poniedziałek, 5 października 2015
piątek, 15 stycznia 2010
Terroryzm stary jak świat
Sołtys przy szklance bimbru wspomniał, że każdy terror poprzedza dyktaturę. Teraz też jest tak samo. Rzeczywistość pokazuje nam co rusz dowody, że największym terrorystą jest władza. Nawet udało mi się namierzyć elaborat w tej sprawie. Sprawa terroryzmu ciągnie się od zamierzchłej przeszłości. Kiedyś Rzymianie zostali oszukani, i zamiast republiki dostali cesarzy, z których większość miała wiekszego lub mniejszego świra. Dobrym przykładem działania państwowego terroryzmu w czasach starożytnych było działanie Cicero. Znany literat i polityk w celu pokazania Rzymianom jak niebezpieczne stało się ich miasto, opłacił zbirów aby wywołali zamieszki, a potem zorganizował kampanię zbudowaną na obietnicy zakończenia zamieszek, pod warunkiem, że zostanie wybrany i otrzyma nadzwyczajne uprawnienia. 9/11 i nadzwyczajne uprawnienia, brzmi znajomo, nieprawdaż?-)
W czasach nam bliższych, mistrzem terroryzmu był malarz austriacki - Hitler, z którego doświadczenia garściami czerpią współcześni. Wybrany na kanclerza Niemiec, szybko zorganizował brązowe koszule, które za przykładem rzymskich protoplastów, organizowali bójki, podkładali ogień, a Hitler przemawiał i obiecywał z tym skończyć, jeżeli, ach co za zaskoczenie,-) otrzyma nadzwyczajne uprawnienia;-). Faszyście nie mieli wtedy Beoingów, więc Reichstag podpalono tradycyjnymi metodami. Niemcy w zamian za republikę otrzymali ein Reich, ein Fuhrer, ein Euro, tfu, na to ostatnie trzeba było poczekać nieco ponad 50 lat.
W USA imć Roosevelt nie mógł sobie poradzić z chorobą toczącą gospodarkę od czasu Wielkiego Kryzysu i potrzebował wojny, a tu jak na złość, pomimo kilku prowokacji na Atlantyku, ani Niemcy nie wydały Ameryce wojny, ani Amerykanie, ciągle pogrążeni w kłopotach ekonomicznych, nie chcieli wojny. Roosevelt starał sie jak mógł dołaczyć do wojny, zachęcany przez bankierów, pogwałcił nawet neutralność USA poprzez dostawy sprzętu wojskowego dla Anglii, a nawet rozkazał zatapianie niemieckich statków na Atlantyku, ale wojnę dało sie wywołać dopiero, kiedy zaczęto zagrażać interesom Japonii.
Czasy współczesne i napad USA oraz ich polskich sojuszników na Irak, o którym już wiadomo, że był bezpodstawnym aktem agresji, nie usprawiedliwionym ani rezolucjami ONZ, ani pogłoskami o broni masowego rażenia. Bush chciał wojny, bankierzy i korporacje chciały wojny, i chciały ropy z Iraku, leżącego na około 1/3 rezerw w tamtym regionie. Potem było Kosowo, i media uporczywie głoszące historie o ludobójstwie i okrucieństwach, których nie było, a wybielające kosowską mafię, która teraz stała się tam oficjalną władzą. Zupełnie, jakby wyzwolic spod okupacji Włoch Sycylię, a premierem obwołać capo di tutti;-) Wśród serdecznych przyjaciół wilki Serbów zjadły.
No i teraz można zastanawiać się, czy terroryzm w USA to rodzima produkcja, czy też import z zewnątrz, aby Amerykanie uwierzyli, że nie mają innego wyboru jak tylko zrezygnować z republiki i wiwatować na cześć Obamy, tfu nowego Furhera;-) Poprzez kryzys ograbi się najpierw społeczeństwo z dostatku, a potem zda na łaske rządowych kartek żywnościowych. Jeszcze tylko, jak stwierdza Katian Michael, trzeba spowodować aby mikrochipowanie stało się w końcu obowiązkowe w kontekście identyfikacji oraz jako elementu systemu bezpieczeństwa narodowego i mamy faszyzm pełną gębą. Najczarniejszy scenariusz rozwoju technologii doprowadzi do całkowitej utraty praw człowieka. Spodziewając się takiej możliwości już sześć stanów USA, w tym Wisconsin i Północna Dakota wprowadziły zakaz przymusowego implantowania chipów.
- Znaczy się jest światełko w tunelu - zadumał sie Sołtys - Jakoś nie chciałbym zamieniać obecnej wolności na faszystowski bat nad głową. Temu, co dostaje cięgi jest obojetne, czy knut jest chiński, amerykański, czy też (pan)europejski.-
Wtedy do gabinetu wpadł blady Muller i ogłosił, że Wielka Brytania zwyciężyła, bo McKinsey ogłosił, iż poziom brytyjskiego długu publicznego i prywatnego na koniec 2009 roku sięgnął 450% PKB! - Jeszcze jedno takie zwyciestwo i wyspa zostanie zatopiona - pomyślał Brunner.
czwartek, 31 grudnia 2009
No dobra! Jaka pogoda?
Po tych zamieszaniach i świątecznych dowodach prawdziwie humanistycznego zrozumienia, pokory i pokoju wewnętrznego, który jest - jak wiadomo Kołakowskiemu od profesury oraz każdemu robotnikowi od zawsze - testem na wiarę we własne przekonania, możemy przejść do prognozy pogody. Pewnie że jesteście ciekawi, kto by nie był. Nie nazwiemy tego prognozą na 2010 nie tyle przez skromność, co przez przekorę, bo ludziom wykształconym w czymkolwiek, choćby w warzywniaku na osiedlu, wiadomo od zawsze, że wszystkie tzw. scenariusze, plany i projekcje są jedynie mniej lub bardziej usystematyzowną próbą ogarnięcia chaosu.
Ktoś twierdzący że zna przyszłość jest idiotą. Nie szaleńcem, zapaleńcem ani nawiedzonym. Jest idiotą z fundamentalnej definicji przyszłości, która polega na pojęciu czasu. O ile sam czas, choć jest fundamentem całej fizyki, nie jest zdefiniowany - tu ukłon w stronę "święta" nowego roku - wszyscy ludzie, niezależnie od epoki, rasy i kultury, niezmiennie od zarania dziejów przyjmują za naturalny aksjomat czasu oraz jego jednowektorowego przebiegu. Czas istnieje, ponieważ jest konieczny do istnienia, kropka. Czas biegnie zawsze w jednym kierunku. Druga kropka. To nie jest mój wymysł, tylko fundament nowoczesnej nauki. Co to jest czas, dlaczego biegnie, czemu tylko w jedną stronę, nie wiadomo. Wierzymy że istnieje i powszechnie uznajemy to za oczywiste, tak dalece iż człowiek poddający w wątpliwość istnienie czasu byłby uznany za idiotę.
Czas po prostu jest. Nie pyta nikogo o zgodę, a wszystkie "naukowe" teorie, począwszy od Einsteina przymiarek do jednolitej teorii oddziaływań, przez kwantową, hiperprzestrzenie Minkowskiego i teorię superstrun, czas pozostaje niezbadanym aksjomatem. Istnieją silne przesłanki po temu, że jest ziarnisty jak papier ścierny, kwantowy, zatem "płynie w kawałkach", jednak nic nie istnieje bez niego, ba - nawet nie jest do pomyślenia. Nie można odwrócić biegu wypadków, choć równania falowe są symetryczne, cząstki elementarne doskonale do siebie pasują, tak jakby odbicia w lustrze... Jakby to co robisz, cofało się za lustrem w nieskończoność...
Czas, mimo iż jest fundamentalną jednostką fizyki, nie ma ani dowodu, ani innego fundamentu. Po prostu jest i ten aksjomat przyjęli wszyscy nobliści z pokorą, z braku czegoś lepszego. Jednak skoro czas już jest, jakkolwiek nieuprawniony i niedefiniowalny, przyjmowany w tej "nowoczesnej nauce" na wiarę, a priori, to znaczy że przyszłość jest nieznana, mój drogi Watsonie. Właśnie z arbitralnej, zdroworozsądkowej definicji czasu, który płynie. Jutro będzie jutro, a jeśliby było znane dziś, nie byłoby jutrem. Kto tego nie rozumie, jest idiotą, spytaj w warzywniaku. Twoja wiedza oraz intuicja dziecka są dokładnie tyle samo warte w tym punkcie. Sprawdź, pouczające doświadczenie. Spytaj, kiedy coś się stało, postaraj się wyobrazić, że było na odwrót, albo od końca do początku.
Tak oto doszliśmy do próby krótkiego oglądu przyszłości z właściwej perspektywy, a mianowicie nowoczesnego człowieka, którego nauka, cały jej fundament, jest jedną wielką zagadką. Nic na pewno nie wiadomo, z "naukową pewnością", nawet obowiązujące teorie są li tylko kiepskimi teoryjkami z braku czegoś lepszego, oparte na przeczuciu i kilku aksjomatach, które wcale nie muszą być prawdziwe, bo definicję prawdy logicy dawno temu wymienili na miedziaki, za które poszli z dziwkami na wino.
To co wiadomo na pewno, to że nic nie wiadomo na pewno. To jest definicja naukowa i logicznie ścisła wieku oświecenia.
Miało być o pogodzie, a nie filozofie o czasie, ktoś wytknie. Znowu błąd analityczny. Język jest zwierciadłem myśli, a w kilku językach słowiańskich z naszej grupy słowo "pogoda" kojarzy się z czasem, na przykład předpověď počasí. Prognozowanie i pogoda mają wspólne korzenie z czasem... Warto się nad tym głębiej zastanowić w święto pomiaru czasu. Jaka zatem będzie pogoda, jaki będzie czas?
W tym nastroju niepewności z prognozą pogody na przyszły rok zbiegł się remanent inflacja-deflacja, czekający od dłuższego czasu w postaci obrazków. Przejrzyjmy je.
Peak credit

Jak dyskutowałem tu wcześniej, świat pod wodzą amerykańskich banków, wiedzionych dekadą taniego pieniądza Grynszpana osiągnął szczyt kredytu. Tak jak podlewanie gór przez dwa tygodnie kończy się powodzią, tak i nasycanie gospodarki kredytem kończy się deflacją. Na początku deszcz pada, trawa rośnie, odżywają lasy. Powoli woda przenika ściółkę, glebę, jest związana między korzeniami krzaków i zaczyna przepełniać kałuże... To czas ekspansji kredytowej. Budujemy nowe drogi, mosty, samochody, mieszkania. Nasączamy gospodarkę. Ten etap minął w latach 2007-08.
Po pewnym czasie wszystko jest tak przemoczone, że nadmiar wody już nie wsiąka zupełnie. Spływa bezwładnie po zboczach. Dodawanie kredytu do systemu nie zwiększa jego wydajności. Tak jak w przypadku rekapitalizacji bankowych bankrutów - mimo wpompowania w nie miliardów i wręcz bilionów, ilość pieniądza w obiegu M2 się skurczyła. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Benek drukuje, pieniądza na rynku ubywa, coś go podstępnie anihiluje. To czas, kiedy woda zaczyna przelewać się przez brzegi kałuż. Jesteśmy właśnie w tym momencie.
Tylko że czeka nas dalszy ciąg wypadków. Długotrwały deszcz obluzował glebę i spoistość gruntu, w dogodnych miejscach strużki wody wyżłobiły już małe koryta zbiorcze, którymi zaczynają płynąć coraz szersze strumienie. Pojedyncze strumyki zaczynają się łączyć w dogodnych miejscach styku w większe prądy.
W najbardziej nieoczekiwanym miejscu, gdzie zbiegną sie przypadkowe i strukturalne słabości, coś pęka, na przykład przewraca się drzewo, z podmytymi korzeniami. Zwalając się na bok odkrywa wielką dziurę która powoli wypełnia się błotem, aby po kilku godzinach przesączyć się przez skarpę i runąć w dół błotną lawiną, przerywając po drodze szosę, budynek szkoły, stację wody i zatrzymać się na ścianie muru oporowego zapory wodnej, która runie z kolei pod naporem gruzu i szlamu, przepełniona po brzegi. Niemożliwe? Bardzo możliwe. Tak rozpętała się pierwsza faza kryzysu. Banki centralne pod wodzą Benka szybko uzupełniły różnicę brakującego kapitału i wszystko pozornie wygląda stabilnie. Jednak pod powierzchnią grunt jest rozmokły i nie ma oparcia, pierwsze większe tąpnięcie grozi dalszą katastrofą. To jakby osunięcie gruntu w odcinkach.
Zwróć uwagę na wykładniczy przebieg krzywej długu. To nie jest parabola, hiperbola, ani inna -ola, to jest czysta żywa wykładnicza, jak z wykładu o procentach, jak z książki wycięta! I jeszcze jedno. Poprzednia wielka hossa, czyli lata '30 oraz następujący po niej krach, wygląda przy bańce millenijnej jak przedszkolak. Czy da się teraz reanimować tę bańkę, pompując jeszcze większą? Wykluczone. Nie ma takiej gospodarki. Zwróć uwagę, że wykres jest przeskalowany do aktualnego pkb w procentach, a nie w dolarach takich albo innych, z inflacją lub bez, z takimi lub innymi ozdóbkami. Wykres pokazuje stosunek bieżącego zadłużenia do bieżącej produkcji i od lat '80. ub wieku, po trzech dekadach miarę stabilnego zadłużenia, odpalił na fali destrukcji imperium sowieckiego i nieustannie pnie się w górę, w postępie wykładniczym. Następna stuletnia bania koniunktury (zwróć uwagę, że małe banieczki pośrednie typu hossa internetowa nie przerwały supercyklu) musiałaby mieć wielkość rzędu 10 pkb Stanów, a to znaczy np. 3 pgb (świata), więc takich przedsięwzięć/projektów nie ma (chyba że będzie zielona rewolucja światowa, kto wie, pierwsze kroki poczyniono). W każdym razie na dzisiejszym rynku obecna recesja jest ostatnia w serii ekspansji w tej konfiguracji świata, z dolarem w roli globalnej waluty, czyli światem Bretton Woods, dalej ten model nie pojedzie. Koniec podróży. Czas zmienić paradygmat. To jest namalowane na tym rysunku. Sztuka to potęga.
Piramida pieniądza kredytowego

Czarodzieje w centralnych bankach mówią, że banki zostały dokapitalizowane, kryzys został powstrzymany i teraz już tylko pod górkę. Zapominają dodać, że na dosłownie garstce kapitału kredytowego pierwszego stopnia (fundament piramidy) zbudowana jest cała góra pochodnych, kolejne warstwy piramidy kredytowej, z ostatnią rzędu kilkuset bilionów do tryliona! Owszem, większość z nich nigdy nie zostanie użyta, jednak biorą udział w obiegu finansowym i są rozliczane w pieniądzu. Dolar na dole piramidy i na górze piramidy co prawda nie ma takiej samej siły, bo bierze udział w transakcjach różnego rodzaju, ale to nadal ta sama jednostka. Jeśli pojawi się transakcja wiążąca te poziomy (upadłość banku, inna katastrofa), dolary z pięter górnych wymienią się z dolarami z dołu!
Kłopot w tym, że ta piramida jest niestabilna, bowiem jej trwanie zależy od nieskończonej ekspansji kredytu. Od chwili osiągnięcia szczytu w 2008 r. piramida znajduje się w mniej lub więcej kontrolowanym upadku. Więcej kapitału znika z górnych pięter, niż może pojawić się na piętrach dolnych z tego powodu, że kredyt na dole się kurczy. Znowu nie z powodu złośliwości bankierów, tylko z powodu likwidacji starych i niechęci do zaciągania nowych pożyczek na dole piramidy.
Bańka nieruchomości

Tani kredyt, jako ratunek na poprzednią recesję (hossa internetowa), napompował bańkę nieruchomości na świecie. Budował każdy, bo przecież domy nigdy nie tanieją (przynajmniej nie pierwszym właścicielom). Bańka nieruchomości dotarła nawet nad Wisłę i - o dziwo - spowodowała odwrót cen. Mimo nienasyconego rynku i lokalnej waluty Polska jest zaprzęgnięta do globalnego cyklu kredytowego. W Irlandii na przykład w szczycie hossy wskaźnik własności do wynajmu wynosił aż 2,62! Mieszkanie było dwa i pół raza droższe w wynajmie. Na tym tle Stany były i tak stosunkowo powściągliwe, ze szczytem na poziomie 1,70. Niemcy ze swoją weimarską nieufością kredytową przez ten czas spokojnie oscylowali w okolicach jedności, gdzie porównywalny dom można kupić i wynająć na podobnych warunkach. Warto zwróćić uwagę na moment załamania bańki - rok 2006. Jeśli ktokolwiek dziś mówi, że kryzys finansowy, rozpoczęty kredytem nieruchomości, był zaskoczeniem, to najwyraźniej liczy na twoją daleko posuniętą naiwność.
Majątek gospodarstw domowych USA

W oku cyklonu jest dzisiaj podstawa piramidy, czyli amerykański konsument, ten który był motorem wzrostu gospodarczego świata prze ostatnie ćwierćwiecze. To on kupował chińskie ciuchy i elektronikę, japońskie samochody i finansował kosztowne wojenki Busha. Ostatni rzut kredytowy to bańka nieruchomości, która pociągnęła rozpaczliwe zadłużenie do poziomu 375% PKB! Więcej kredytu gospodarka nie weźmie. Więcej wody w glebę nie wsiąknie. Więcej ciężaru koń nie pociągnie, więcej domów, samochodów, motorówek i wszystkiego innego amerykanin na dogodne raty nie kupi, choćby nawet miał ochotę. Niestety ochoty nie ma, bo koniunktura rzecz stadna i Kowalski więcej u Wiśniewskiego nie zarobi, niż Wiśniewski u Malinowskiego, chyba że pożyczy... Ano nie pożyczy, bo po co, jak Wiśniewski zwalnia.
Spójrz uważnie na rysunek. O ile ćwierć wieku temu poziom długu i zamożności gospodarstw domowych był zbliżony (choć zawsze dług był większy od majątku - to ważne!), to dziś dług Amerykanów dwukrotnie przewyższa majątek! Z funkcją wykładniczą i procentem składanym jeszcze nikt nie wygrał. Co z tego, że procent jest bardzo niski. O ile jest dodatni, choćby tylko odrobinę, pani z matematyki mówi, że funkcja jest rozbieżna do nieskończoności. Tak. To tylko kwestia czasu, aż procenty przewyższą kapitał i pochłoną wszystko. Cierpliwość jest domeną królów.
Amerykański konsument skapitulował przy poziomie długu 375% pkb i przestał ciągnąć wóz z odsetkami, bowiem ten jest zbyt ciężki. Skoro przestał ciągnąć, wóz się osuwa, piramida się kruszy, następuje deflacja. Jones spłacił/zredukował część długu, ale popatrz że dziesięciokrotnie więcej utracił swojego majątku! Czy w tej sytuacji może rzucić się w huraganowym akcie optymizmu po dalsze kredyty? Wykluczone. Obrazek mówi o totalnej, generacyjnej klęsce. Obecne pokolenie jest zaprogramowane na oszczędzanie, niskie zadłużanie, zrównoważony tryb życia. O ile Benjamin zrekapitalizował banki kwotą rzędu 1,5 bln dolarów, Jones stracił na kryzysie niespełna połowę swego majątku i jest bankrutem. Ma zobowiązania dwukrotnie przewyższające aktywa i nawet Benjamin mu tych brakujących sześciu bilionów długu (połowa pkb) nie wyczaruje. Ktoś powie - jak to, przecież Benek może wszystko. Owszem, może wszystko powiedzieć, czego ty zechcesz na klęczniku posłuchać. Jednak zdaniem handlarza pietruszką Benek nie może od Johnsona pożyczyć 6,30 bln (oczywiście z procentem), aby poratować splajtowanego Jonesa na kwotę 6,00 bln (bez procentu, zapomoga), bowiem musiałby na ten cel opodatkować obywateli Jonesa i Johnsona na kwotę 8,00 bln (biurokracja kosztuje), którzy roboty nie mają. Jedyne co może zrobić Benek to czarować do czasu, aż lawina nie ruszy i oto cała jego tajemnica czarowania. W międzyczasie co roku, jak okiem sięgnąć po dwa biliony nowego długu federalnego (1/8 pkb)!
Minister Rostowski to przy opalonym prezydencie jest skrajny pesymista i tradycjonalista. Ma rację, że na tym tle Polska będzie miała jeden z najniższych wskaźników długu w EU! Te buńczuczne hasła są niestety prawdziwe. Przepraszam zatem za krytykę ministra w starym roku. Obiecuję się poprawić w nowym. Rostowski-Skrzypek są o niebo lepsi od egzotycznego tercetu Obama-Bernanke-Geithner i to nie z powodów etnicznych. Niestety tylko w porównaniu do tego egzotyzmu (choć i mogło być gorzej, np. Zimbabwe) i do czasu, aż złotówka nie zostanie wciagnięta do kołchozu, bo wtenczas to będzie rządziła Angela i pan Weber. No ale cóż. Bądźmy sprawiedliwi. Realne ryzyko recesji (3R)- głównie za sprawą dobrego odbicia w Europie (albo braku załamania euro pod ciężarem peryferiów, co w końcu zostało zdetonowane przed świętami - tak tak, zdetonowane i to an chama przez Moody's), nie zmaterializowało się. Dzięki niech bedą za to wszystkim zasłużonym. Skromnie zauważmy, że nie było to zasługą aktywności Vincenta, lecz jej ostentacyjnym brakiem, albo pomimo, jak kto woli. Nie było też zasługą komentatorów, ani za ani przeciw Vicentowi. Było zasługą zapobiegliwych, przedsiębiorczych, pomysłowych i złośliwych Polaków, mających wszystkich w tyle i pragnących żyć jak ludzie. Zasługą Vincenta jest bezprzecznie to, że im tego skutecznie nie uniemożliwił. Trzeba też uwzględnić, że o ile wysoki poziom zadłużenia Niemiec nie jest wielki problemem, bowiem mają duży poziom zamożności zakumulowanej, o tyle poziom zadłużenia państwa na dorobku może w pewnych warunkach jego rozwój zatrzymać na barierze kapitałowej. Warto mieć to na względzie, zwłaszcza gdy pożycza się na cele socjalne, a nie inwestycje generujące wzrost dobrobytu. Wszystko to piszę bez żadnej ironii wobec Vincenta, bo niedawno wspominałem tu pewnego okularnika, który całemu pokoleniu zafundował wojnę, z wyżem demograficznym i kryzysem gospodarczym w tle, więc na tym tle lepszy jest namiestnik londyński, niż moskiewski. Jak wiemy potem było zwycięstwo i wszystko się potoczyło... Jednak rzut oka na pierwszy wykres uświadamia, że tak już miało być, Watsonie. Krzywa wykładnicza ma swoje prawa, by tak rzec przełamuje granice wzrostu.
SP500 na tle innych recesji

Na razie wielki kryzys II (a nie miej złudzeń, że to nie jest zwykła recesja) wygląda jakby skutecznie udało się napompować pęknięty balon. Wykres SP zaczyna przebiegać zgodnie z optymistyczną recesją surowcową z lat '70 - szok naftowy. Od spadku wielkiej recesji lat '20 jest bezpiecznie daleko, pozornie. Dlaczego pozornie? Bowiem co prawda kursy giełdowe mają się świetnie, ale w gospodarce realnie nic nie zostało podniesione, wszystkie systemowe słabości zostały zamurowane, bezrobocie rośnie (nie ma nadziei na spadek), kryzys w nieruchomościach prywatnych przez podatkowe wsparcie Fannie, Freddy et al. jedynie odwleczony w czasie, a nieruchomości komercyjne to jedna wielka bomba na lata 2010-12. Ten kryzys to nie jest zwykła recesja, to - jak pokazano na obrazkach wyżej - recesja bilansowa -
gdzie brakuje kapitałów liczonych nie w setki mld, ale w bilionach dolarów, czyli krotności pkb USA. Takich kapitałów nie stworzy Benek z Tymonem, nawet gdyby ich było trzydziestu trzech zamiast dwóch, a naprawdę ani jednego. Nawet Benek nie stworzy coś z niczego, na załatanie tego, czego nie ma, a wszyscy mają zapisane, że jest...
Oto tajemnica deflacji, czyli bilionów znikających w fazie destrukcji kredytu na wyższych poziomach piramidy. Pamiętaj - to że piętra się nie stykają dziś, nic nie znaczy. Jeśli się zetkną, a w końcu muszą, dolary z wyższych pięter wymienią się z dolarami na piętrach niższych. Przecież są nierozróżnialne, to jedynie zapisy na elektronicznym koncie...
Skoro już wiesz, na czym polega tajemnica deflacji, czyli o tajemnym łataniu dziur na twój koszt (albo inaczej jak kupiliśmy świat za długi), czas na dyskusyjną prognozę z Yogosem.
Przyczyną i siłą sprawczą obecnego kryzysu jest pęknięta piramida długu i to w analizie długu należy szukać rozwoju wypadków. Kapitał brakujący w bankach został uzupełniony pożyczkami z podatków, czyli prywatny lewar zostaje zastąpiony lewarem państwowym. Pożyczkodawcą jest teraz pozornie państwo, aczkolwiek to oczywiste złudzenie, bo kapitał na ratowanie banków jest wzięty z kieszeni podatników, czyli pożyczony od banków pod zastaw przyszłych dochodów podatkowych państwa. W ten sposób państwo oddaje w niewolę -pośrednio - obywateli, poprzez zastawienie ich przyszłych dochodów. Te dochody dyskontowane w postaci obligacji, więc właśnie obligacje są motorem i podłożem całego zamieszania.
Bernanke niczego bardziej się nie boi, niż podniesienia oprocentowania 10UST powyżej 5,5% bowiem taki poziom oceniam na próg bezpieczeństwa spirali zadłużenia. Co prawda Morgan Stanley uważa, iż już w przyszłym roku osiągną one ten poziom, co znaczyłoby w 2010 spiralę niewypłacalności USA i ostateczny upadek dolara, ale zezowaty byłby tu sceptykiem. 2010 może skończyć się zeszmaceniem dolara, ale wcale nie musi. Bilionowa góra długów nie przewala się z piątku na sobotę, do czasu, aż nie zajdzie jakieś zdarzenie - wyzwalacz, które powoduje wybuch. Wtedy jedno popołudnie to może być koniec elektronicznego handlu w dolarze.
Obligacje wskazywały już od pół roku (ponad) odmienny kierunek od giełdy. Pytanie nie jest czy, ale kiedy to rozdwojenie się skończy. Bite pół roku obligacje uporczywie wskazywały na konieczność podniesienia rentowności, a to wcale się nie spełniło. Co więcej, był to w sprzeczności z kierunkiem giełdy. Jeśli obligacje spadną, to giełda nie może rosnąc, a jednak rosła. Dla mnie rzeczą oczywistą jest, że - po pierwsze - rentowność obligacji musi wzrosnąć do ok. 7% (a pewnie wyżej) oraz wskazałem nawet poziom kyzysowy (generujący zwałkę na giełdach) oraz - po drugie - wzrost oprocentowania nie bierze się z "oczekiwań inflacyjnych" (które nb. są humbugiem pojęciowym, nie ma czegoś takiego immanetnie, to jedynie skwantyfikowana miara pewnej dynamiki, nic nie mówiąca o jej przyczynach, stąd jest to koncepcja oszukańcza), ale ze wzrostu premii za ryzyko bo Obama-stan idzie w kierunku Zimbabwe, po uchwaleniu Medi security jest to pewne. Pytanie kluczowe tylko kiedy. Rozdwojenie jaźni może trwać miesiącami, ale kiedyś się kończy. W tzw. międzyczasie - korzystając z pieniędzy Benjamina wielcy gracze, w tym m.in. Pimco, zarobili grube miliardy, grając na chwilowe wzmocnienie obligacji.
Ostatnio zauważono wyraźną niechęć do obligacji, zarówno na długim końcu, jak i na dole. Obligacje dwuletnie sprzedały się z rekordowo niskim pokryciem (ok. 2,5) przy poprzednio notowanym 3,5. Co więcej, wyraźnie wzrosło oprocentowanie, także na dole. W bilansie też dzieja się dziwne rzeczy. Ponad pół biliona w obligacjach 2009 r. kupili niezydentyfikowani nabywcy indywidualni, zwani myląco "households", choć może to być każdy, od anonimowego hedge-fund po kucharkę z rachunkiem maklerskim. Według wieści gminnej jest to grupa sześciu dużych funduszy działających na zlecenie Bena, czyli de facto kupujący obligacje Tymona dla Bena w tzw. trójkącie.
Na dziś próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy obecny ruch na obligacjach to już jest ten ruch, czy nie, bo że jest on kontynuacją ruchu z jesieni - użyłem frazy "pociąg ruszył" - jest także oczywiste. Pociąg raz ruszony jedzie, pytanie czy teraz przyspieszy. Nie jest wcale powiedziane że tak stać się musi, nie znamy wszystkich książek Bena. Według mojej oceny połowa papieru Tymona jest wydrukowana przez Benka. Pewną wskazówką jest fakt, że ruszyły obligacje na dole które były do tej pory przywiązane mocno do zera. Krzywa jest coraz bardziej stroma i napięta i musi chlasnąć. Benito zapowiada interwencję na górze (korzystając z taniego pieniądza na dole, chce zaczarować pieniądz na górze) i tymi zapowiedziami przyczynił się do wzrostu oczekiwania na wyższe stopy. Rozumowanie Benjamina jest następujące. Mamy tani pieniądz na dole (krótkie terminy), który możemy drukować do woli i mamy na niego nabywców. Nikt nie chce kupować papierów długich, poza tym mają wysokie oprocentowanie (aczkolwiek i tak o połowę niższą od racjonalnego). W związku z tym zaczniemy restrukturyzować obligacje, wymieniając drogie krótkie (0%) na tanie długie (3,75%), czym obniżymy oprocentowanie długich oraz jednocześnie wydłużymy sobie strukturę długów federalnych (wydłużymy średnią zapadalność). Klienci będą przecież szczęśliwi, kiedy zarobią na bondach zamiast 0,10% - 3,0% rocznie! Dwie pieczenie przy jednym ogniu, człowiek roku i Nobel w kieszeni. Według zezowatego trzeba rzeczywiście być monetarystą, żeby w taką brednię uwierzyć. Jeśliby tak było, to nie tylko by oprocentowanie krótkich spadło na taką wiadomość (a wzrosło), ale jeszcze by w panice spadło na długich (a też wzrosło).
Dolar w oczekiwaniu na wyższe stopy natychmiast poszybował (pisałem w analizie po raporcie o bezrobociu) i został (pewnie świadomie) umocniony serią danych o padaczce na obrzeżach eurolandu. W kraju ślepych zezowaty jest królem! Ale niestety kwity Tymona będą dawać większy dochód, zwłaszcza że jest ich coraz więcej. Mało tego. Zaczyna się ujawniać ogrom niechęci prawdziwych nabywców, czyli zakres dziury manipulacji, gdzie w miejscu rzekomych fantomatycznych klientów jest po prostu klon Benka. Połowę obligacji rządu USA nabywa bank centralny! To jest drukowanie pustego pieniądza w czystej postaci, czyli nie eufemistyczne "quantitative easing", ale ordynarna monetyzacja długów państwa, czyli drukowanie kasy. Świadomość tego może spowodować radykalne podniesienie premii za szmaconego pokątnie przez Bena lollara i ryzyko załamania dolara rośnie lawinowo. Tytuł człowieka roku Time może być - jak często dotąd - tzw. pocałunkiem śmierci, bo że moment krachu czarodzieja Bena nadchodzi wielkimi krokami, czuję nie tylko ja, przeczuwa to wielu. Benek będzie grabarzem lollara, bo nawet w mojej najbardziej pozytywnej wizji ta waluta nie wytrzyma do końca jego kadencji, nie ma takiej szansy w kalendarzu.
El-Erian z Pimco jest właśnie tego zdania. Długi koniec obligacji nie da się Benowi zaczarować, bo to byłoby wbrew naturze. Jedynym kupcem długich obligacji będzie Ben. Pisałem o tym wcześniej, Pimco potwierdza to w grudniu. Wyszli z obligacji skarbowych na setki mld i wchodzą w obligacje korporacyjne (a więc akcje muszą upaść). Być może byli w akcjach. Co prawda Pimco dął dotychczs w swoje trąby, należy też do PPT, ale logika jest nieodparta. El-Erian brzmi tak, jak trębacz na zamku oddziału trąbiący na odwrót. Chłopaki, koniec hossy na giełdzie. Od nowego roku do Nowego Yorku obligacje w dół, akcje w dół, dolar w górę.
Co dalej? Jeśli ruch przyspieszający jest dość silny (a świadomość dość powszechna) nie pomoże nawet awaryjne czarowanie biliona households. Po prostu oprocentowanie wzrośnie, a Benek podąży pokornie za rynkiem, tak jak do tej pory było zawsze. Jeśli to ten moment przyspieszenia, to lolar po new year przedłuży swoje odbicie, przygniecie giełdę, a wtedy zacznie się wtórne short-squeeze na dolarze, jeszcze potęgujące załamkę i będzie drugie dno. Jeśli to nie jest moment przyspieszenia, impuls na lolarze powoli wygaśnie w ruchu horyzontalno-opadającym, a giełda może kontynuować swoje chore meltup na komputerach wyżej. Wersja pośrednia to ruch horyzontalny na giełdzie, lolar opadający. Jak myślisz, który wariant wybieram?
Wybieram wariant lekkiego short-squeeze na dolarze i nurkowanie giełdy. Być może nie jest to w planach, ale z drugiej strony giełda na pewno nie ma wewnętrznej siły do wspinaczki w górę. Nie widać przekonującego końca recesji i spadku bezrobocia na horyzoncie. W najlepszym wypadku można giełdy utrzymać na tych poziomach, tylko pytanie: po co. Sprawa rosnącego apetytu pożyczkowego Wuja Sama jest bardziej paląca, a obligacje w końcu muszą dać większą premię, czekały na to już dość długo. Zresztą do tej pory ten rynek, jako fundamentalny, i największy - Sam jest i pozostanie największym gorylem w zagrodzie - zawsze miał rację. Od niego zależą dalsze przepływy kapitałów i od niego w końcu zależy, co i jak będzie podpisywał Tymon, a drukował Benek, bo to Benek ogłasza stopy, ale dyktuje je rynek.
To największa tajemnica monetarystów. Oni podają stopy podążające za rynkiem, dlatego, że po prostu nie potrafią rynkowi kazać ustalić stóp na obligacjach. Owszem, mogą kombinować grę w trzy karty, zastraszanie, przemówienia, komunikaty, ale stopy ustala rynek i idzie on już w biliony. Benjamin nic rynkowi nie może kazać, może ustawić stopy w wannie. Jeśli natomiast ustali stopy procentowe wbrew rynkowi, to albo nie sprzeda obligacji, albo wtrymiga banki komercyjne mu wyssą całe rezerwy. Oto tajemnica wielkiego czarodzieja od ogłaszania "polityki monetarnej". Wystarczyłoby comiesięczne ogłoszenie na stronie FED i po krzyku, zamiast wielkich czarów szamana od siedmiu boleści, który zbankrutował największą gospodarkę planety Ziemia. Taki poziom nieuctwa - w sensie kwot - może rywalizować tylko z kosmosem, aczkolwiek już Einstein zauważył, że z najłatwiej dostępnych nieskończoności powszechna jest głupota. Nie ma granic i jest za darmo w nadmiarze.
Co jest niezaprzeczalne, to redukcja zakupów obligacji dolarowych przez Azję (Chiny wyprzedają rezerwy na swój pakiet stymulacyjny, a Japonia nie ma wzrostu rezerw) oraz Europę (własne puchnące potrzeby pożyczkowe). Pozostaje popyt wewn. (bezrobotny Jones) oraz czary-mary w książkach, ale długo tego pociągnąć nie można. W 2010 trzeba sprzedać obligacji dodatkowo za ok. 2 bln, a realnych dawców kapitału raczej nie widać. Pozostaje liczyć na cud spadku rentowności, który w tej sytuacji się nie może zdarzyć, wręcz przeciwnie, nożyce zaczynają się rozwierać.
Co zatem na krótko? Obligacje powinny pociągnąć dolara z short squeeze, być może będzie testowane o,800. Wtedy w strachu oczywiście druga tura pomocy i drukowanie na całego, jak to mówi Faber jakby jutro nie istniało. Czy to już w styczniu? Niekoniecznie, ale data ładna. Poza tym ten ostateczny rajd przed śmiercią jest niejako obowiązkowy. Pamiętacie odbicie na 0,6660. Było oczekiwane i zdarzyło się precyzyjnie, oczywiście z pięknym przekonującym zawijasem na dziękczynienie, kiedy już wszystko było pięknie... Mnie nawet nabrali, przekonująco, że to wygląda na skutecznie przebicie. I przyszedł prezent z Dubaju, zaraz potem Moody w Grecji, Hiszpania i reszta. Zbyt piękny moment, żeby go zmarnować, ale nic nie stoi w gazetach.
Co dalej z lollarem? Po odrobieniu tego ostatniego lotu, jak dojdzie do "fazy druku", przebicie powrotne 0,660 nie będzie żadnym problemem, ani - podejrzewam - 0,6250. Moim docelowym poziomem jest 0,500. Tak sobie myślę, że to okrągła liczba i da się utrzymać. Pytanie w jakim terminie. To zależy od dynamiki na obligacjach w I kw.'10.
Na koniec diagnozy piramidy na Sylwestra 2009 polecam ciekawe obserwacje z artykułu podanego przez Yogosa Debt deflation. Mnie zdziwiły/uderzyły tam dwie rzeczy. Po pierwsze: jak można się tak odkryciem mechanizmu deflacji podniecać, przecież to jest proste. No tak, proste jest, jak rok postudiujesz temat. Ja dochodzę do takiej konkluzji z analizy systemu, jako całości. Keen opisał prostym językiem istotę tej depresji i jej dalszy rozwój, otóż neoklasyk i monetarysta nie rozumie tego, bo najzwyczajniej jego model tego nie przewiduje. Nie ma takiej opcji, nierównowaga. Ich weiss nicht. To dla mnie bardzo ważne spostrzeżenie, bo choć wiem to praktycznie, nikt tego jeszcze tak prosto nie napisał. Monetaryści z banków centralnych nie widzą - przynajmniej w swoich książkach i wystąpieniach - dynamicznej natury tego kryzysu.
Drugie uderzające - rekomendacja naukowej pracy Benka nt. Fishera - omówienie nie jest warte straty czasu. To są dwie superważne informacje, których nigdzie indziej nie ma. Otóż pilot odrzutowca - monetarysta - nie wie, jak zachowuje się on w fazie dynamicznej, gorzej - on zna tylko statyczne prawa Newtona, nie słyszał o równaniach przepływu Bernoulliego (jest coś takiego). Cud polega na tym, że siła nośna skrzydła wynika z dynamicznych przepływów płynów (Bernoulli) i dzięki nim odrzutowiec unosi się w powietrzu, a za sterami siedzi pilot, który twierdzi, że według Archimedesa samolot powinien spaść na ziemię. Samolot leci, Benek odprawia monetarne czary, a czas biegnie, jak opisano na wstępie, do przodu...
Bawcie się fajnie w oczekiwaniu na jeszcze lepszy rok.
Portfel cały wypchany lollarami...
Wszystkim, urzędnikom, bankierom, wyrobnikom i doktorom, a także pacjentom.
czwartek, 26 listopada 2009
Dług publiczny Polski wg Sobieskiego
Instytut Sobieskiego publikuje interesujący wstęp do dyskusji (najedź myszą) o długu publicznym Polski. Warto przeczytać, aby zrozumieć mechanikę, pojęcie długu, jego aspekty makroekonomiczne, demograficzne i socjalne. Nic z tych rzeczy nie jest otwarcie i szczerze dyskutowane, a czarodziejskie sztuki ministra Wzrostowskiego (dyskusja tu) jeszcze zagęszczają wokół sprawy dymy. Niestety bliższy ogląd przekonuje, że nie tylko mamy blisko 100 mld długu wymagalnego (płaconego już dziś) pracowicie poupychane po kątach (oprócz tego, co widać po prawej stronie), ale jeszcze kilka bilionów niezbilansowanych należności przyszłych (unfunded liabilities), czyli zobowiązań, których nie da się uniknąć (prawa nabyte). Owszem, nie są one dziś wymagalne, niemniej są przyszłym nieuchronnym zobowiązaniem. Politycy oraz makroekonomiści, którzy nad tym się dziś nie zastanawiają, są demagogami i oszustami w najlepszym razie, a złodziejami w najgorszym.
Polska ma ok. 400% PKB skumulowanych niezbilansowanych obciążeń finansowych w najbliższych trzydziestu latach. Owszem, jest to prognoza, owszem szczegóły są niedokładne, ale na pewno nie będzie to dużo mniej, więc czas na reakcję właściwie już minął. Aby ten dług spłacić, a on zmaterializuje się na pewno, tak jak śmierć i podatki, tylko te drugie nie wystarczą, więc jest to dług in spe, ale jak najbardziej realny, trzebaby rocznie odkładać 13% pkb! Jest to praktycznie wykluczone, więc chyba czas na poważną rozmowę. Oczywiście pod warunkiem, że nie jest wszystko jedno albo po nas choćby potop.
W obrazie sprawy nic nie zmienia fakt, iż na przykład Stany mają podobny dług na poziomie ok. 500% pkb, czyli większy. One już zmierzają ścieżką anulowania długów i długofalowych niepokojów społecznych, jakbyście nie zauważyli. Destrukcja lolara temu właśnie służy. Dla ułatwienia lektury dodam, że Stany mają korzystną stukturę piramidy społecznej, w odróżnieniu od Polski, po której obecnym wyżu demograficznym jest napawająca przerażeniem, ziejąca pustka. Polska ma najniższą dzietność w Unii. Kto zapracuje na emerytury obecnego wyżu? Jeszcze jedno przypomnienie dla otrzeźwienia. Obecny globalny kryzys finansowy, zapoczątkowany w Stanach, zbiega się dziwnym trafem z początkiem fali emerytów powojennego wyżu, tzw. boomers. Liczne pokolenie wyżu przestaje pracować, na jego miejsce wchodzą mniej liczne młode pokolenia. Obciążenia społeczne z tego tytułu będą coraz wyższe. Coraz więcej trzeba płacić emerytur i opieki medycznej dla schorowanej, coraz bardziej licznej, niemniej coraz bardziej długowiecznej rzeszy obywateli. Zbieg okoliczności? Jak dla kogo. Demografia nie jest przypadkiem i znana jest na dekady do przodu.
poniedziałek, 23 listopada 2009
Bananowanie, czyli gęstość prawdopodobieństwa
Warunki funkcjonowania gospodarki są już inne. Przed kryzysem wszystkim wydawało się, że uchroni ich, skala bananowania;-) w gospodarkach rozwiniętych, ale to tylko doprowadziło do niesamowitego znacznego wzrostu długu publicznego.A tutaj można poczytać tzw optymistyczną aproksymację długu;-)
Dług może być zmniejszony albo poprzez wzrost opodatkowania, albo poprzez podatek inflacyjny. - Myśl, myśl, myśl - pogania mnie Sołtys - ale co tutaj wymyśleć, kiedy król jest nagi. Można jedynie budować scenariusze na bazie zmiksowania aparatem matematycznym trzech zmiennych, zadłużenia państwowego, zadłużenia gospodarstw domowych i firm oraz ceny złota. To oszacowanie pozwala nie tyle przewidzieć co się stanie, ile wyspekulować, który z założonych scenariuszy ma większe prawdopodobieństwo się ziścić. Można by rzec, że prawdopodobieństwo grupy pesymistycznych scenariuszy zagęszcza się lub nieco blednie;-) Czy giełda oderwie się w dół od cen złota? Umowne granice nakreślone przeze mnie są zupełnie subiektywne i mogą być dowolnie przesuwane i modyfikowane, co samej idei nijak nie zmienia.
- kryzys łagodny DJ wyceniany na 3-5oz Au, przy poziomie DJ=10ty$, złoto kosztuje powyżej 5ty$
- kryzys jak w latach 30-tych DJ wyceniany na 0.7-1.5oz Au, przy poziomie DJ=10ty$, złoto kosztuje powyżej 6.5ty$
- ogromny kryzys systemowy DJ wyceniany na 0.1-0.5oz Au, przy poziomie DJ=10ty$, złoto kosztuje powyżej 20ty$
W USA, które nadal mają klucz do normalności, mamy kilka nawzajem sprzecznych tendencji:
- banksterskie pompowanie dolara
- rosnąca, średnio co miesiąc o ok miliona, liczba osób pozbawiana prawa do zasiłku
- spadek poparcia dla Obamy
PS. Wg prognozy Societe Generale i (podobno) oszacowania Goldman Sachs International równowagę pieniężną w USA zapewniła by cena złota na poziomie 6200-6600dolarów za uncję.
czwartek, 19 listopada 2009
Scenariusz długu wg Societe Generale
Moi drodzy spekulanci, w związku z tym że jutro będziecie myśleć o tym, co zwykle w piątki ;) już dziś lektura od zezowatego na weekend. Ja przeczytam. To dokładnie w mój deseń i tak jak lubię.
O peak-credit trochę tu już było. Było też o konsekwencjach globalnie rosnących deficytów (długów). Zezowaty prorokował, że to jest oś definiująca dalszy scenariusz dla świata, mianowicie krytyczna ścieżka długu, który w perspektywie następnych dekad nie da się utrzymać. Podobnego zdania jest wydaje się SocGen, a przynajmniej część personelu. Miło wiedzieć :)
SocGen - Worst Case Debt Scenario
środa, 18 listopada 2009
Migawki straconej (dwóch) dekad

Pęknięta bania nie daje się napompować.
Ceny nieruchomości zjechały do 1/6 wartości szczytowych i po kilkunastu latach wcale nie chcą się podnieść. Bajki o rychłym odbiciu na rynku nieruchomości to właśnie bajki. To procesy na dekady.
Deflacja kredytowa nie oznacza ujemnej inflacji
Kurczenie (destrukcja) kredytu budowlanego nie oznacza bynajmniej szerokiej dysinflacji. Szerokie klasy aktywów - surowce, żywność itp. pozostają w lekkiej inflacji. Co można powiedzieć na pewno, to presja inflacyjna przy destrukcji kredytu budowlanego skutecznie maleje, mniej więcej o połowę i tyle mniej więcej maleje szeroki wskaźnik wzrostu cen. Deflacyjne otoczenie nie oznacza zatem trwałego i powszechnego spadku cen.
Tempo wzrostu gospodarczego spada
Po przekroczeniu szczytu bańki (szczytu kredytowego, peak-credit) wzrost gospodarczy maleje mniej więcej o połowę, ale nadal jest dodatni. Przeczy to tezie, jakoby deflacja zabijała gospodarkę. Owszem, ona ją dusi, ale nie zabija. Więcej, może się ona rozwijać.
Gdyby nie keynesowskie łatanie i wspieranie byłaby recesja
Owszem, byłoby cofnięcie, ale umożliwiłoby zdrowe długoterminowe odbicie. Po zaliczeniu recesji wzrost gospodarczy byłby dwu-trzykrotnie większy od obecnego duszenia i odpracowałby z nawiązką stracony czas. Wystarczy spojrzeć na zegar. Dwadzieścia lat i końca nie widać, a poziom długu - ponad 200% pkb - już nigdy nie da się racjonalnie spłacić.
wtorek, 29 września 2009
Licznik długu USA
poniedziałek, 28 września 2009
Patrz i licz
| dług publiczny Polski |
| PLN |
Jeśli się nie wyświetla, nie szkodzi, znaczy że blogger kastruje skrypty we wpisach, licznik jest po prawej stronie. see ya.
Licznik w formie skryptu do ściągnięcia ze strony autora, Tomasza Mazura.
sobota, 19 września 2009
Global peak credit 2, czyli bądźmy optymistami
Nieporozumienie nr 1: państwa nie upadają.
W ciągu ostatnich zaledwie dwóch dekad było kilkadziesiąt dużych niewypłacalności państwowych. Kryzysy walutowe są normą w dzisiejszym świecie. Jeśli do tego doliczyć jeszcze skutki różnych wojen, to upadki państw, zarówno w sensie politycznym (podboje, zmiany granic), jak i tylko finansowym (bankructwo), są zjawiskiem niemal codziennym. Średnio nie ma roku, aby jakieś państwo nie zbankrutowało. To może banał, ale bardzo chcemy (albo media chcą) o tym oczywistym fakcie zapomnieć.
Nieporozumienie nr 2: Prywatne firmy są prężne.
Są tak bardzo prężne, że w wyniku przekroczenia granicy zadłużenia, doszło do powolnej implozji piramidy kredytowej, czyli delewarowania. Świat jest obecnie w fazie deflacji, kiedy ta krusząca się piramida jest naprędce łatana przez fundusze ratunkowe, wyciągane z kasy państwowej. Jak świat długi i szeroki wszyscy stosują technikę "podtrzymywania popytu" Keynesa, która sprowadza się w istocie do tego, że nie dający się utrzymać dług korporacyjny jest przerzucany na barki państwa, żeby tylko system się nie zawalił. Korporacje, czerpiące swe siły witalne z ekspansji opartej na kredycie i międzynarodowym arbitrażu są tak fundamentalnie słabe, że muszą swe długi przerzucać na podatników! Tak są zdolne dziś do ekspansji.
Teraz najważniejsze. Graf opisany w poprzednim wpisie podaje, że prognozowany za dwa lata dług publiczny wyniesie 100% gpb. To oczywiście nie uwzględnia długu prywatnego (gospodarstwa domowe) oraz korporacyjnego (gospodarka, przemysł, finanse). Na zezowate oko w skali świata to będzie razem mniej więcej trzy razy tyle. Zatem globalny dług rzędu trzyletniego produktu globalnego!
Nieporozumienie nr 3: nie wolno popadać w pesymizm.
To największa bzdura, jaką można usłyszeć pod słońcem. Nazywa się to uczenie "syndrom sztokholmski" i polega w skrócie na tym, że ofiara, dostatecznie długo pod wpływem przemocy oprawcy, w końcu zaczyna wczuwać się w jego motywację i ją - o zgrozo - usprawiedliwiać.
Ze wszystkich sił należy próbować obronić swą pozycję materialną przed skutkami "strzyżenia" baranów, a początek tej drogi jest w zrozumieniu, o co tu chodzi.
Jak już doszliśmy do tego momentu, że mamy mniej więcej oszacowany poziom długu światowego, spróbujmy policzyć, co dalej. Średni poziom wzrostu gospodarczego za ostatnie lata był bardzo duży i wynosił ponad 3%, niemniej w obecnej dobie, kiedy deflacja, masowe zadłużanie państw i brak nowych motorów wzrostu, skutecznie hamują ekspansję, Bank Światowy, OECD i liczące się instytucje badawcze wskazują na umiarkowany wzrost w najbliższej dekadzie, co na polski tłumaczy się rzędu 1%.
(obrazek z http://www.eurekareport.com.au)
Zobaczmy teraz, jakie mamy koszty obsługi zadłużenia, wzorcowym przykładem jest FED i obligacje 10-letnie. Najmocniejszy bank centralny i największa waluta. Przeciętne oprocentowanie wynosi 7,5%! Nie ma szansy, aby uwierzyć, że nagle - za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Bena- zerowe oprocentowanie stanie się obowiązującą normą na świecie. Jak rzekł Izaak Newton, co idzie w górę, musi spaść, zatem wypada wziąć - i tak optymistyczną - średnią za normę.

WNIOSKI
Teraz czas na podsumowanie niewesołych wstępnych danych. Jak zwykle rysują się trzy scenariusze. Żeby nie było, iż jestem pesymistą, narysowałem tylko dwa: optymistyczny i realistyczny. Dlaczego pesymistyczny potrzebny nie jest, powinno być graficznie jasne.

Zezowaty z graficzną satysfakcją odsunął się od monitora i rzekł: to by kończyło dowód. System jest do bani. Zwałka. Jakby na to nie patrzeć, już za dwa latka na tym pięknym globie bankierzy będą przejadać co piątego dolara/peso/juana/rubla wypracowanego na świecie. O ile robotnikowi jest obojętne, czyja jest fabryka, byle miał z pracy w niej godziwy dochód, bo z jego poziomu efekt zabaw prowadzi tylko do dyslokacji środków, to już z poziomu społeczeństw nie jest. Jeśli uda się utrzymać tempo wzrostu (gorączkowe pompowanie sflaczałego balona), świat będzie uratowany. Na zezowate oczy w najbliższej dekadzie utrzymać 2% wzrostu pgb przy tanim kredycie się raczej nie da, dlatego nazwał ten scenariusz optymistycznym. Wariant realny niestety prowadzi do stopniowego zawału gospodarczego, gdzie pomimo wzrostu (zwróć uwagę, że przy pogarszającej się makroekonomii raczej wykluczone) pogarsza się stan zadłużenia, aby już w roku 2020 odsetki pożerały 1/3 dochodu. Jest oczywiste, że taka sytuacja jest niedopuszczalna i właściwie bez wyjścia. W końcu cały wypracowany dochód jest zjadany przez odsetki od pożyczonych od przyszłości pieniędzy i giniemy z głodu.
Przemyślenie podanych liczb przekonuje, że powinniśmy się wszyscy zmienić w Munchhausena. Wyciągnijmy się z bagna siłą woli. Wszystko wskazuje na to, że Obama ma za zadanie zarazić nas swoim optymizmem, aby zrealizował się wariant optymistyczny. Musimy być optymistami, inaczej ciężkie chwile przed nami, bo bez mocnego wzrostu spirala długów, tych już nazbieranych i tych, które nasi wybrańcy właśnie po świecie drukują, zwyczajnie ten świat pogrążą. Przy takim wyborze opcji na przyszłość jest chyba jasne, że rządzący staną na głowie, żeby tylko balon wzrostu napompować i - jak zawsze - uciec do przodu. Panika towarzysząca działaniom Big Bena nabiera w tej perspektywie jakby nowego wymiaru.
czwartek, 17 września 2009
Global peak credit
Zezowaty zwrócił uwagę na dwie rzeczy. Pierwsze to moment publikacji takiego uświadamiającego dziełka dla mas. Przypominam, że dług publiczny to dług rządowy, zaciągany w formie pożyczek, które nasi rządziciele zaciągają w naszym imieniu (i zawsze dla naszego dobra), aby spłacały nasze dzieci. Takie mają dobre serca. Warto zauważyć, że niektóre kraje, jak np. USA, są już potwornie zadłużone per capita, ale nieznacznie w stosunku do swojej ekonomii. Inne z kolei, np. Japonia i Włochy, są od dawna w krainie socjalizmu i nazbierały długu na grubo ponad 100% pkb (poziom 50% uważa się za bezpieczny).
Drugi aspekt to planowanie tego długu w przyszłości. Nietrudno zgadnąć, że dług publiczny wcale nie będzie tak wyglądał, jak dziś malują planiści, choćby z tak prozaicznych powodów, jak to, że część długu jest ukryta (budżety federalne, stanowe, samorządowe) bądź jest w trakcie tworzenia. Wielką ich masę stanowią przyszłe uprawnienia społeczne, już nabyte (zagwarantowane) oraz właśnie planowane. Tu za przewodnika służy Obama, który ma już w kieszeni kilkanaście bilionów skumulowanego przyszłego długu w ramach zabezpieczenia społecznego (mają taki sam problem jak nasz ZUS, pustą kasę) oraz plan ubezpieczenia zdrowotnego na kwotę ok. dwudziestu bln (albo i więcej), która niechybnie wejdzie do państwowego długu w kolejnych latach. Nie ma innego wyjścia, ludzie niestety się starzeją i umierają, a co gorsza, nie da się stworzyć pełnoletniego pracownika bez uprzedniego wychowania. Jeszcze nie wspomnieliśmy o długach w związku z ratowaniem gospodarki, a siedzących na bilansie FED, co da kolejne biliony. Jak dojdą niespłacalne i poutykane w rozmaitych funduszach i fundacjach (tu niech was uczy Wzrostowski ile można poukrywać po kątach) koszty administracji rządowej i samorządowej, to w samej Ameryce będzie tego już dziś ładnych parę bilionów.
Podsumowując zezowatego wcale nie zdziwiło, że The Economist widzi koniec historii już za dwa lata (tylko tyle ma symulacja). Licznik wybije wtedy 45 bilionów, co odpowiada pgb (produkt globalny brutto). Przy uwzględnieniu poprzedniego akapitu, nie miejcie za złe, że zegarek stanie już za dwa lata. Realny dług publiczny, nawet bez uwzględnienia prawdziwych niespodzianek, poutykanych po wzrostowsku, jest nie do spłacenia i widać to na animacji. Poklikaj i pomyśl. Po co Economist takie pouczenie ludu? Ano już czas zacząć przemyśliwać nad nową konstrukcją bańkowości centralnej. Ten układ przeżył swój peak credit. Więcej nie pociągnie, nie da rady i nie da się tego dużo dłużej ukryć.

Pawel-1 przesłał brakujący w jednym z poprzednich wpisów graf z USA. 275% pkb.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Konnichi wa, Obama-san
Tegoroczny noblista Paul Krugman odtrąbił na swoim blogu w NY Timesie koniec recesji. Jest dobrze. Giełda uratowana, pompiarz-ratownik Benek mianowany na następną kadencję (Krugman przyłączył się do jego kampanii pochwał), słowem wszystko idzie ku lepszemu. Hosanna.W jednym z ostatnich felietonów Krugman rozprawił się nawet z mitem rosnącego pod niebiosa długu publicznego i katastroficznymi zapowiedziami o upadku dolara itd. Wręcz ośmieszył zaniepokojonych błyskawicznym nadęciem państwowego balona ekonomistów, przypominając że Stany miały już większy dług publiczny i z niego swobodnie wyszły. Co z tego, że tegoroczny budżet będzie wypełniony dziurą 1/8 PKB (tak - deficyt budżetowy=12,5%), co z tego, że US zaciągnie przez nabliższe kilka lat dodatkowych 9 bilionów? Co to jest 9 bilionów? Dług publiczny nie sięgnie nawet 100%, a w Europie i Japonii od dawna obsługuje się długi o tych rozmiarach...
Krugman zapomniał dodać, że od ubiegłorocznego krachu, który - co za zbieg okoliczności - pokrył się z peak debt, następuje deflacyjna destrukcja długu i na razie proces ten nie ma szansy się zatrzymać, dopóki gospodarka się nie oczyści z nadmiernych mocy produkcyjnych, wadliwie alokowanych zasobów, wszystko powróci do zdrowych proporcji, gdzie będzie można mówić o ekspansji kredytowej na normalnych podstawach. Potrwa to kilka ładnych lat, w ciągu których absurdalne ceny za księżycowe trzecie domy wrócą do normy, rozdmuchane do granic możliwości powierzchnie handlowe się pozwijają, a przy okazji rozpasany sektor finansowy wróci na swoje skromne miejsce w tworzeniu pkb.
Co to jest peak debt? Ano całkiem proste zjawisko dojścia bąbla kredytowego do takich rozmiarów, że więcej długu stworzyć się nie da. Benek helikopter doprowadził Stany do zaszczytnego rekordu 375% PKB! Tyle kredytu udało się wsączyć w gospodarkę. Jest to prosta suma kredytu prywatnego i publicznego. W chwili kryzysu, kiedy balon pękł z hukiem, reanimacyjna akcja polega na tym, że kurczący się kredyt prywatny jest zastępowany kredytem państwowym. Co prawda klasyk Keynes mówi o substytucji popytu prywatnego przez popyt państwowy, ale to złudzenie. Tak samo, jak iluzją jest kreacja pieniądza przez Benka. Wystarczy spojrzeć na wykresy. Kosmiczny zastrzyk M0 (obecnie ponad bilion), zamiast kreaować pieniądz w obrocie M1 - zgodnie z teorią monetarystów - spokojnie siedzi na rachunkach uratowanych banków jako rezerwy nadzwyczajne w FED. Nie wypływa na rynek. Co zatem wykreował Benek? Iluzję. Prawdziwy pieniądz w obrocie jest kredytem, który ktoś zaciąga w banku. Na razie ten kredyt, po osiagnięciu rekordu, się kurczy, a keynesowska akcja zalepia największe dziury. Nie jest w stanie jednak wskrzesić popytu, który spowoduje nabranie chęci na kolejne inwestycje i powrót na drogę ekspansji kredytu. Na razie nie można jeszcze nikogo do wzięcia kredytu zmusić.
W ostatniej fazie wzrostu krańcowa użyteczność długu wynosiła ledwie 20%. Aby osiągnąć dodatkowego dolara dochodu, trzeba było zainwestować (pożyczyć) aż pięć dolarów! Łatwo policzyć, że tak dochodowe inwestycje niestety skazane są na plajtę, bo nie zarobią na kredyt, co właśnie nastąpiło. Więcej naprawdę kredytowego balona napompować się nie dało. Reelekcja Benka w tym świetle to jest ponury żart. Człowiek, który świadomie napompował balona, żeby go później klajstrować, występuje w roli zbawcy!
Benek rzeczywiście jest zasłużony, bo pobił rekord Japończyków, kórym udało się wcisnąć zaledwie 345% PKB długu. Od szczytu japońskiego minęły dwie dekady męczącej stagflacji i końca męki nie widać. Czy Stany podążają ich śladami? I tak i nie.
Przede wszystkim rzeczywiście poziom długu państwowego rzędu 100% PKB można przetrzymać, kłopot jednak w tym, że nie dzieje się to w próżni. Keynesowska substytucja oznacza w świecie kredytu - a ten jest motorem i kreatorem pieniądza, a nie brednie Benka - konieczność zabrania konsumentom. Żeby sfinansować deficyty, trzeba będzie podnieść podatki, a to zatrzyma skutecznie jakikolwiek wzrost. Legendarny efekt mnożnikowy Keynesa natomiast warto zobaczyć w krzywym zwierciadle Christiny Romer (ze sztabu ekonomicznego Obamy, więc prawomyślna), która wyliczyła efektywność substytutywną podatków w inwestycjach na -3! Państwowe inwestycje za dolara zabierają z rynku (crowding-out) prywatne inwestycje za trzy dolary. Taki jest efekt mnożnikowy państwowej stymulacji. Podobnie z rynkiem finansowym sensu largo. Jak mają firmy zdobyć pieniądze przez emisję swego długu (obligacji), kiedy państwowy mastodont wysysa z rynku wszystkie środki?
Stany czeka teraz dekada stagflacji i rosnącego długu państwowego. Wzrost będzie żaden, albo ujemny, przy kurczącym się długu prywatnym. Spadną inwestycje, B+R, płace. W słabej koniunkturze firmy nie będą inwestować w ekspansję, a klienci w konsumpcję. Wszystko musi powrócić do długofalowej normy i będzie to bolało. Peak credit już był. Teraz czas na jego spłatę. Konnichi wa, Obama-san.





