedawać rządowi w latach 2011-2012 – bo niewątpliwie trzeba będzie nadal dopłacać gigantyczne kwoty do OFE i spłacać koszty zadłużenia zagranicznego. To każdego roku pochłonie co najmniej 100 mld zł. Czy w latach 2011 – 2012 przyjdzie nam prywatyzować i sprzedawać Śląsk Opolski, Jeziora Mazurskie, Wawel? Deficyt będzie rósł z pewnością, choć bez konieczności spłaty starych długów. Im więcej pożyczamy, tym większy mamy deficyt i zadłużenie, im większy mamy deficyt i zadłużenie – tym więcej będziemy musieli pożyczać. Tu koło się zamyka. Nieprzypadkowo francuski BNP Paribas rekomenduje swoich klientom sprzedawanie polskich papierów wartościowych, bo Polska będzie musiała sprzedawać na rynku bardzo dużo papierów skarbowych i będzie to nas coraz więcej kosztować. Inwestorzy finansowi już chcą oprocentowania na poziomie 7 do 7,5 proc. przy 10-letnich obligacjach. W 2010 r. z pewnością zażądają wyższego oprocentowania, a chętnych na sprzedawanie i zadłużanie się będzie coraz więcej w Europie, my natomiast z każdym dniem będziemy tracić wiarygodność.
Co do jakości rekomendacji BNP zezowaty by się spierał, niemniej faktem jest że fanfan Vincent nadaje się do kabaretu, a nie finansów. Plecenie bzdur w miliardy rzeczywiście nie podwyższa ratingu Polski, a to z pewnością pozytywnego wpływu na oprocentowanie obligacji mieć nie może. Co więcej, tragiczne jest tempo zmian: od hurraoptymizmu do megapesymizmu (dziura 52-90 mld), niemniej o tragedii, przynajmniej w jej włoskim wymiarze, mowy nie ma.
W 2010 urosną straty finansowe banków
Jakby tego wszystkiego było mało, agencja ratingowa Standrad & Poors ogłosiła analizę dotyczącą wzrostu ryzyka w polskim sektorze bankowym, a zagrożenie to zaczyna być naprawdę poważne. Choć polska opinia publiczna nie jest o tym informowana. „Gazeta Finansowa” w licznych artykułach (np. „Jeszcze banki czy już piramidy finansowe” z 15 maja 2009), ostrzegała, że opowieści o tym, że banków w Polsce absolutnie nie dotknie kryzys, można włożyć między bajki. Według Standrad & Poors są dwie główne przyczyny zagrożenia dla polskich banków: szybki przyrost złych kredytów oraz wysoki udział kredytów w walutach obcych. Do tego dochodzą: znaczące osłabienie złotego, które należy jak najbardziej zakładać – paniczna wyprzedaż złotego dopiero przed nami, to z pewnością doprowadzi do tego, że duża część kredytów Polaków i polskich firm przerodzi się w należności zagrożone i przeterminowane. Oczywiście minister finansów uważa, że to BNP Paribas, Standrad & Poors się mylą, a nie on. Jeśli na to nałoży się recesja, spadek eksportu, rosnący deficyt na rachunku obrotów bieżących w lipcu, to mamy rekordowy deficyt rzędu 565 mln euro, transfer dywidend do banków za granicą w lipcu (to już ok. 1 mld euro) czy spadek inwestycji zagranicznych (jest on rzędu 83 proc.) – pełen komplet zagrożeń i to nie byle jakich.
Znowu diagnoza poprawna, jednak wnioski nie te. O panicznej wyprzedaży nie ma żadnej mowy, natomiast jest zezowata mowa o kolejnym krojeniu frajerów na kursie walutowym.
Banki w Polsce zamiast informować wprowadzają w błąd
To słowa znanego bankiera, prezesa ING BSK B. Bartkiewicza, najpełniej oddające zaniepokojenie tym, co czeka polski sektor bankowy, czyli zagraniczne banki komercyjne działające w Polsce. Po nieśmiałych próbach zainicjowania poważnej debaty na temat wpływu kryzysu na sektor bankowy w Polsce, które próbowali podjąć prezes Morawiecki czy prezes M. Stańczak, wszystko szybko wróciło do normy pod hasłem „jesteśmy najsilniejsi w Europie, nic nam nie grozi”. Dyżurni analitycy serwują nam te same dobre wiadomości: kryzys minął, złoty będzie się systematycznie umacniał, budżet i deficyt są pod pełną kontrolą. Wystarczy tylko sprywatyzować resztkę majątku narodowego i będzie dobrze, jak twierdzi niezawodny Leszek Balcerowicz. Miał absolutną rację prezes ING BSK, gdy mówił: „Wzywam! Dość manipulowania!”.W sektorze bankowym nie podjęto próby postawienia równie zasadniczych pytań, a przecież błędów popełnionych zarówno w sektorze bankowym, jak w całej polskiej gospodarce było co niemiara.
Bańki w Polsce wprowadzają w błąd od daty otwarcia.
Kredytowe szaleństwo trwa w najlepsze
Przedsiębiorstwa i Polacy żyją od 20 lat na kredyt. Majątek został wyprzedany w 70 proc., głównie za granicę. Rosną gigantyczne długi – 650 mld długu publicznego Skarbu Państwa, 200 mld euro długu zagranicznego, 170 mld zł banków działających w Polsce, 80 mld złotych kredytów przeterminowanych zarówno firm, jak i zwykłych konsumentów, ok. 15 mld długów na kartach kredytowych, ponad 200 mld długów z tytułu kredytów hipotecznych, a ok. 2/3 tych kredytów jest przecież w walutach zagranicznych. Już półtora miliona Polaków zalega z płatnościami na kwotę blisko 12 mld złotych, tylko wobec banków. Blisko 600 tys. Polaków posiada po kilka kredytów. Rekordziści nawet po 10 jednocześnie. Udział kredytów zagrożonych może więc wzrosnąć do końca roku do 15 może nawet 17 proc.
Bańki przedłużają swe żniwa, jak mogą. Jest faktem, że słabnący rynek pracy - nawet przy nominalnym wzroście! - doprowadzi poprzez bezrobocie do osłabienia portfela bankowego. Niemniej pamiętać trzeba, że polski portfel kredytowy jest bardzo zachowawczy, zatem bezpieczny.
Czy bankowcy powiedzieli nam całą prawdę
Mimo ogromnej nadpłynności sektora bankowego w Polsce, od 25 do 30 mld złotych, kredytów dla przedsiębiorstw nie ma i nie będzie. Niebezpieczna wydaje się pomoc, jaką NBP chce zaoferować bankom komercyjnym. Prezes NBP Sławomir Skrzypek nie wyciągnął, jak widać, żadnych wniosków z tego, co zdarzyło się w I poł. 2009 r. Szedł bankom komercyjnym na rękę, jak mógł, i co? I nic, kredytów jak nie było, tak nie ma. Cała wolna gotówka banków trafiała znów na oprocentowane konta NBP. „Prezesie Skrzypek nie idźcie tą drogą”. Mamy w Polsce banki, które wręcz toną. Banki, które udzieliły ogromnych kredytów korporacyjnych, takich jak np. Pekao SA, które udzieliło kredytów korporacyjnych na kwotę 60 mld złotych czy Bre Bank. Mają się one dziś czym martwić. Bank, który udzielił gigantyczną, jak na polskie warunki, kwotę 13 mld złotych developerom, może mieć obawy o jej szybki zwrot i stabilne spłacanie. Bank Bre, który udzielił gigantycznych kredytów gotówkowych poprzez swoje ramię Multibank i mBank już odpisał 650 mln złotych z tytułu rezerw. Kredyt Bank niedługo ruszy poprzez swoje ramię Żagiel. A pamiętajmy, że te są oprocentowane bardzo wysoko nawet na 20 proc. W sytuacji gdy właśnie kredyty ratalne i gotówkowe stają się prawdziwą kulą u nogi banków staje się to realnym zagrożeniem dla wielu z nich. Niespłacone długi przedsiębiorstw rosną o 1,5 mld zł miesięcznie. W ubiegłym roku rosły o tyle w ciągu całego roku. Wartość złych długów przedsiębiorstw w Polsce pod koniec lata wzrosła do ok. 25 mld zł. Zbliżamy się więc do rekordu z 2003 r., wówczas było to ok. 30 mld złotych. Olbrzymie kłopoty korporacyjne dla banków w Polsce stworzy pod koniec roku Orlen SA, którego gigantyczne zadłużenie trzeba będzie na nowo renegocjować. Aż 9 banków działających w Polsce znajduje się na liście obserwacyjnej agencji Moody’s z możliwością obniżenia ich ratingu. A przecież polska gospodarka dopiero wkracza w fazę spowolnienia gospodarczego, w fazę prawdziwego kryzysu. W dodatku rośnie bezrobocie, zanosi się na zwolnienie jeszcze kilkuset tysięcy osób do końca br. i coraz bardziej ujawnia się spadek cen nieruchomości, powodujący straty deweloperów. Gwałtowne osłabienie złotego, a w zasadzie sprowadzenie go do poziomu sprzed lipca tego roku, czyli w pierwszej połowie 2009 r., też należy brać poważnie pod uwagę. W okresie letnim złoty został sztucznie napompowany aż o 50 gr., przez co zagraniczne banki inwestycyjne, głównie amerykańskie, kupowały go na potęgę, licząc się z tym, że zapłacą złotówkami za totalną prywatyzację zapowiadaną przez polski rząd. Teraz doszły do wniosku, że nie da się sprywatyzować tak szybko takiej ilości przedsiębiorstw w Polsce i po tak śmiesznych cenach z powodu protestów załóg. Te banki równie gwałtownie mogą się pozbyć zapasów złotego, co osłabi jego notowania. Paniczna wyprzedaż złotego z pewnością dopiero przed nami.
Skoro mają kłamstwo we krwi, oczywiście nam nakłamali, bo bank to w końcu nie jest magiel. Jest faktem, że będą fuzje i przejęcia, bo spółki-matki są słabe, jak szczenięta i stoją na skraju bankructwa. To nieuniknione. Tylko że przejęcie banku w Polsce, ze zdrowym, lub prawie zdrowym portfelem, nie jest żadną tragedią, zarówno dla klientów, jak i dla systemu finansowego.
Banków kryzys nie oszczędzi
Banki komercyjne działające w Polsce ponoszą pierwsze poważne straty związane ze skutkami kryzysu, a to dopiero preludium przed drugą połową roku 2009 i trudnym 2010 r. Banki zarobiły 4,3 mld złotych, czyli dokładnie 50 proc. mniej niż rok temu. PKO BP musiało odpisać na rezerwy w pierwszej połowie br. aż 770 mln zł. Bre Bank będzie musiał odpisać 650 mln zł. Te wszystkie straty bardzo poważnie osłabią pozycje kapitałowe większości banków komercyjnych działających w Polsce. Jest wielce prawdopodobne, że zostaną sprzedane nawet całe banki, na listę transferową mogą w pierwszej kolejności trafić BZ WBK, bo jego irlandzki właściciel ma gigantyczne kłopoty, Millennium Bank, Kredyt Bank czy Bre Bank. Ale niespodzianek może być znacznie więcej. Wali się na naszych oczach eksport (spadek o 24 proc.), obligacje skarbowe sprzedają się coraz trudniej, banki zaczynają uprawiać kreatywną księgowość, spółki giełdowe, jak i banki ukrywają prawdziwe wyniki w swych raportach finansowych. Jedyny czynnik utrzymujący polski wzrost gospodarczy na powierzchni, czyli eksport, przestaje się liczyć. Tempo, w jakim zadłużamy nasz kraj, jest niespotykane. 203 mld złotych potrzeb pożyczkowych brutto tylko w 2010 r. to absolutny rekord. I nie są to pieniądze ani na drogi, ani na lotniska, ani na szybką kolej czy na nowe fabryki. Tylko na zapchanie kolejnej dziury budżetowej, tym razem dziury Rostowskiego i oddanie starych długów. Zadziwia wręcz naiwność i hura optymizm polskich przedsiębiorców, którzy ciągle wierzą w rządowe zapewnienia, że kryzys w Polsce minął i czekają na kolejne cuda gospodarcze.
Wzrostowski hurraoptymizm zezowatemu bardzo się nie podoba i wyjdzie drogo, jak każdy szwindel na dużą skalę. Tu skala jest rzędu 52 mld według samego zainteresowanego, więc i koszty odpowiednie. Na zezowate oko to około 2% od tej dziury rocznie (koszt czarów), czyli okrągły miliardzik, milordzie.
© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 5 września 2009

Przymiarki do budżetu: Wzrostowski pierwsze starcie

Przedstawiono pierwsze przymiarki do budżetu. Czarodziej Vincent Wzrostowski miał do tej pory niełatwo. Teraz zaczynają się schody.

Czary z wstawianiem kitu w uszy typu zaliczanie w dochody dotacji unijnych diabli wzięli. Stałe obciążenia budżetowe, wypchnięte sztucznie na zewnątrz, typu dotacja do FUS, wracają jak weksel. Już się nie da ich poutykać po kątach. Do tego optymistyczny budżet 2009 przepchnął część tzw. "oszczędności" na przyszły rok. Ale cudów nie ma. Zaległe faktury za benzynę i prąd z posterunków policji zaksięgowano w 2010. Optymistyczne założenia wzrostu powoli zaczynają być weryfikowane negatywnie. Nie żebym sobie nie życzył 3% wzrostu. Życzyłbym sobie 33%. Tylko problem z ich utrzymaniem. Jeszcze - odpukać - wróci słaby złoty. Wtedy dług zewnętrzny jakby się nagle powiększy. Tak więc zezowaty ogłasza gorącą jesień. Właśnie się zaczęła.

Gomułka: gigantyczny deficyt nie jest zaskoczeniem
Podana przez ministra finansów informacja, że w 2010 r. deficyt budżetu może wynieść 52,2 mld zł, nie jest dla mnie zaskoczeniem - powiedział w sobotę PAP główny ekonomista Business Center Club Stanisław Gomułka.

Jak podały w sobotnio-niedzielnych wydaniach "Rzeczpospolita", "Gazeta Wyborcza" i "Dziennik", według ministra finansów Jacka Rostowskiego przyszłoroczny deficyt budżetu może wynieść 52,2 mld zł. Minister zaznaczył, że przyczyną tego jest m.in. rezygnacja z wyłączania z budżetu wydatków na drogi czy dotacji na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

Według informacji podanych mediom przez Rostowskiego, dług publiczny w tym roku wzrośnie o ok. 6 proc., a w 2010 r. będzie jeszcze o 1 punkt procentowy wyższy. Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że na koniec 2010 r. dług publiczny przekroczy poziom 55 proc. PKB. uniemożliwi to podnoszenie deficytu w kolejnych latach.

"Już od jakiegoś czasu wiemy, że dochody budżetu państwa będą o ok. 44 mld zł niższe od zakładanych. Rząd zaś znalazł tylko ok. 10 mld zł oszczędności. Różnica między tymi kwotami - 34 mld zł - musi więc podwyższyć deficyt budżetu. W tym roku udało się określić go na poziomie 18 mld zł przenosząc część wydatków do innych segmentów sektora finansów publicznych. W przyszłym roku już się to nie uda. Stąd tak wysoki deficyt" - wyjaśnił Gomułka.

Jego zdaniem dobrze, że minister finansów nareszcie zaczął mówić prawdę o stanie finansów państwa, zarówno jeśli chodzi o deficyt budżetu, jak i o dług publiczny, który może przekroczyć tzw. długoterminowy próg ostrożnościowy wynoszący 55 proc. PKB.

Gamułka zaznaczył jednak, że faktyczne kwoty deficytu wyniosą ok. 70-80 mld zł w 2009 r. i ok. 80-90 mld zł w 2010 r.

"Przychody z prywatyzacji mogą wpłynąć na zmniejszenie tak dużego przyrostu z długu publicznego. Są one bezpieczną formą finansowania deficytu budżetowego. Aby jednak nie przekroczyć 55 proc. progu relacji długu publicznego do PKB, będzie nam potrzebne ok. 30 mld zł przychodów z prywatyzacji w tym i przyszłym roku" - powiedział Gomułka.

Zdaniem głównego ekonomisty BCC osiągnięcie tej kwoty jest możliwe, ale zależy od decyzji premiera. Gomułka przypomniał, że "już wcześniej można było szybciej prowadzić prywatyzację, ale rząd, nie wiadomo, dlaczego, ją powstrzymywał".

"Teraz ceny na rynkach spadły i sprzedawanie majątku państwowego zbyt tanio naraziłoby ministra skarbu na odpowiedzialność np. przed Trybunałem Stanu. Jednak w przyszłym roku jest szansa na wzrost cen, a więc można będzie zacząć sprzedawać więcej. Nie wiadomo jednak czy premier się na to zdecyduje, szczególnie wobec silnych oporów PiS i prezydenta" - powiedział Gomułka.

Jego zdaniem, mimo niebezpieczeństwa znacznego wzrostu długu publicznego, rząd nie może pozwolić sobie na cięcia wydatków, przede wszystkim tych sztywnych, związanych z emeryturami, wojskiem czy policją. A w innych nie znajdzie już istotnych kwot. "Nie wchodzi też w grę jakaś znacząca podwyżka podatków, bo z pewnością nie znajdzie ona akceptacji społecznej, a także ze strony prezydenta" - powiedział.

Informacja nie jest zaskoczeniem także dla zezowatego, a prof.Gomułka mówił o tym nie raz, także w kontekście lansu Wzrostowskiego, którego delikatnie przestrzegał, że zbytnie szarżowanie bezpieczną wyspą będzie go kosztować. Właśnie zaczyna. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

Jankowiak: należy spodziewać się spadku wartości złotego
Spodziewam się, że po informacjach dotyczących znacznego wzrostu deficytu budżetowego i długu publicznego, rynki zareagują znacznym spadkiem wartości złotego. O tym, że do końca roku za euro będziemy płacili mniej niż 4 zł można zapomnieć - powiedział w sobotę PAP główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak.

W sobotę media podały, że resort finansów zapowiada na 2010 r. deficyt budżetu państwa na poziomie 52,2 mld zł oraz wzrost długu publicznego o 6 proc. w 2009 r. i o kolejny punkt procentowy w 2010 r. Tym samym na koniec 2010 r. dług publiczny może przekroczyć poziom 55 proc. PKB.

Według Jankowiaka podanie tych dwóch wskaźników nie daje jeszcze wielu informacji o przyszłorocznym budżecie. "Nie wiadomo, jaka będzie struktura dochodów i wydatków, czy są wśród nich dochody unijne, jaka została przyjęta wielkość dochodów niepodatkowych, np. z dywidendy" - zauważył.

"Uczestników rynku zaskoczył z pewnością przede wszystkim przewidywany wysoki deficyt budżetu. W najbliższych dniach należy zatem spodziewać się spadku wartości złotego. Powstaje tylko pytanie, jak długo będzie on trwał. Chwilowe tąpnięcie nic jeszcze nie znaczy" - powiedział Jankowiak. Dodał, że minister finansów może doraźnie wpłynąć na stabilizację kursu polskiej waluty, ale nie może tego robić w nieskończoność.

Jankowiak zaznaczył, że "nie sposób przewidzieć długofalowej reakcji uczestników rynku, ale z pewnością będzie ona zależała od wiarygodności całej strategii prezentacji budżetu państwa, także wiarygodności planów prywatyzacyjnych rządu".

"Trzeba poczekać na projekt budżetu. Wtedy będzie możliwa pełna analiza zachowań inwestorów" - powiedział Jankowiak.

Czytajcie blog Jankowiaka. Rzeczywiście na złotówce zaciąży Wzrostowski, a właściwie jego dotychczasowy, nadmierny optymizm. Tyle że jest to koszt tegorocznej polityki, a wejdzie w budżet 2010. Zanim złoty się osłabi, musi nadejść rozczarowanie budżetem, a to nastąpi przecież nie wcześniej, niż zostanie ustalony, prawda? Potem minie czas na przetrawienie tego faktu itd. Szanujcie zatem Jankowiaka za wczesne ostrzeżenie. Rok temu mówił o potrzebie interwencji walutowej, też zawczasu. Zatem na razie złoty musi się jeszcze naprawdę umocnić.

Wyżnikiewicz:rząd szykuje podwyżkę podatków i cięcia wydatków
Zapowiedzi resortu finansów dotyczące przyszłorocznego wzrostu długu publicznego i deficytu budżetowego są dowodem na to, że rząd szykuje podwyżkę podatków i cięcia wydatków. Z cięciami będzie trudniej, ale próby z pewnością rząd podejmie - powiedział w sobotę PAP wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową Bohdan Wyżnikiewicz.

Jego zdaniem, "podane w sobotę przez media informacje o zakładanym na 2010 r. deficycie budżetu na poziomie 52,2 mld zł oraz wzroście długu publicznego o 6 proc. w tym roku i o kolejny punkt procentowy w roku przyszłym, to scenariusz niekorzystny, ale realny".

"Z jednej strony mamy niższy wzrost gospodarczy, który obniża dochody budżetu. Z drugiej strony, znaczny udział w budżecie stanowią wydatki sztywne, których nie można ciąć. Poza tym słaby złoty powiększa nasz dług zagraniczny. To wszystko musi powodować znacznie pogarszanie się relacji długu publicznego do PKB" - powiedział Wyżnikiewicz.
Jak podały w sobotę "Rzeczpospolita", "Gazeta Wyborcza" i "Dziennik", minister finansów poinformował, że istnieje niebezpieczeństwo, iż w 2010 r. dług publiczny przekroczy próg 55 proc. PKB. Dług ten na koniec 2008 r. wynosił 44,8 proc. PKB. W 2009 r. ma on wzrosnąć o 6 proc., a w 2010 r. o kolejny punkt procentowy. Deficyt budżetowy może natomiast wynieść 52,2 mld zł.

"Taka sytuacja może skłonić rząd m.in. do podwyżki podatków, ale niektóre z ostatnio pojawiających się pomysłów w tym zakresie, jak np. opodatkowanie aut służbowych, są bezsensowne. Jednocześnie nie wiadomo dlaczego, nie wprowadza się np. kas fiskalnych u lekarzy czy prawników, albo nie ściąga podatku od zakładów bukmacherskich" - zauważył Wyżnikiewicz.

Odnosząc się do znacznego wzrostu deficytu budżetowego, wiceprezes IBnGR zaznaczył, że może on wiązać się uwzględnianiem w budżecie wydatków np. na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

"Dotychczas wyrzucano je poza budżet, ale to było działanie pozorne, prowadzące do sztucznego zaniżania budżetowych wydatków. Nie można tego kontynuować w nieskończoność więc dobrze, że resort finansów chce przejąć kontrolę także nad wydatkami tego rodzaju, choćby kosztem zwiększania deficytu" - powiedział Wyżnikiewicz.

I ma doktor rację. Kto powiedział, że się z nim nie zgadzam? Zgadzam się w stu procentach. Będą wyższe podatki i mniejsze wydatki. Takie jest prawo ekonomii.

© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 2 września 2009

Wzrostowski przyjaciel HSBC

Oto mamy potwierdzenie zezowatej diagnozy sprzed miesiąca. Wzrostowski minister nie tylko obronił budżet i wzrost gospodarczy (dlatego na ksywę zasłużył), ale jeszcze - w tzw. międzyczasie - obronił złotówkę. Wychodzi na to, że ten - powiedzmy uczciwie - skromnej postury urzędnik gotów jeszcze jedną reką, w wolnej chwili, obronić Częstochowę. Jak to z obroną złotówki wygląda, to już napisałem, ale powtórzę: jedzie największe naganianie na umocnienie złotego w historii, i to jeszcze za unijne dotacje. Jak to się skończy, wiadomo z góry. Mało tego, jeszcze eksporterzy zostaną tradycyjnie ogoleni na opcjach, bo przecież złotówka taka mocna... Być ministrem, to jest coś, a być przyjacielem ministra, to jest takie coś, co się liczy w miliardach.

Pisze Szewczak w Gazecie Finansowej, prosto z mostu, jak zezowaty.
Ministerstwo Finansów pompuje kurs złotego

W lipcu, w okresie urlopowym, aktywa rezerwowe NBP wzrosły bardzo gwałtownie o niespotykaną kwotę 3,1 mld euro. To niewątpliwie efekt błyskawicznej, skomasowanej akcji wyprzedaży przez polski rząd środków unijnych, czyli wyprzedaży euro. Ministerstwo Finansów znokautowało wręcz kurs euro i tym samym napompowało kurs złotego.
Widać bardzo wyraźnie, że oto spekulanci, czy jak kto woli inwestorzy krótkoterminowi, wzięli złotego w obroty. Rolę naganiacza wziął tym razem na siebie HSBC. Inwestorzy ci na potęgę stosują w Polsce strategię carry trade, czyli zaciągają pożyczki w walutach o niskiej stopie procentowej, w dolarach (0,25 proc.), frankach (0,5 proc.), euro (1 proc.). Pozyskane w ten sposób środki lokują w walucie naszego kraju, w którym stopa procentowa wynosi 3,5 proc. i ponoć ma jeszcze wzrosnąć. Ale nie to jest najgroźniejsze.

Zbieżność w czasie
Najgroźniejsza jest zbieżność w czasie podobnych działań spekulacyjnych podjętych przez polskie Ministerstwo Finansów. W lipcu, w okresie urlopowym, aktywa rezerwowe NBP wzrosły bardzo gwałtownie o niespotykaną kwotę 3,1 mld euro. To niewątpliwie efekt błyskawicznej, skomasowanej akcji wyprzedaży przez polski rząd środków unijnych, czyli wyprzedaży euro. Ministerstwo Finansów znokautowało wręcz kurs euro i tym samym napompowało kurs złotego. W lipcu i sierpniu 2009 r. o blisko 40 gr podrożała złotówka. Dodatkowo nałożyły się na to wpływy ze sprzedaży obligacji dolarowych w lipcu (3,5 mld dolarów).

MF przyłącza się do gry
Nic dziwnego, że nadpłynność sektora bankowego w Polsce była w lipcu rekordowa i wyniosła blisko 25 mld złotych. To niesłychanie niebezpieczna gra ze strony rządu i Ministerstwa Finansów, po części skorelowana z działaniami spekulacyjnymi inwestorów krótkoterminowych. Pieniądze z Unii, które dostaliśmy jako zaliczkę, wykorzystano do łatania dziury budżetowej, która nadal zastraszająco rośnie. Takie operacje są nie tylko sprzeczne z ideą Unii Europejskiej, bowiem tego typu środki absolutnie nie powinny służyć finansowaniu bieżących potrzeb budżetu państwa, choć przez ten budżet przepływają, ani tym bardziej tuszować błędów popełnionych w walce z kryzysem przez Ministerstwo Finansów.

Co nas czeka?
Ale co najgorsze te operacje są nie do utrzymania na dłuższą metę i są niesłychanie kosztowne oraz całkowicie fałszują rzeczywisty stan polskiej gospodarki, a zwłaszcza polskich finansów publicznych. Już wkrótce może się okazać, że zwyczajnie zabraknie pieniędzy z UE na realizacje programów unijnych, zwłaszcza programów inwestycyjnych czy związanych z ochroną środowiska oraz innowacyjną gospodarką – a pierwsze tego symptomy są już widoczne. Dziś fundusze unijne ratują polski budżet 2009 r. przed katastrofą, a ministra przed kompromitacją. Z kolei budżet 2010 r. ma uratować totalna wyprzedaż resztek majątku narodowego. Co zatem uratuje polski budżet Anno Domini 2011? Unia polsko-katarska?
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 27 lipca 2009

Wzrostowski terminator

Czego brakuje Szwarcenegerowi? Optymizmu mu brakuje. Dlatego Kalifornia plajtuje.

© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 17 kwietnia 2009

Mam żal do ministra

Tak, mam żal i dlatego ten wpis do książki życzeń i zażaleń.

Minister Rostowski nie jest człowiekiem przypadkowym, dlatego drobne złośliwostki typu brak peselu zezowatego nie interesują. Ważne jest meritum, a to niestety wygląda słabiutko. Nie chodzi nawet o jakieś wielkie dokonania, ale o najprostszą koordynację polityki finansowej Polski. Dla zezowatego republika bananowa jest bardziej przewidywalna, nie mówiąc o Gabonie, zarządzanym wzorcowo.

Polska nie jest co prawda jeszcze w recesji, ale będzie najpóźniej jesienią i nie jest to tajemnicą, bo zezowaty pisze o tym od Mikołaja. Zupełnie księżycowo na tym tle wygląda detonator obecnej zwałki, pan Vincent. Zapowiedział, że recesja będzie, dzień po zakontraktowaniu awaryjnej linii kredytowej na 20 mld z MFW. To można sprzedać w takiej formie baranom na Podhalu, a nie goldim tego świata. Jak janki to usłyszeli, to natychmiast zaczęli się pakować. W ciągu miesiąca zarobili po 50%, spójrzcie na indeks dolarowy.

Co powinien zrobić Vincent (żebyście go nie winili za zjazd)?
1. Poprzeć Gurcsanyego w Strasbourgu (wersja aktywna) albo milczeć (wersja pasywna). Za wszelką cenę unikać korzystnego odróżniania się od parszywych Węgrów, bo nie dość że podkopujemy w ten sposób Grupę Wyszehradzką, to jeszcze upewniamy świat, że Polska jest zagrożona. Kapitał traktuje Polskę stadnie, jeśli kłopoty ma Praga, to i Warszawa. Ponadto tylko w grupie Polska mogłaby uzyskać coś konkretnego od ECB, w sprawie sposobu i metod wchodzenia do ERM, a także funduszy stabilizacyjnych, którym na drodze stanęła kanclerz Merkel.
2. Odpowiednio wcześnie przestać ujadać o zdrowych fundamentach, nie oddamy ani guzika i tromtadracją, najpóźniej wtedy, kiedy budżet przestał się domykać.Jest to racjonalne podejście, aby uniknąć blamażu, takiego jak przyznanie, iż Polska nie tylko nie jest odporna na kryzys, ale będzie w recesji prawie na pewno nazajutrz po tromtadracji, że nam nic nie grozi.
3. Ostrożnie zakontraktować awaryjne finansowanie deficytu oraz współwarunkowane tym wejście do ERM. To są ściśle powiązane kwestie i nalezy je negocjować i uzgodnić z ECB, Angelą Merkel, prezydentem Kaczyńskim i premierem Tuskiem. Polska mogła - w grupie z Węgrami wytargować pomoc akcesyjną (stabilizacyjną) od ECB. To bankowi centralnemu zależy na zredukowaniu ryzyka kursowego, ponieważ kredyty banków z tej strefy są zagrożone. Było to możliwe przy skoordynowanym, przemyślanym i konsekwentnym wysiłku. Mamy fundusz awaryjny z MFW, który spełni tę samą rolę, ale jest z MFW, a ponadto żaden to sukces, Polska wpłaci swoją składkę do funduszu w wysokości 1,5 mld.
4. Opublikować polską ścieżkę do ERM, z kalendarzem, lub bez, wszystko jedno, ważne: z warunkami brzegowymi do negocjacji z Unią (i finansjerą), jako wynik konsensusu politycznego w kraju. Zamyka to hasanie polityków od ściany do ściany kosztem polskich firm i przymusowo buduje ich lojalność. Dlaczego musi to zrobić Vincent? Bo on toto firmuje. Skoro takich warunków szefowi nie stawia, to jest malowany, ale i tak za to odpowiada.

Zamiast tego Vincent wykonał wszystkie punkty na opak. Po co i dlaczego? Widocznie nie mógł lepiej. Ale przyznacie, po bliższej analizie, fachowiec z janek nie mógł nic innego zrobić, jak się spakować. Na jednej sesji dolarowy indeks wig20 spadł 5,5%. To coś znaczy.

Nakreślone cztery życzenia oczywiście nie były do spełnienia w dzisiejszej Polsce, niemniej żal mi ministra Rostowskiego, gdy chce przekuć awaryjną pożyczkę stabilizacyjną z MFW na sukces polskiego rządu i dowód siły finansowej, dowodząc przy tym jednocześnie, że recesja w Polsce nie jest nieunikniona. Ktoś, kto ma odrobinę dłuższą pamięć niż tydzień i odrobinę bogatszą literaturę, niż Fakt, odnosi przykre wrażenie niekompetencji, słabości i niekonsekwencji. Cóż zatem powiedział Vincent? Niby nic, w kampanii PR nawet nieźle, ale w ciągu zdarzeń, w kontekście międzynarodowym, klapa i żenada.

Na koniec optymistycznie. Nie jest tak, że Polska jest wyjątkowa w swoich kłopotach. Po prostu Polska nie jest wyspą i prowadzenie polityki wyborczej i gospodarczej staje coraz częściej do siebie w opozycji. Co wygrywa, widać. Podobnie jest jednak na całym świecie. Stany: recesja+deflacja, Niemcy: recesja+deflacja, Brytania: recesja+deflacja, Chiny:słabnący wzrost+deflacja. Polska całkiem nieźle:stagnacja+deflacja.
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 16 kwietnia 2009

Wiesław kontra Vincent

Wiesław Rozłucki, były szef warszawskiej giełdy ma zdrowy dystans.
Czy wzrost cen akcji na giełdach o średnio 30 proc. od początku marca oznacza koniec kryzysu i początek nowej hossy? A może to odreagowanie wcześniejszych spadków, po którym mogą przyjść jeszcze większe?
Nie wygląda to na początek hossy ani koniec kryzysu, choć dzisiejsze prognozy są obarczone o wiele większym ryzykiem błędu niż kiedykolwiek. Od kilkudziesięciu lat nie było tak wielkiego zagrożenia dla światowej gospodarki, ale i tak wielkiej, skoordynowanej interwencji państwowej. Nie wiadomo, jakie przyniesie efekty i w jakim czasie. Spodziewam się, że zanim nastąpi trwała poprawa, dojdzie jeszcze do fali spadków na giełdach. Nie powinny być one tak duże jak w lutym tego roku. Mogą być związane z publikowanymi wkrótce wynikami spółek za I kw. tego roku. Te wyniki będą gorsze dla większości przedsiębiorstw. Moim zdaniem ten fakt nie został jeszcze zdyskontowany w cenach akcji.

Kiedy wróci na trwałe koniunktura na giełdzie?
Ponieważ giełda reaguje zwykle z półrocznym wyprzedzeniem w stosunku do realnej gospodarki, silne wzrosty możemy zobaczyć już jesienią. Będą antycypować spodziewane ożywienie w 2010 roku. W tym roku poprawy gospodarczej bym się nie spodziewał.


Wiesiek, trafione w dziesiątkę. Żadne czary mary. I uwaga! To że będzie jeszcze ząbek i jesień średniowiecza zezowaty mówił na Mikołaja. Nowe i odkrywcze jest to, że czas taniego, luźnego pieniądza w przewidywalnym horyzoncie się skończył. To oznacza mizerny wzrost, poniżej potencjału, a w konsekwencji - niższe zyski. Ile? O połowę, zatem według wycen P/E trzeba przeskalować wykresy o połowę w dół. To zaś oznacza, że poziom 33k na WIG w roku 2010 realnie odpowiada szczytowi hossy. Czy zatem w tym ruchu WIG przeskoczy 30k? Zezowaty szczerze raczy wątpić. Patrząc dalej radzi nawet aktualizować kalendarze średniowiecza. Grunwald pękł, będziemy wspominać czasy początków chrześcijaństwa, po obu stronach łączącego sojuszników oceanu.

Tu odrobinę prywaty. Wiesiek zaimponował zezowatemu. Kiedyś nie darzył go zbytnim szacunkiem, uważał za trochę nadętego. Ale dzisiejsza wypowiedź zmienia proporcje. Na 18 urodziny GPW jej tatuś dał piękny artykuł. Słowa wyważone i bez lukru, bez ściemy, tyle ile można wiedzieć na pewno. Słuchajcie Wieśka, to klasa, Ludwiczek przy nim jeszcze dłuuuugo nie stanie.

Tak przy okazji zezowatemu się rzucił w uszy hurraoptymizm, wszyscy widzą hosannę, zapinają pasy do jazdy na karuzeli... a tu coraz ciężej pod górkę. Nie pękajcie. Za wodą mimo regularnego powtarzania godziny cudów ciągle nie chce się INDU oderwać od 8k. Owszem, podprowadzają go, tworzą scenariusze pozytywnych kaskad informacji. I co? I nic. Żre troszeczkę i zdycha. Obroty wymarzają. Nie tak wygląda zdrowy pacjent. Ale i nie tak wygląda zdrowa gospodarka. Owszem, jest mnóstwo pieniądza w obiegu, ale ten pieniądz nie służy produkcji, tylko czesaniu frajerów.

Deflacja właśnie w marcu zawitała do Polski. Tak. Spadek cen. Dopóki nie będzie trwałego fundamentu, czyli popytu ciągnącego rynek, czyli konia przed wozem, to wszystko mrzonki. Bajdurzenie o hossie zezowaty uważa za szkodliwe mydlenie na zamówienie. Przykro, jeśli kogoś obrażam. Nie ma hossy bez zdrowego podłoża. A co to za podłoże - gorący dolar wyrwany w dodatku z kieszeni podatnika na chama? W deflacyjnym środowisku akcje nie mogą drożeć. Tak stoi w podręczniku i taka jest ekonomiczna prawda. Kto twierdzi inaczej jest lanserem i blagierem, a nie koniaku koneserem ;) Wierzcie lepiej Wieśkowi.

Teraz czas na Vincenta. Otóż po wielu zapieraniach i zaprzeczeniach Vincent stanął na progu zezoLandu. Przyznał bowiem, że recesja w Polsce nie jest wykluczona. Dokładnie powiedział delikatniej, że recesja nie jest nieunikniona, taka zgrabna figura erystyczna, ale na jedno wychodzi, jeszcze wczoraj niemal swoją matkę zastawiał, że jest wykluczona. Sprawdźcie notatki. Zezowaty mówi o recesji od początku roku. Vincent przyznał, że jest prawdopodobna (ale nie nieunikniona, ale jaja) dopiero 15.04.2009. Do tego czasu była niemożliwa, wykluczona, czcze gadanie, sianie defetyzmu... Brawo Vincent, nawet Oxfordczycy dziś dorastają. Zarobiłeś zezowate pół punktu.

Minister zapytany, czy Polsce grozi recesja, odpowiedział: "Grozi, ale nie jest ona nieunikniona".

Dodał, że resort dysponuje różnymi scenariuszami wydarzeń i jest przygotowany na każdą okazję. Wyraził też nadzieję, że najgorsze scenariusze się nie zrealizują.

Szef resortu finansów podtrzymał założenia dotyczące deficytu na koniec 2009 roku.

"Myślę, że się zbilansuje. (...) W całym roku (2009 - PAP) przewidujemy taki sam deficyt, jaki był przewidziany w budżecie. Myślę, że mamy tutaj jasną ścieżkę przejścia przez kryzys (...)" - powiedział.

Wyjaśnił, że relatywny wzrost deficytu budżetowego w stosunku do wykonania z poprzednich lat był wynikiem przesunięcia pewnych płatności.

Bezrobocie będzie rosnąć, ale nie powinno osiągnąć poziomu z początku wieku - powiedział minister.

Zapytany, czy bezrobocie może osiągnąć poziom 18 proc., powiedział: "Mimo, iż bezrobocie będzie rosło w nieunikniony sposób, to mam nadzieję, że nie osiągnie poziomu z początku lat 2000".

Dodał, że wszystkie prognozy przewidują, iż Polska będzie najmniej dotknięta obecnym kryzysem, a przyjęcie kraju do tzw. "Klubu Platynowego" zwiększy stabilność i bezpieczeństwo także finansów publicznych.

"To, co MFW zrobiło przyjmując nas do Klubu Platynowego (...) to nam bardzo ułatwi unikanie dziury (budżetowej - PAP), bo większa stabilność i gwarantuje więcej pieniędzy(...)" - powiedział Rostowski.

Minister podkreślił też, że otworzenie linii kredytowej z MFW nie jest formą pomocy dla budżetu.

"To nie są pieniądze dla budżetu, to są pieniądze, do których będzie mógł sięgnąć NBP, żeby obronić złotego przed atakami spekulacyjnymi" - powiedział.
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 24 marca 2009

Tusku i Rostowski: same sukcesy

Kozakiewicz Sądząc z relacji zainteresowanych, premier i minister finansów odnieśli druzgocące sukcesy na kryzysowym szczycie w Brukseli. Sprawdźmy.
© zezorro'10 dodajdo.com

muut