Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bernanke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bernanke. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 lutego 2011
czwartek, 3 lutego 2011
Co mówi kłamca
Marc Faber wczoraj nazwał tego pajaca na antenie kłamcą, kilka dni wcześniej zresztą w Bloombergu nazywając jego opalonego "szefa" intelektualnie nieuczciwym, prostytuującym się politykiem, więc nastrój by tak rzec egipski. Trudno się nie zgodzić, zwłaszcza że Ben Helicopter twierdzi, iż nie odpowiada za ceny żywności i zamieszki w Egipcie.
Świeżutka konferencja (Win MP).
The Bangles - Walk Like An Egyptian
Załadowane przez: trashfan. - Klipy wideo, wywiady, koncerty i wiele więcej.
Świeżutka konferencja (Win MP).
The Bangles - Walk Like An Egyptian
Załadowane przez: trashfan. - Klipy wideo, wywiady, koncerty i wiele więcej.
sobota, 28 sierpnia 2010
Co musi ujawnić FED
Wszyscy z zapartym tchem czekali na słowo Brodatego Benka, że będzie pompował, pomagał, lewarował, easingował i fine-tuningował zdychającą gospodarkę, w której 70% popytu pochowało się po kątach i nijak nie chce wyjść. Depresja. Już-już wydawało się, że Benek mrugnie, kichnie, znacząco podniesie głos, a tu.... dokładnie jak zezowaty zapowiedział - cisza. Owszem, będzie QE.2, ale dopiero w listopadzie, kiedy giełda porządnie da lanie i wystraszy Kongres, wtedy wysupłają nawet forsę na następny stymulans, za - bagatela - dwa do pięciu bln, oczywiście po dokładnym podliczeniu wszystkiego.
Jak wszyscy handlarze koni, od niepamiętnych czasów wiedzą, stary koń, ze zniszczonymi zębami, nie będzie już młody i rześki, żeby nie wiem jak go picować i malować, ale zawsze ładnie tuningowana fura, z błyszczącym lakierem, prezentuje się lepiej od zardzewiałej toyociny. Tak to już jest, że lepiej wygląda na parkingu, choć z jazdą, jak z każdą piękną rzeczą, bywa zazwyczaj odwrotnie. Nikkei już dużo niżej zjechać nie może, w odróżnieniu od kilku wypastowanych na hochglanz HFT parkietów.
Teraz do rzeczy, czyli sekretów Benka, skoro już nic nie może powiedzieć, to może chociaż napisze? Kilku upartych dziennikarzy od ponad roku stara się dotrzeć do szczegółów transakcji, idących w setki miliardów, dzięki którym dokonano największego dotychczas legalnego transferu bogactwa z kasy publicznej do prywatnej. Na mocy FREEDOM OF INFORMATION ACT - Ustawa o dostępie do informacji publicznej - wniosek o dostęp do danych FED złożył ś.p. dziennikarz śledczy Mark Pittman, później wsparty przez pracodawcę, agencję Bloomberga. Pittman zmarł w ub.r. z przyczyn naturalnych, w odróżnieniu od np. bliskiego przyjaciela pana Madoffa, niejakiego Pikowera, który krótko po aresztowaniu Berniego utonął w swym basenie w Palm Beach. Nie pożarła go bestia z Jekyll Island, ona ma teczkę, blackberry i kolegów z młotkiem :) - co czyni sprawę nie mniej ekscytującą.
Sprawa sądowego nakazu o ujawnienie informacji publicznej toczy się w rejonówce na Manhattanie, w międzyczasie była już na wyższym piętrze w apelacji: Bloomberg LP v. Board of Governors of the Federal Reserve System, U.S. District Court, Southern District of New York (Manhattan), No. 08-9595.
Dotychczasowa historia zakrętów jest w skrócie taka: nakaz ujawnienia informacji w trybie FOIA, wniosek o odroczenie (uznany), apelacja (oddalona), kolejny wniosek o odroczenie (oddalony). Właśnie o tym ostatnim wniosku o odroczenie w tym tygodniu stało się głośno, bowiem sąd powtórnie nie znalazł powodu, dla którego miałby ponownie rozpoznać merytorycznie uzasadnienie FED, starającego się wszelkimi siłami wykazać, że szczegółowa lista beneficjentów zagrozi stabilności systemu finansowego poprzez podkopanie niezbędnego zaufania.
Ładny synopsis, zwłaszcza ostatni odcinek, ponowny wniosek o odroczenie mimo wszystko (mimo poprzednio jednogłośnego werdyktu kilku sędziów, będziemy składać wnioski aż do śmierci: naszej, albo waszej). Teraz czas na kasację do SN, bo wszystkie instancje już są wyczerpane, nawet operetkowy rzut na taśmę ze skopiowanym wnioskiem o odroczenie. Co miałoby się w trakcie tego odroczenia wydarzyć? Koniec świata, zmiana numeryczna w zapisach, czy anihilacja dolara? Nieważne. Idę o każdy zakład, że FED kasację wygra, i nie będzie musiał publikować szczegółów transakcji ratujących system bankowy - Bear Stearns, Lehman, BAC, AIG itd. W tych księgach są góry malwersacji, idące w biliony (tak, kilka bn $), więc nie widzę innej możliwości, bowiem dotychczasowy porządek musiałby się przy okazji zawalić. Oczywiście przez utratę stabilności systemu finansowego poprzez podkopanie niezbędnego zaufania, tyle że w zupełnie inny sposób, niż to maluje FED - i w tym kryje się sedno sprawy.
Chętnie przyjmę zakład, każdej wysokości, bowiem w porównaniu z bilionami, będzie praktycznie zerowy. FED nie ujawni swoich książek. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że to był dobry rok. W to wierzę. Tego się trzymam *.
Aha, dla porządku, bilion pisze się tak: 1,000,000,000,000.
==================
* zgadnij przy okazji kto to powiedział
Jak wszyscy handlarze koni, od niepamiętnych czasów wiedzą, stary koń, ze zniszczonymi zębami, nie będzie już młody i rześki, żeby nie wiem jak go picować i malować, ale zawsze ładnie tuningowana fura, z błyszczącym lakierem, prezentuje się lepiej od zardzewiałej toyociny. Tak to już jest, że lepiej wygląda na parkingu, choć z jazdą, jak z każdą piękną rzeczą, bywa zazwyczaj odwrotnie. Nikkei już dużo niżej zjechać nie może, w odróżnieniu od kilku wypastowanych na hochglanz HFT parkietów.
Teraz do rzeczy, czyli sekretów Benka, skoro już nic nie może powiedzieć, to może chociaż napisze? Kilku upartych dziennikarzy od ponad roku stara się dotrzeć do szczegółów transakcji, idących w setki miliardów, dzięki którym dokonano największego dotychczas legalnego transferu bogactwa z kasy publicznej do prywatnej. Na mocy FREEDOM OF INFORMATION ACT - Ustawa o dostępie do informacji publicznej - wniosek o dostęp do danych FED złożył ś.p. dziennikarz śledczy Mark Pittman, później wsparty przez pracodawcę, agencję Bloomberga. Pittman zmarł w ub.r. z przyczyn naturalnych, w odróżnieniu od np. bliskiego przyjaciela pana Madoffa, niejakiego Pikowera, który krótko po aresztowaniu Berniego utonął w swym basenie w Palm Beach. Nie pożarła go bestia z Jekyll Island, ona ma teczkę, blackberry i kolegów z młotkiem :) - co czyni sprawę nie mniej ekscytującą.
Sprawa sądowego nakazu o ujawnienie informacji publicznej toczy się w rejonówce na Manhattanie, w międzyczasie była już na wyższym piętrze w apelacji: Bloomberg LP v. Board of Governors of the Federal Reserve System, U.S. District Court, Southern District of New York (Manhattan), No. 08-9595.
Dotychczasowa historia zakrętów jest w skrócie taka: nakaz ujawnienia informacji w trybie FOIA, wniosek o odroczenie (uznany), apelacja (oddalona), kolejny wniosek o odroczenie (oddalony). Właśnie o tym ostatnim wniosku o odroczenie w tym tygodniu stało się głośno, bowiem sąd powtórnie nie znalazł powodu, dla którego miałby ponownie rozpoznać merytorycznie uzasadnienie FED, starającego się wszelkimi siłami wykazać, że szczegółowa lista beneficjentów zagrozi stabilności systemu finansowego poprzez podkopanie niezbędnego zaufania.
Ładny synopsis, zwłaszcza ostatni odcinek, ponowny wniosek o odroczenie mimo wszystko (mimo poprzednio jednogłośnego werdyktu kilku sędziów, będziemy składać wnioski aż do śmierci: naszej, albo waszej). Teraz czas na kasację do SN, bo wszystkie instancje już są wyczerpane, nawet operetkowy rzut na taśmę ze skopiowanym wnioskiem o odroczenie. Co miałoby się w trakcie tego odroczenia wydarzyć? Koniec świata, zmiana numeryczna w zapisach, czy anihilacja dolara? Nieważne. Idę o każdy zakład, że FED kasację wygra, i nie będzie musiał publikować szczegółów transakcji ratujących system bankowy - Bear Stearns, Lehman, BAC, AIG itd. W tych księgach są góry malwersacji, idące w biliony (tak, kilka bn $), więc nie widzę innej możliwości, bowiem dotychczasowy porządek musiałby się przy okazji zawalić. Oczywiście przez utratę stabilności systemu finansowego poprzez podkopanie niezbędnego zaufania, tyle że w zupełnie inny sposób, niż to maluje FED - i w tym kryje się sedno sprawy.
Chętnie przyjmę zakład, każdej wysokości, bowiem w porównaniu z bilionami, będzie praktycznie zerowy. FED nie ujawni swoich książek. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że to był dobry rok. W to wierzę. Tego się trzymam *.
Aha, dla porządku, bilion pisze się tak: 1,000,000,000,000.
==================
* zgadnij przy okazji kto to powiedział
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Kto puścił bańkę? Bańka Benka jest bezpańska.
Benek twierdzi, że nie zawaha się pompować dalej. Wszystkie ręce na pokład! Brakuje rąk, kończą się zapasy quantitative easing? Nie szkodzi, teraz będą qualitative messing, demolitive by-passing oraz kiss my assing. Wszystko, czego trzeba, aby pojawiły się zdrowe pędy wzrostu, już jesteśmy prawie w raju, już prawie na haju, już gospodarka się kręci, bezrobocie spada (w grudniu do listopadowych 300 tysięcy indian dołączyło kolejnych 200 spadów z EUC - emergency unemployment).Ben nie porzuci sierot w upadłych Fannie+Freddie, będzie je dokapitalizowywał, aż odżyją, albo do śmierci (gospodarki). Nie powtórzy błędu przedwczesnego zaniechania reanimacji, czyli sztucznego oddychania. Pacjent nie chce wstać o własnych siłach, więc trzeba zwiększyć dawkę adrenaliny i glukozy. Jeszcze powstanie, jeszcze będzie skakał, już jesteśmy tak blisko...
Ci frajerzy, którzy myśleli, że dolców zabraknie, bo Benek przestanie pompować, są w grubym błędzie. Będzie pompował, aż będzie furczało. Nie pytajcie, co na to bondy. Oczywiście polecą rentowności jak ta lala, Morgan Stanley miał rację, cztery procent na 10-latkach to kwestia dni, a nie miesięcy, a dalej cel nam przyświeca radosny - 5,5% i hipoteki po 8%, Fannie i Freddie nie nadążą odbierać dopłat w specjalnym okienku, coraz szybciej drukarnia...
Ciekawym, czy on może w te brednie wierzyć naprawdę? Nie pytaj, wygląda na kumatego. W każdym razie dopalacze będą szły na całego, zatem spokojnie możemy przyjąć, że nadzieje na short-squeeze przy Benku bledną. Do not bet against FED. Benek rzecze -drukarnia i tak będzie. Lolar będzie zatem flaczał w kontrolowany sposób i nikt Benjamina w szmaceniu nie przegoni.
Najśmieszniejsze w przemówieniu (najedź myszą) proroka wiary monetarnej jest to, że uparcie trzyma się ponadto tezy, że to nie on puścił bańkę. To nie zbyt niskie stopy spowodowały bańkę nieruchomości, o nie! Wszystkiemu winny jest brak odpowiednich regulacji systemowych i nadzoru. Oczywiście ze strony FED, a jakże, przecież Benek sam zaproponował nowe regulacje antykryzysowe, zwiększające uprawnienia regulacyjne i kontrolne FED.
Chińskie kazania Benka jakoś nie idą w parze z zeznaniami Grynszpana, który aczkolwiek trochę późno, przyznał iż przyczyną bańki były zbyt niskie stopy oraz wiara, że rynki finansowe raz puszczone samopas same się wyregulują. W swoim wystąpieniu przed kongresem wręcz stwierdził, że jest w szoku (shocked disbelief), iż paradygmat samoregulacji rynków finansowych okazał się nieprawdziwy. Benek idzie w klaunadzie krok dalej, otóż on twierdzi że to nie jego bańka, nie jego problem, to jest wyłącznie niedostateczna regulacja (ze strony FED). Trzeba mu tylko dać więcej władzy, a on to wszystko pięknie wyreguluje, napompuje, postymuluje i będzie klawo. Klawo jak cholera!
A propos chińskich kazań Benek znalazł jeszcze większego winowajcę od braku ścisłego nadzoru FED przez FED. Jest nim oczywiście podstęny Chińczyk z nawisem oszczędności (savings glut), którymi wykoleił cudownie kwitnącą amerykańską gospodarkę, tak pieczołowicie zasilaną w płynność przez Bena. Taki nam tu glut zwisa na mrozie na to dictum, na te nawisy i stymulanse. Z gluta bata nie ukręcisz Benek.
Przynajmniej jasne się stało, kto puścił bańkę. Bańkę puścili komuniści chińscy, a piszą o tym - no popatrz jak punktualnie - panowie Krugman z NY Times oraz Wolf z FT. Gdyby nie człowiek roku, to by jankesów na śmierć Chińczyk zaglutował, albo zabańczył. Jakie szczęście, że na straży czuwa pajac roku, przepraszam człowiek roku, pilnujący żeby stopy się nie podniosły przez nadmierne oszczędności. Kto powiedział że są granice obciachu? W show biznesie - a w tym robi Benek - jest tylko kwestia ceny. Kto napompował bańkę FEDu? Chińczycy. Przy pomocy gluta. Teraz strażak Ben oraz skarbnik Turbo-tax Tymon ich nastraszą i wyregulują im te gluty i wszystko znowu będzie proste i łatwe. Był kiedyś wielki językoznawca, ale on zdaje się nie przewidział, że jego metody zastosuje prezes wrażego imperialistycznego banku przeciwko komunistom w Pekinie. Świat stoi na głowie, czy się kręci, bo już nie wiem. Ten pan to jest klaun, a to koło to karuzela, tak?
środa, 16 grudnia 2009
Stopy Benka roku
Klikaj, jak chcesz. Masz nowego człowieka roku. Uratował świat przed zagładą finansową. Według moich osobistych prognoz ogłosi dziś wieczorem podniesienie stopy awaryjnych pożyczek (tzw. okienko hurtowe FED, czyli OIOM, detoks i melina w jednym) o 25 pkt. bazowych i podtrzyma utrzymanie zerowej stopy wiodącej na "dłuższy okres". Jest to wbrew konsensowi oczekiwań analityków, ale za to zgodne z logiką rynku usd.Dodatkowo, co bardzo istotne, nieznacznie stopy podniósł dziś bank centralny Norwegii, zaznaczając początek słabego ożywienia. Komunikat Banku Norwegii.
sobota, 10 października 2009
Rozwolnienie dolara 15: cysorz to ma klawe życie
W niekończącej się opowieści - powinna chyba ukazywać się w odcinkach na parkiet.pl - mamy kolejne ataki oraz kontrataki. Ktoś coś napisał, ktoś coś powiedział, świat drży, dolar słabnie, oj co to będzie. Jeszcze nie przebrzmiały echa nagonki na petrodolara, a już odezwał się najgłówniejszy strażnik centralnego zarządu wirtualnej drukarni. Bank centralny jest zdecydowany zacieśnić politykę monetarną jak tylko perspektywy wzrostu gospodarczego poprawią się dostatecznie, cokolwiek by to miało znaczyć. Dolar po tym objawieniu trochę się wzmocnił, ale najważniejsze, odbił od granicy 1,500 do eurasa (czyli -,666 w drugą stronę). Wieści Benka są o tyle znaczące, że jako żywo puchnące jak okiem sięgnąć deficyty nie nastrajają optymistycznie kolejnych kandydatów na inwestorów w obligacje, a słowne przywiązanie do polityki silnego dolara nijak nie idzie w parze z jego realną siłą.
Przekaz Benito został wzmocniony przemówieniami dwóch prominentnych bankierów regionalnych, którzy przejawili nastawienie jastrzębie (zwolennicy wyprzedzającej podwyżki stóp). W sumie udana akcja marketingowa. Dla czytelników tego bloga nie powinno być wszelako zaskoczeniem, że cały atak i kontratak to wielka ściema, walka z nieistniejącym wrogiem, na wyimaginowanym polu.
Gdzie ta inflacja?
Po pierwsze - i najważniejsze - nigdzie, jak okiem sięgnąć, inflacji w dolarze nie widać, bo faktycznie jest deflacja. Wskaźniki cen CPI, sentyment konsumencki, wydatki, inwestycje, wszystko w dół. Do tego bezrobocie 10% i rośnie, z perspektywą wzrostu jeszcze przez cały następny rok! Wskaźnik kreacji pieniądza - patrz poprzednie wpisy - na niesłychanym teoretycznie poziomie 0. Cokolwiek Benio wydrukuje, spokojnie zostaje w jego centralbanku, bo nie wypływa na rynek. Jest jeszcze gorzej. Do momentu oczyszczenia systemu z czarodziejskiego pieniądza (góra wirtualnych aktywów, shadow banking itd.) będzie trwała deflacja, czyli destrukcja wirtualnego kapitału, do zrównoważenia bilansów bankowych. To, że giełda rośnie na minimalnych (i spadających) obrotach nic nie znaczy, poprawia jedynie wyniki instytucji finansowych (głównie banków). Inflacji z tego wykrzesać się nie da. Do tego potrzebny jest nowy kredyt, a na to z kolei potrzebna jest chęć i nastrój. Ten zostanie odbudowany oczywiście w trakcie tej światowej depresji, ale nie nastąpi to tak szybko, jak chciałby pozwolić wierzyć czarodziej Ben.
Złudzenie siły azjatyckich wierzycieli
Przez całe lato karmiono świat strachem przed możliwymi konsekwencjami strajku azjatyckich wierzycieli, głównie Chin. Co to będzie, jak przestaną kupować obligacje, których wysyp przygotowuje Tymon? Tragedia. Miesiąc w miesiąc 100 mld świeżutkich obligacji skarbowych przez kilka najbliższych lat, więc jak Chińczycy przestaną ufać w dolara, to ten się załamie. Po wielu próbach i ogromnym medialnym hałasie w końcu się udało i dolar zaczął się wyraźnie staczać. Ben i Tymon uspokajają, że polityka mocnej waluty obowiązuje i chińskie oszczędności są bezpieczne.
To szczególny rodzaj prawdy, taka lekko półprawda warunkowa. Jak tu już opisywałem, chińskie oszczędności są bezpieczne, bo Stanom niewypłacalność nie grozi. Jeśli Chińczycy przestaną kupować nowe obligacje, Ben kupi je sam w ramach operacji "drukarka", co w języku monetarystów nazywa się monetyzacja długu. Chińczyk swój kapitał i odsetki dostanie w świeżutkim papierze, trudno że trochę mniej wartym. Towarzyszy temu całkiem proste, cyniczne rozumowanie.
Co zdecydowała Azja? Kontynuować swoją proeksportową politykę. Liczy się konkurencyjność chińskiego eksportu. Dopóki juan przymocowany jest do dolara, głównego partnera handlowego, nie ma naprawdę żadnego ryzyka. Za swój eksport Chiny inkasują dolary a te banki chińskie inwestują w obligacje, bo to jest ich jedyna możliwość. Po co miałyby przestać kupować obligacje Tymona, żeby zrobić mu na złość? Mogą w te sposób jedynie pogorszyć koniunkturę oraz wystawić się na retorsje handlowe, czego smak dał im pokojowy noblista Obama w oponach. Dodatkowo stracą kilka procent odsetek od kapitału oraz przyczynią się do szybszej erozji siły nabywczej dolara (wzrasta cena surowców). Skórka niewarta wyprawki, więc Chińczycy nie zrobili, całkiem racjonalnie, nic aby zmienić status quo. Jakikolwiek ruch w polityce handlowej i walutowej wobec Stanów byłby dla nich niekorzystny. Na koniec powtórzę coś oczywistego i genialnego w swojej prostocie zarazem. Chinom tak naprawdę jest obojętne, po ile jest dolar, dopóki jest wiarygodny (a wiarygodny będzie dopóki Benek ma klucze do drukarni, czyli zawsze). Co z tego, że tzw. siła dolara spada (wartość do koszyka walut), skoro wszystkie rozliczenia Chińczyk robi w dolarach. 100$ wczoraj jest tymi samymi 100$ jutro. Oczywiście słaby dolar powoduje niekorzystny wzrost cen surowców, ale to jedynie przekonuje, żeby Chiny nie przestały kupować obligacji, przyczyniając się do ich wzrostu. Jednym słowem pat.
Trójkąt Chimerica-Europa
Od dłuższego czasu publikuję wykresy usdeur, odwrotnie niż konsens europejski, nie dlatego, że jestem specjalnie benkolubny, ale wolę mieć widok taki, jak główny gracz. Zazwyczaj więcej widać ;) Lansuję ten sposób, bo widzę, jak bezradne mądrale rządzą powszechnie w Europie na wykresach odwrotnych, kiedy ten, co trzyma wszystko w ręku jedzie wręcz przeciwnie. Warto chyba widzieć to, co on, prawda? Jest szansa przy okazji zrozumieć (taka rada od lajkonika, zawsze byłem prymasem). Co zatem widać na wykresie, zobacz dalej. Na razie wnioski wypływające z decyzji Chin o utrzymaniu kursu i co z tego dla Europy wynika.
O ile wyjaśniliśmy, że główna oś handlowa (i główna oś globalizacji) jest nienaruszona (dolar dla Chińczyka jest wart dolara wczoraj i jutro także, czyli dokładnie 100 centów), to już z euro, jako kandydatem na walutę rezerwową, tak lekko nie jest. Dolar osłabia sie głównie właśnie do euro i w warunkach recesji jest to raczej zła wiadomość. Z punktu widzenia projektu Chimerica to bardzo dobrze. Policzmy. Dolar flaczeje w oczach, niemniej Chińczycy dostają te same ceny co wczoraj. Dla Europy jednak, kiedy stosują cennik dolarowy, ceny od początku roku są o kilkanaście procent niższe, dzięki słabnącemu dolarowi. Oznacza to wzrost konkurencyjności chińskiego eksportu w Europie i proporcjonalny spadek konkurencyjności produkcji europejskiej w Chinach (patrz np. Siemens). Jeśli spojrzeć na porozumienie Chińczyków w sprawie nie niszczenia dolara z tej perspektywy, to robi się nieciekawie. Za obronę status quo zapłacimy w wojnie walutowej my. Po prostu i brutalnie.
Co to jest konkurencyjna dewaluacja
Tu dochodzimy do pojęcia, które pojawiło się gdzieś z początkiem roku i zezowaty gratuluje sobie, że już wówczas przewidywał wyścig dewaluacji walut. Liderem będzie lollar, stąd wybór zaszczytnego terminu i uwaga poświęcona tej zasłużonej monecie. Wbrew słownym zapewnieniom Bernanke i Geithner robią wszystko, co w ich mocy, aby jak najprędzej dolara zeszmacić, bo wówczas będzie im łatwiej napompować dziurawy na biliony kredytowy balon i powrócić z przepaści deflacji do wygodnej i znanej polityki małej inflacji. To co widzimy na wykresie walutowym to obraz ich skuteczności. Owszem, dług zewnętrzny Stanów się ciągle powiększa, ale w wartościach realnych ulega skurczeniu, bowiem waluta jest coraz słabsza. To jest racjonalna ekonomicznie odpowiedź na politykę pompowania upadłych banków wirtualnym pieniądzem. Co więcej, takie było zamierzenie od samego początku akcji. Dług faktycznie kurczący się poprzez utratę realnej wartości pieniądza jest rozwiązaniem najstarszym z możliwych. Proszę nie mylić z hiperinflacją.
Dotychczasowe działania centralnego Benka przekonują, że polityka słabego dolara jest przemyślanym wyborem i spokojnie można zakładać dalszy upadek tej waluty. Nie widać po prostu sposobu, w jaki możnaby bieg wypadków zmienić.
Dewaluacja a inflacja
Oczekujący na inflację oraz hiperinflację przeoczą najważniejsze odcinki filmu. Być może te sekwencje są przed Amerykanami, nie wiem jak zręczny i sterowny jest Benek. Sądząc z dotychczasowego performance jankesów będzie na ostatku czekać jeszcze brudna inflacja, rzędu +15%. Ale zanim to nastąpi lollar się skutecznie zeszmaci, a właśnie wchodzimy w rozwój wydarzeń sceny drugiej.
Stopniowy upadek dolara (dewaluacja) wcale nie musi oznaczać wzrostu cen krajowych. Owszem, teoretycznie towary importowane drożeją (ropa na przykład), jednak w perspektywie kraju bilans handlowy bardzo szybko się stabilizuje, a wręcz zaczyna wykazywać nadwyżkę. W sytuacji ogromnego bezrobocia oraz wolnych rezerw presja na wzrost cen jest minimalna, jeśli w ogóle istnieje. Zatem w najbliższych dwu latach Stany czeka najwyraźniej lekka deflacja (brak wzrostu cen, bądź ich spadek) oraz dewaluacja dolara.
Upadek dolara jest logiczną konsekwencją ponad dwóch dekad życia ponad stan. Teraz za wszystko z importu trzeba płacić więcej (za wyjątkiem Chin, choć i to się zmieni), zatem spadek poziomu konsumpcji i życia jest nieunikniony. W ten oto sposób Amerykanie zostali zmuszeni do oszczędzania i zrównoważenia chronicznie ujemnego bilansu handlowego. Jak za dotknięciem rożdżki ze słabnącym dolarem wzrosła konkurencyjność eksportu i spadł import. To niby oczywiste, ale z punktu widzenia przeciętnego Amerykanina nie jest to raczej przyjemna zmiana.
Cysorz to ma klawe życie
Nie ma jak być wielkim dłużnikiem. Okazuje się dziś, że wszyscy chcą mieć słabą walutę. Słowna interwencja Benka, zapowiadająca gotowość do zaciskania monetarnego, jest reakcją na piski banków Japonii oraz Europy, skarżących się, że dolar jest za tani. Cierpi na tym ich eksport, zatem wyniki gospodarcze. Z rozmów kuluarowych wynika, że FED nie ma nic przeciwko interwencjom walutowym w obronie dolara. Oczywiście na koszt zainteresowanych. Mamy przecież wolny przepływ kapitałów. Jak się komuś nie podoba kurs dolara, ustalony na wolnym międzynarodowym rynku, może na niego próbować wpłynąć, oczywiście na swój koszt. Jeśli dla przykładu panu Trichetowi euro wydaje się za drogie, może skupować na foreksie dolary. Na krótko to oczywiście zadziała wzmocnieniem dolara (osłabieniem euro), ale zezowaty przestrzega: interwencje walutowe są kosztowne, a poza tym w dłuższej perspektywie przeciwskuteczne. Jeśli nie wierzysz, popatrz sobie na eurpln i skutki interwencji obrony kanału 4,08-4,18.
Pikantny smak łaskawego przyzwolenia na sztuczne wzmacnianie dolara polega na tym, że bank interwent robi to na swój koszt. Co więcej, skupowanie dolara celem jego wzmocnienia wprost lub pośrednio doprowadza do finansowania tego, na czym naprawdę Benkowi zależy, a mianowicie puchnącego deficytu. Co może zrobić bank, kupujący dolary? Oczywiście trzymać je na koncie (złe rozwiązanie, dolar słabnie ;) albo nabyć za nie jakieś aktywa. Kupuje akcje amerykańskie - bingo! Benek klaszcze w dłonie. NYSE idzie do góry. Kupuje obligacje (dług rządowy) - bingo! Benek uśmiecha się szeroko. Spada oprocentowanie bondów, widmo podwyższenia stóp procentowych i pogłębienia recesji oddala się. Jak na to nie spojrzeć, z tej perspektywy każde rozwiązanie dla Benka jest dobre. Słabnący dolar powoduje, że wszyscy chcą (muszą) go wesprzeć i w ten sposób muszą podpierać giełdę (na tym Benkowi zależy) oraz obligacje (na tym Benkowi zależy jeszcze bardziej). Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do kupna obligacji. Chińczycy mogą ich nie kupować (i puścić z dymem swoje rezerwy), podobnie jak Europa (i szlag trafi ostatecznie niemiecki eksport). Cysorz to ma klawe życie. Może rozkazać, żeby proszono go o pozwolenie pocałowania w d... Nie jest tak, że ktoś kogoś zmusza. Najśmieszniejsze w tej historii to fakt, że to działa. Drugie najśmieszniejsze, że świat woli tego nie widzieć. Trudno ludzi za to winić. Cysorz niby goły, ale zachcianki ciągle ma cysorskie. Przywilej walutowy - jak widać - może skrywać zgoła nieoczekiwane możliwości.
Teraz szybciutko do analiz.

Dolar po przełamaniu bariery spokojnie sobie flaczeje w pięknym kanale, gdzie napotkał na poziomie ,6660 zdecydowany opór japończyków i europejczyków. Najwyraźniej będą interweniować w obronie tego poziomu. Na krótko zdecydowana obrona, brak możliwości przebicia tego poziomu. W średniej perspektywie kanał boczny w paśmie .666-690. Pomimo możliwych interwencji zezowaty jest przekonany o dalszym nieuchronnym spadku, być może nawet szybko.

Obligacje jeszcze bardziej się wygięły. Rentowność na dole (3 mies) spadła, na górze lekko wzrosła. Oznacza to że jeszcze więcej jest chętnych na obligacje o krótkim terminie zapadalności, tak wiele, że dają zerowy zarobek. Niemniej na długim końcu jest jeszcze dużo swobody. Cysorz Benek może z całym spokojem wymagać, aby prosili go o pozwolenie pocałowania, bowiem rentowność co prawda jakby drgnęła, ale daleko jej do normalnych poziomów.

Co ciekawe - i pouczające - chwilowo dziesięciolatki powinny drożeć (spada oprocentowanie), ale niewiele. Do sytuacji poważnej, którą zezowaty ocenia na 5,5%, jest bardzo daleko. Do tego czasu centralny Benek będzie miał swobodę w finansowaniu potrzeb pożyczkowych wuja Sama. Zobacz, ile niewymuszonej swobody i wdzięku kryje w sobie szmaciana, wirtualna waluta. Kto by pomyślał ;)
Jest jeszcze zakończenie baśniowe. Pewnego razu żył pewien cesarz... Nowe szaty cesarza, których wcale nie było, wyglądały wspaniale. Wszyscy się nimi zachwycali, aż niespodziewanie weszło na salę dziecko i krzyknęło: cesarz jest nagi! A wszystko to właśnie dzieje się naprawdę...
Przekaz Benito został wzmocniony przemówieniami dwóch prominentnych bankierów regionalnych, którzy przejawili nastawienie jastrzębie (zwolennicy wyprzedzającej podwyżki stóp). W sumie udana akcja marketingowa. Dla czytelników tego bloga nie powinno być wszelako zaskoczeniem, że cały atak i kontratak to wielka ściema, walka z nieistniejącym wrogiem, na wyimaginowanym polu.
Gdzie ta inflacja?
Po pierwsze - i najważniejsze - nigdzie, jak okiem sięgnąć, inflacji w dolarze nie widać, bo faktycznie jest deflacja. Wskaźniki cen CPI, sentyment konsumencki, wydatki, inwestycje, wszystko w dół. Do tego bezrobocie 10% i rośnie, z perspektywą wzrostu jeszcze przez cały następny rok! Wskaźnik kreacji pieniądza - patrz poprzednie wpisy - na niesłychanym teoretycznie poziomie 0. Cokolwiek Benio wydrukuje, spokojnie zostaje w jego centralbanku, bo nie wypływa na rynek. Jest jeszcze gorzej. Do momentu oczyszczenia systemu z czarodziejskiego pieniądza (góra wirtualnych aktywów, shadow banking itd.) będzie trwała deflacja, czyli destrukcja wirtualnego kapitału, do zrównoważenia bilansów bankowych. To, że giełda rośnie na minimalnych (i spadających) obrotach nic nie znaczy, poprawia jedynie wyniki instytucji finansowych (głównie banków). Inflacji z tego wykrzesać się nie da. Do tego potrzebny jest nowy kredyt, a na to z kolei potrzebna jest chęć i nastrój. Ten zostanie odbudowany oczywiście w trakcie tej światowej depresji, ale nie nastąpi to tak szybko, jak chciałby pozwolić wierzyć czarodziej Ben.
Złudzenie siły azjatyckich wierzycieli
Przez całe lato karmiono świat strachem przed możliwymi konsekwencjami strajku azjatyckich wierzycieli, głównie Chin. Co to będzie, jak przestaną kupować obligacje, których wysyp przygotowuje Tymon? Tragedia. Miesiąc w miesiąc 100 mld świeżutkich obligacji skarbowych przez kilka najbliższych lat, więc jak Chińczycy przestaną ufać w dolara, to ten się załamie. Po wielu próbach i ogromnym medialnym hałasie w końcu się udało i dolar zaczął się wyraźnie staczać. Ben i Tymon uspokajają, że polityka mocnej waluty obowiązuje i chińskie oszczędności są bezpieczne.
To szczególny rodzaj prawdy, taka lekko półprawda warunkowa. Jak tu już opisywałem, chińskie oszczędności są bezpieczne, bo Stanom niewypłacalność nie grozi. Jeśli Chińczycy przestaną kupować nowe obligacje, Ben kupi je sam w ramach operacji "drukarka", co w języku monetarystów nazywa się monetyzacja długu. Chińczyk swój kapitał i odsetki dostanie w świeżutkim papierze, trudno że trochę mniej wartym. Towarzyszy temu całkiem proste, cyniczne rozumowanie.
Powołajcie sobie wróbla transferowego, albo gold RMB, co chcecie. Nawet obligacji nie musicie kupować, nie kupujcie, szybciej się nasz dług zeszmaci. Dolar się rozleci? No to co z tego, przecież od ‘71 to jest jedynie kawałek źle zadrukowanego okultystycznymi symbolami papieru. It is our money and your problem. Sayonara. Ropa i złoto będą kwotowane w tych śmieciach, dopóki będziemy kontrolować centra podaży i handlu, a kontrolować będziemy zawsze. Reszta się dla nas nie liczy, możemy jutro zamienić lolary na żetony Monopoly.
Co zdecydowała Azja? Kontynuować swoją proeksportową politykę. Liczy się konkurencyjność chińskiego eksportu. Dopóki juan przymocowany jest do dolara, głównego partnera handlowego, nie ma naprawdę żadnego ryzyka. Za swój eksport Chiny inkasują dolary a te banki chińskie inwestują w obligacje, bo to jest ich jedyna możliwość. Po co miałyby przestać kupować obligacje Tymona, żeby zrobić mu na złość? Mogą w te sposób jedynie pogorszyć koniunkturę oraz wystawić się na retorsje handlowe, czego smak dał im pokojowy noblista Obama w oponach. Dodatkowo stracą kilka procent odsetek od kapitału oraz przyczynią się do szybszej erozji siły nabywczej dolara (wzrasta cena surowców). Skórka niewarta wyprawki, więc Chińczycy nie zrobili, całkiem racjonalnie, nic aby zmienić status quo. Jakikolwiek ruch w polityce handlowej i walutowej wobec Stanów byłby dla nich niekorzystny. Na koniec powtórzę coś oczywistego i genialnego w swojej prostocie zarazem. Chinom tak naprawdę jest obojętne, po ile jest dolar, dopóki jest wiarygodny (a wiarygodny będzie dopóki Benek ma klucze do drukarni, czyli zawsze). Co z tego, że tzw. siła dolara spada (wartość do koszyka walut), skoro wszystkie rozliczenia Chińczyk robi w dolarach. 100$ wczoraj jest tymi samymi 100$ jutro. Oczywiście słaby dolar powoduje niekorzystny wzrost cen surowców, ale to jedynie przekonuje, żeby Chiny nie przestały kupować obligacji, przyczyniając się do ich wzrostu. Jednym słowem pat.
Trójkąt Chimerica-Europa
Od dłuższego czasu publikuję wykresy usdeur, odwrotnie niż konsens europejski, nie dlatego, że jestem specjalnie benkolubny, ale wolę mieć widok taki, jak główny gracz. Zazwyczaj więcej widać ;) Lansuję ten sposób, bo widzę, jak bezradne mądrale rządzą powszechnie w Europie na wykresach odwrotnych, kiedy ten, co trzyma wszystko w ręku jedzie wręcz przeciwnie. Warto chyba widzieć to, co on, prawda? Jest szansa przy okazji zrozumieć (taka rada od lajkonika, zawsze byłem prymasem). Co zatem widać na wykresie, zobacz dalej. Na razie wnioski wypływające z decyzji Chin o utrzymaniu kursu i co z tego dla Europy wynika.
O ile wyjaśniliśmy, że główna oś handlowa (i główna oś globalizacji) jest nienaruszona (dolar dla Chińczyka jest wart dolara wczoraj i jutro także, czyli dokładnie 100 centów), to już z euro, jako kandydatem na walutę rezerwową, tak lekko nie jest. Dolar osłabia sie głównie właśnie do euro i w warunkach recesji jest to raczej zła wiadomość. Z punktu widzenia projektu Chimerica to bardzo dobrze. Policzmy. Dolar flaczeje w oczach, niemniej Chińczycy dostają te same ceny co wczoraj. Dla Europy jednak, kiedy stosują cennik dolarowy, ceny od początku roku są o kilkanaście procent niższe, dzięki słabnącemu dolarowi. Oznacza to wzrost konkurencyjności chińskiego eksportu w Europie i proporcjonalny spadek konkurencyjności produkcji europejskiej w Chinach (patrz np. Siemens). Jeśli spojrzeć na porozumienie Chińczyków w sprawie nie niszczenia dolara z tej perspektywy, to robi się nieciekawie. Za obronę status quo zapłacimy w wojnie walutowej my. Po prostu i brutalnie.
Co to jest konkurencyjna dewaluacja
Tu dochodzimy do pojęcia, które pojawiło się gdzieś z początkiem roku i zezowaty gratuluje sobie, że już wówczas przewidywał wyścig dewaluacji walut. Liderem będzie lollar, stąd wybór zaszczytnego terminu i uwaga poświęcona tej zasłużonej monecie. Wbrew słownym zapewnieniom Bernanke i Geithner robią wszystko, co w ich mocy, aby jak najprędzej dolara zeszmacić, bo wówczas będzie im łatwiej napompować dziurawy na biliony kredytowy balon i powrócić z przepaści deflacji do wygodnej i znanej polityki małej inflacji. To co widzimy na wykresie walutowym to obraz ich skuteczności. Owszem, dług zewnętrzny Stanów się ciągle powiększa, ale w wartościach realnych ulega skurczeniu, bowiem waluta jest coraz słabsza. To jest racjonalna ekonomicznie odpowiedź na politykę pompowania upadłych banków wirtualnym pieniądzem. Co więcej, takie było zamierzenie od samego początku akcji. Dług faktycznie kurczący się poprzez utratę realnej wartości pieniądza jest rozwiązaniem najstarszym z możliwych. Proszę nie mylić z hiperinflacją.
Dotychczasowe działania centralnego Benka przekonują, że polityka słabego dolara jest przemyślanym wyborem i spokojnie można zakładać dalszy upadek tej waluty. Nie widać po prostu sposobu, w jaki możnaby bieg wypadków zmienić.
Dewaluacja a inflacja
Oczekujący na inflację oraz hiperinflację przeoczą najważniejsze odcinki filmu. Być może te sekwencje są przed Amerykanami, nie wiem jak zręczny i sterowny jest Benek. Sądząc z dotychczasowego performance jankesów będzie na ostatku czekać jeszcze brudna inflacja, rzędu +15%. Ale zanim to nastąpi lollar się skutecznie zeszmaci, a właśnie wchodzimy w rozwój wydarzeń sceny drugiej.
Stopniowy upadek dolara (dewaluacja) wcale nie musi oznaczać wzrostu cen krajowych. Owszem, teoretycznie towary importowane drożeją (ropa na przykład), jednak w perspektywie kraju bilans handlowy bardzo szybko się stabilizuje, a wręcz zaczyna wykazywać nadwyżkę. W sytuacji ogromnego bezrobocia oraz wolnych rezerw presja na wzrost cen jest minimalna, jeśli w ogóle istnieje. Zatem w najbliższych dwu latach Stany czeka najwyraźniej lekka deflacja (brak wzrostu cen, bądź ich spadek) oraz dewaluacja dolara.
Upadek dolara jest logiczną konsekwencją ponad dwóch dekad życia ponad stan. Teraz za wszystko z importu trzeba płacić więcej (za wyjątkiem Chin, choć i to się zmieni), zatem spadek poziomu konsumpcji i życia jest nieunikniony. W ten oto sposób Amerykanie zostali zmuszeni do oszczędzania i zrównoważenia chronicznie ujemnego bilansu handlowego. Jak za dotknięciem rożdżki ze słabnącym dolarem wzrosła konkurencyjność eksportu i spadł import. To niby oczywiste, ale z punktu widzenia przeciętnego Amerykanina nie jest to raczej przyjemna zmiana.
Cysorz to ma klawe życie
Nie ma jak być wielkim dłużnikiem. Okazuje się dziś, że wszyscy chcą mieć słabą walutę. Słowna interwencja Benka, zapowiadająca gotowość do zaciskania monetarnego, jest reakcją na piski banków Japonii oraz Europy, skarżących się, że dolar jest za tani. Cierpi na tym ich eksport, zatem wyniki gospodarcze. Z rozmów kuluarowych wynika, że FED nie ma nic przeciwko interwencjom walutowym w obronie dolara. Oczywiście na koszt zainteresowanych. Mamy przecież wolny przepływ kapitałów. Jak się komuś nie podoba kurs dolara, ustalony na wolnym międzynarodowym rynku, może na niego próbować wpłynąć, oczywiście na swój koszt. Jeśli dla przykładu panu Trichetowi euro wydaje się za drogie, może skupować na foreksie dolary. Na krótko to oczywiście zadziała wzmocnieniem dolara (osłabieniem euro), ale zezowaty przestrzega: interwencje walutowe są kosztowne, a poza tym w dłuższej perspektywie przeciwskuteczne. Jeśli nie wierzysz, popatrz sobie na eurpln i skutki interwencji obrony kanału 4,08-4,18.
Pikantny smak łaskawego przyzwolenia na sztuczne wzmacnianie dolara polega na tym, że bank interwent robi to na swój koszt. Co więcej, skupowanie dolara celem jego wzmocnienia wprost lub pośrednio doprowadza do finansowania tego, na czym naprawdę Benkowi zależy, a mianowicie puchnącego deficytu. Co może zrobić bank, kupujący dolary? Oczywiście trzymać je na koncie (złe rozwiązanie, dolar słabnie ;) albo nabyć za nie jakieś aktywa. Kupuje akcje amerykańskie - bingo! Benek klaszcze w dłonie. NYSE idzie do góry. Kupuje obligacje (dług rządowy) - bingo! Benek uśmiecha się szeroko. Spada oprocentowanie bondów, widmo podwyższenia stóp procentowych i pogłębienia recesji oddala się. Jak na to nie spojrzeć, z tej perspektywy każde rozwiązanie dla Benka jest dobre. Słabnący dolar powoduje, że wszyscy chcą (muszą) go wesprzeć i w ten sposób muszą podpierać giełdę (na tym Benkowi zależy) oraz obligacje (na tym Benkowi zależy jeszcze bardziej). Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do kupna obligacji. Chińczycy mogą ich nie kupować (i puścić z dymem swoje rezerwy), podobnie jak Europa (i szlag trafi ostatecznie niemiecki eksport). Cysorz to ma klawe życie. Może rozkazać, żeby proszono go o pozwolenie pocałowania w d... Nie jest tak, że ktoś kogoś zmusza. Najśmieszniejsze w tej historii to fakt, że to działa. Drugie najśmieszniejsze, że świat woli tego nie widzieć. Trudno ludzi za to winić. Cysorz niby goły, ale zachcianki ciągle ma cysorskie. Przywilej walutowy - jak widać - może skrywać zgoła nieoczekiwane możliwości.
Teraz szybciutko do analiz.

Dolar po przełamaniu bariery spokojnie sobie flaczeje w pięknym kanale, gdzie napotkał na poziomie ,6660 zdecydowany opór japończyków i europejczyków. Najwyraźniej będą interweniować w obronie tego poziomu. Na krótko zdecydowana obrona, brak możliwości przebicia tego poziomu. W średniej perspektywie kanał boczny w paśmie .666-690. Pomimo możliwych interwencji zezowaty jest przekonany o dalszym nieuchronnym spadku, być może nawet szybko.

Obligacje jeszcze bardziej się wygięły. Rentowność na dole (3 mies) spadła, na górze lekko wzrosła. Oznacza to że jeszcze więcej jest chętnych na obligacje o krótkim terminie zapadalności, tak wiele, że dają zerowy zarobek. Niemniej na długim końcu jest jeszcze dużo swobody. Cysorz Benek może z całym spokojem wymagać, aby prosili go o pozwolenie pocałowania, bowiem rentowność co prawda jakby drgnęła, ale daleko jej do normalnych poziomów.

Co ciekawe - i pouczające - chwilowo dziesięciolatki powinny drożeć (spada oprocentowanie), ale niewiele. Do sytuacji poważnej, którą zezowaty ocenia na 5,5%, jest bardzo daleko. Do tego czasu centralny Benek będzie miał swobodę w finansowaniu potrzeb pożyczkowych wuja Sama. Zobacz, ile niewymuszonej swobody i wdzięku kryje w sobie szmaciana, wirtualna waluta. Kto by pomyślał ;)
Jest jeszcze zakończenie baśniowe. Pewnego razu żył pewien cesarz... Nowe szaty cesarza, których wcale nie było, wyglądały wspaniale. Wszyscy się nimi zachwycali, aż niespodziewanie weszło na salę dziecko i krzyknęło: cesarz jest nagi! A wszystko to właśnie dzieje się naprawdę...
czwartek, 1 października 2009
Czerwony październik
Przeczuwam, że w oczekiwaniu na huczną, sześćdziesiątą rocznicę rewolucji chińskiej, Nowy Jork niepostrzeżenie uklepuje szczyt swojej benkowej hossy. Chińczycy bardzo by nie chcieli, aby Benek zepsuł im obchody, więc chyba duża zwałka raczej nie była teraz w planach, ale rynek to żywioł. Zezowaty widzi zatem październik na czerwono, rewolucyjnie.Dlaczego takie stanowisko, łatwo zgadnąć. Już w sierpniu rynek miał się zwalić, jednak jakaś magiczna siła ciągnęła go z uporem do góry. Nie łudźmy się, być może i tym razem się to udać, choć po spojrzeniu na współczynniki trudno w to uwierzyć. Obama z Bernankem za oceanem mają podobny problem, co nasz Wzrostowski. Kiedy zabraknie im kasy na pompowanie, zaraz wychodzi - zgodnie z obrazową przenośnią Bufeta - z wody golas. Benkowi kasa na stymulację giełdy właśnie się kończy. Mało tego. Powoli, ale nieubłaganie zaczyna narastać wątpliwość co do jakości długu, zatem oprocentowanie długich obligacji zaczyna niebezpiecznie wskazywać na wzrosty. Ze wszystkich rzeczy na świecie Benek najbardziej boi się deflacji i strajku obligacji, w tej kolejności. Najpierw napompował więc dziurawy balon kredytowy cudownym, "wykreowanym" pieniądzem, a następnie rozgląda się za kolejnymi niebezpieczeństwami.

Zaklinanie rzeczywistości działa - jak widać po naszych przykładach - znakomicie. Jednak pewnego jesiennego dnia rzeczywistość przypomina o sobie i pora wracać do realiów. Jakie one są? Zerowy bądź ujemny wzrost gospodarczy w najbliższej przyszłości, lekko dodatni z licznymi przerwami, w średniej perspektywie. Giełda ze wskaźnikami P/E grubo ponad 100. Zapaść na rynku CRE, przedłużająca się na najbliższe lata agonia rynku budowlanego i banków finansujących bańkę budowlaną. Nieuchronna podwyżka podatków na horyzoncie. Wiarygodność banku centralnego topniejąca w oczach świata, powoli przeżuwającego konstatację, że Benek kupuje co drugą obligację wydrukowaną przez Tymona. Lollar na skraju przepaści. Mało? Jak na puste obietnice, historie Andersena o zielonych listkach grochu i tym podobne fantazje masowej propagandy, to ta hossa pustego pieniądza i tak długo już trwała.
Spójrz na wykres, a doznasz szokującego odkrycia. Trudno bardziej napompować giełdę, bo każdy, kto ma puls, już tam jest. Everybody and his dog. Wskaźniki są w stanie permanetnego wykupienia tak, jakby jutro nie było już na świecie żadnej śmieciowej akcji na zbyciu. Tymczasem pożyczkowy pociąg towarowy ze stoma wagonami, każdy po miliardzie zielonych papierków, zdąża na rampę załadunkową. Teraz każdego miesiąca podobnej wielkości pociąg będzie witał na stacji, przez kolejne dziesięć lat! Tak przynajmniej planuje sztab geniusza finansowego Larry Summersa. Rachunek jest prosty. Stymulacji za 700 mld starczyło na siedem miesięcy, teraz co miesiąc zabraknie 100 mld. Skąd je wyczarujemy? Wydrukujemy? O nie, Benek się zarzeka. Jeszcze nie tym razem. Gdyby tak zrobił, zawaliłoby się wszystko od razu. Weźmie pieniążki z rynku. Czyli z giełdy.
Cieszmy się, że one jeszcze tam są, bo jeśli ich nie będzie, to US okaże się bankrutem, mimo teoretycznej absolutnej gwarancji Benka. Pomimo wszechogarniającej mitologii o potędze jego drukarni zezowaty w tę dętą potęgę czarodzieja nie wierzy. Co z tego, że Benito może "kupić" wszystkie obligacje Tymona? Już w przedszkolu zezowaty przećwiczył tę zabawę. Była fajna tylko tak długo, jak udawało się do niej wkręcić osoby postronne, które wierzyły w siłę nabywczą plastikowych monet. Na tej samej zasadzie, jeśli obligacji Tymona nikt już po świecie nie zechce, a powoli wszystko zmierza w tę stronę, Benek ich i tak nie kupi, bo po co się trudzić? Lolarami palimy w piecu od momentu, gdy postronni frajerzy nie nabierają się już na sztukę Benek, Tymek i ten trzeci . Żeby do tego nie dopuścić, giełda musi trochę schudnąć. Trudno, obligacje są ważniejsze, jak opisano wyżej. Takie jest prawo finansowej dżungli. Ale zaraz, to znaczy że gdyby nie obligacje, to NYSE mogłaby rosnąć do nieba? Może tak, tylko nie ma poważniejszej sprawy, niż wypłacalność dolara. Wyobrażasz sobie, że któregoś dnia suwerenny dług USA nie daje się zrolować? Lepiej nie rób tego ćwiczenia rano, bo dzień zmarnowany.
Swoją drogą ładna była ta hossa. Dynamiczna. Uparta. Szybka. Spieszmy się cieszyć z hossy, tak szybko odchodzą, jak letnie dni i pomidory.
czwartek, 10 września 2009
środa, 9 września 2009
Szanowny Panie Przewodniczący Bernanke
Chińczycy przesyłają gratulacje.
W imieniu przywódców chińskich i wszystkich Chińczyków, chcemy pogratulować panu ponownego wyboru na przewodniczącego amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Nie moglibyśmy być bardziej zadowoleni wiedząc, iż człowiek, który uratował wartość naszych kredytów hipotecznych w Fannie Mae w zeszłym roku, będzie Wielkim Sternikiem Monetarnym przez kolejne cztery lata.
Zauważamy także z satysfakcją i podziwem w licznych Pana ostatnich zapewnieniach, na łamach Wall Street Journal i różnych wypowiedziach oficjalnych, że Pan i Fed nie ma zamiaru umożliwiać ożywienia inflacji dolara. Jest to źródłem wielkiego spokoju Chińczyków, nie wspominając o biurokracji w Pekinie, która podjęła decyzję o inwestycji 1 biliona dolarów lub więcej w papierach wartościowych denominowanych w dolarach.
Jak można sobie wyobrazić, stało się to zarzewiem pewnych kontrowersji politycznych w rządzie Chińskiej Republiki Ludowej, jak również zauważyć, że traktuje się tę sprawę w amerykańskiej prasie finansowej nieodpowiedzialnie. Na szczęście nie mamy u nas ostatniego problemu. Ale prosimy pamiętać, że żywimy pogardę dla jakichkolwiek głosów w niepatriotycznych mediach, które podają w wątpliwość rozwiązania stosowane dla utrzymania wartości waluty rezerwowej w świecie.
Wszelako z całym szacunkiem prosimy pamiętać o swojej decyzji zakupu w tym roku amerykańskich obligacji skarbowych, która bezpośrednio monetyzuje dług zaciągnięty przez nieodpowiedzialnych polityków demokratycznych. (Jest to kolejny powód, dlaczego Chińczycy są tak sceptycznie nastawieni do demokracji, bowiem zawsze prowadzi do państwa dobrobytu!) Trzeba przyznać, że decyzja Skarbu zaskoczyła nas, biorąc pod uwagę liczne wykłady na przestrzeni lat naszych amerykańskich przyjaciół na temat znaczenia niezależności banku centralnego. Co więcej w ubiegłym roku zauważono, że Ameryka robi wiele rzeczy, które kiedyś w myśl kapitalistycznej doktryny gospodarczej były niemożliwe, nieprawdaż?
Mając to na uwadze, zdecydowaliśmy się na zabezpieczenie naszych rezerw dolara i kupno złota, ropy naftowej i innych surowców, których wartość wzrasta, jeżeli wartość dolara spada. Może Pan zatem zauważył, że ropa przekroczyła 71 dolarów za baryłkę, mimo słabości globalnego popytu, a w szczególności złoto wzrosło w tym tygodniu do ponad 1.000 dolarów za uncję.
Być może widzieliście raporty, że Chińczycy podwoili swe rezerwy złota i dokonują zakupu innych metali. Proszę się nie niepokoić. Jest to normalny proces dywersyfikacji, któremu podlega każdy wierzyciel bilionów dolarów, w przypadku zmiany definicji Rezerwy Federalnej "przedłużonego okresu" złagodzenia pieniężnego, które okazuje się być jeszcze bardziej rozbudowane, niż zakładano, że będzie. Tym bardziej chętnie zaprzestaniemy tej ucieczki od aktywów dolarowych, kiedy zaobserwujemy wolę zacieśniania monetarnego, na pewno tłumaczy to dlaczego prezydent Obama wyznaczył na szefa wybitnych doradców ekonomicznych Białego Domu, Lawrence Summersa.
Jeszcze raz w imieniu wszystkich Chińczyków, z całego serca gratulujemy.
Z poważaniem,
Ministerstwo Finansów
Szanowni Państwo, Szanowny Przewodniczący i Zbawiciel świata
W imieniu przywódców chińskich i wszystkich Chińczyków, chcemy pogratulować panu ponownego wyboru na przewodniczącego amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Nie moglibyśmy być bardziej zadowoleni wiedząc, iż człowiek, który uratował wartość naszych kredytów hipotecznych w Fannie Mae w zeszłym roku, będzie Wielkim Sternikiem Monetarnym przez kolejne cztery lata.
Zauważamy także z satysfakcją i podziwem w licznych Pana ostatnich zapewnieniach, na łamach Wall Street Journal i różnych wypowiedziach oficjalnych, że Pan i Fed nie ma zamiaru umożliwiać ożywienia inflacji dolara. Jest to źródłem wielkiego spokoju Chińczyków, nie wspominając o biurokracji w Pekinie, która podjęła decyzję o inwestycji 1 biliona dolarów lub więcej w papierach wartościowych denominowanych w dolarach.
Jak można sobie wyobrazić, stało się to zarzewiem pewnych kontrowersji politycznych w rządzie Chińskiej Republiki Ludowej, jak również zauważyć, że traktuje się tę sprawę w amerykańskiej prasie finansowej nieodpowiedzialnie. Na szczęście nie mamy u nas ostatniego problemu. Ale prosimy pamiętać, że żywimy pogardę dla jakichkolwiek głosów w niepatriotycznych mediach, które podają w wątpliwość rozwiązania stosowane dla utrzymania wartości waluty rezerwowej w świecie.
Wszelako z całym szacunkiem prosimy pamiętać o swojej decyzji zakupu w tym roku amerykańskich obligacji skarbowych, która bezpośrednio monetyzuje dług zaciągnięty przez nieodpowiedzialnych polityków demokratycznych. (Jest to kolejny powód, dlaczego Chińczycy są tak sceptycznie nastawieni do demokracji, bowiem zawsze prowadzi do państwa dobrobytu!) Trzeba przyznać, że decyzja Skarbu zaskoczyła nas, biorąc pod uwagę liczne wykłady na przestrzeni lat naszych amerykańskich przyjaciół na temat znaczenia niezależności banku centralnego. Co więcej w ubiegłym roku zauważono, że Ameryka robi wiele rzeczy, które kiedyś w myśl kapitalistycznej doktryny gospodarczej były niemożliwe, nieprawdaż?
Mając to na uwadze, zdecydowaliśmy się na zabezpieczenie naszych rezerw dolara i kupno złota, ropy naftowej i innych surowców, których wartość wzrasta, jeżeli wartość dolara spada. Może Pan zatem zauważył, że ropa przekroczyła 71 dolarów za baryłkę, mimo słabości globalnego popytu, a w szczególności złoto wzrosło w tym tygodniu do ponad 1.000 dolarów za uncję.
Być może widzieliście raporty, że Chińczycy podwoili swe rezerwy złota i dokonują zakupu innych metali. Proszę się nie niepokoić. Jest to normalny proces dywersyfikacji, któremu podlega każdy wierzyciel bilionów dolarów, w przypadku zmiany definicji Rezerwy Federalnej "przedłużonego okresu" złagodzenia pieniężnego, które okazuje się być jeszcze bardziej rozbudowane, niż zakładano, że będzie. Tym bardziej chętnie zaprzestaniemy tej ucieczki od aktywów dolarowych, kiedy zaobserwujemy wolę zacieśniania monetarnego, na pewno tłumaczy to dlaczego prezydent Obama wyznaczył na szefa wybitnych doradców ekonomicznych Białego Domu, Lawrence Summersa.
Jeszcze raz w imieniu wszystkich Chińczyków, z całego serca gratulujemy.
Z poważaniem,
Ministerstwo Finansów
Pekin
sobota, 20 czerwca 2009
Hard rock Benek po kantońsku
W uzupełnieniu mojego bladoskórego felietonu o monetarnym położeniu Ameryki, które Andy Xie trafnie nazywa między młotem i kowadłem, jego trzeźwe, chińskie i klarowne spojrzenie na stan rzeczy: Between a rock and a hard place.
Jeśli chcieć poczytać moja tłumaczy inglisz na polski, jest tu: góglomacz.
Polecam w ramach odprężenia.
Swoją drogą, warto wyciągnąć praktyczne wnioski z faktu, że największe skupisko anglojęzyczne jest w ... Chinach. Andy pisze w inglisz perfekt, co nie dziwi, bo studiował w Stanach. Ważne, że myśli jasno i po chińsku :) Takie czasy, powiedział Rosjanin, z dumą ukazując złotego Rolexa.
Jeśli chcieć poczytać moja tłumaczy inglisz na polski, jest tu: góglomacz.
Polecam w ramach odprężenia.
W ciągu ostatnich trzech tygodni, dolar ma zanurzali w morzu, ropy naftowej i skarbowych plon mają wzrósł. Te zmiany cen wykazują typowe objawy inflacji strachu. Inflacji obawiają się komplikuje polityki na całym świecie. W USA, w szczególności, może być butelkowane cala bodziec fiskalny przez rząd federalny i płynności pompowanie przez Federal Reserve są dwa instrumenty propping się pęknięcie gospodarce Stanów Zjednoczonych. Deficytu fiskalnego może górę 2 bilionów dolarów (15% PKB) w 2009 roku. Jest to jedna trzecia dodać do całości zasobów rząd federalny nieuregulowany dług. Takie masowe dostawy federalnego długu dokumentów potrzebuje prężny skarbu wchłonąć. Jeśli rynek skarbowych jest opatrzone rynku absorpcji staje się ogromnym problemem.
Swoją drogą, warto wyciągnąć praktyczne wnioski z faktu, że największe skupisko anglojęzyczne jest w ... Chinach. Andy pisze w inglisz perfekt, co nie dziwi, bo studiował w Stanach. Ważne, że myśli jasno i po chińsku :) Takie czasy, powiedział Rosjanin, z dumą ukazując złotego Rolexa.
piątek, 19 czerwca 2009
Master of the universe: Regulator
Śmiałość ruchu Wall Street - zaproponowana reforma nadzoru systemu finansowego - polega na tym, że teraz ludzie, którzy doprowadzili do światowego kyzysu, który w istocie jest powtórką z wielkiej depresji, żądają więcej uprawnień w imię bezpieczeństwa! Benjamin Szlomo Bernanke ma teraz zostać - obok prezesury centralnego banku, który ten kryzys spowodował - także nadzorcą chorego systemu. Trzeba przyznać, że hucpy panom nie brakuje.
![]() |
czwartek, 18 czerwca 2009
Big Bond Ben
Nie, nie będzie o kosmicznych bondach w Chiasso. Przecież Dep. skarbu nie może sobie przypomnieć, że takie wydrukował. One muszą być fałszywe brzmi oficjalne stanowisko urzędników ministerstwa, którzy pospieszyli z odpowiedzią dwa tygodnie po zajściu, kiedy już każda sekretarka na tym globie została o sprawie poinformowana. A co mieli ci biedni urzędnicy powiedzieć? Potwierdzić autentyczność i numery serii? Na to wystarczy jeden telefon i jeden mail. Te 249 starannie przygotowanych formularzy miały przecież perfekcyjnie podrobione kolejne numery oraz wszystkie inne - chyba ich jest kilkanaście - cechy zabezpieczające oryginalnych dokumentów. Spece celni od lewizny, a ci są na tym przejściu najlepsi na świecie, nie potrafili stwierdzić fałszerstwa. W Chiasso, gdzie zatrzymano dwóch japońskich dżentelmenów jest strefa wolnocłowa, słynna z handlu podróbkami Van Gogha i wszystkiego innego co cenne. Jaja Faberge? Proszę bardzo. Bondy? No problem. Skoro nie mogli biedacy przejrzeć maniany, to sprawa jest poważna. Ale do rzeczy. Rzecz będzie o Big Benie.

Benjamin Bond nie pozostaje daleko w tyle za Japończykami na trasie Milano-Basel i wypuszcza na rynek kolejne obligacje, mające ugasić pragnienie budżetowe Geithnera, który się wyparł bondów z Chiasso. 134 mld? Nieprawdziwe. Krótko to trwało. W przyszłym tygodniu Benek wypuszcza na rynek 104 mld tip-top prawdziwych obligacji długoterminowych. Co się dzieje na rynku? Oto moment prawdy. Nie dalej, jak wczoraj twierdziłem
A dziś rentowności wyglądają następująco.


Pociąg ruszył. Chwilowy spadek rentowności, który był oklaskiwany jako powrót do bezczynności i rezygnację z oczekiwań inflacyjnych trwał raptem pięć dni. Oczekiwania inflacyjne okazały się mirażem. Dlaczego? Dlatego że konstrukcja racjonalnych oczekiwań inflacyjnych jest - w oczywisty sposób - kolejnym monetarnym szalbierstwem. Mogła się ulęc w zarozumiałym łbie monetarysty, któremu się wydaje, że potrafi podyktować rynkowi poziom oczekiwanych stóp według sterowania stopami. No to czeka kolejne rozczarowanie i lekcja pokory. Dotychczas Benek zaliczył trzy wpadki i nadal udaje, że może dyktować rynkowi procenty. Nie może.
W obecnej chwili Stany są w wyraźnej deflacji, co dla czytelników tego bloga nie jest zaskoczeniem. Wskaźnik cen hurtowych, opublikowany wczoraj, ma wartość -5% w skali roku. Niemniej wskaźnik inflacji CPI jest dodatni... Co to do k>>>> nędzy znaczy? Jest deflacja, czy inflacja i co na to Ben Bond? Ano właśnie. Po opublikowaniu wyraźnego wskaźnika deflacyjnego - bondy kupowane są przez fundusze emerytalne i firmy jak hedge przed inflacją - oczekiwanie inflacyjne powinno spaść do zera, a wraz z nim rentowność obligacji. Stało się odwrotnie. Dlaczego? Bo monetarne brednie o sterowaniu inflacyjnym oczekiwaniem są dobre przy rozbudzonej koniunkturze i dodatniej inflacji, kiedy polityka monetarna jest sterowna. W obecnej sytuacji Benek utracił sterowność, zjechał z krótkimi obligacjami do zera. Dalej się cofnąć nie może. Zostaje długi koniec, który się właśnie podniósł. Benjamin kiedyś zapowiadał, że nie tylko panuje nad deflacją, ale także nad stopami. Może przecież także sztucznie obniżyć rentowność długich obligacji, poprzez ich zakup. Zaplanowano na zakupy w tym roku 300 mld. Benjamin niedawno się tym przechwalał, mówił że z taką bronią mu długi koniec nie podskoczy. Długoterminowe stopy miały pozostać przez dłuższy okres - z powodu recesji - na wyjątkowo niskim poziomie. Oczekiwanie inflacyjne jest równe zero, a nawet ujemne, więc musi się udać.
I tu zezowaty, a za nim rynek pokazał Benkowi Kozakiewicza, wyceniając rynkową wartość długu na niespełna pięć procent. Rynek nie boi się Benka i jego 300 mld. Tylko w przyszłym tygodniu Benek musi pożyczyć ponad 100 mld. Tej jego śmiesznej broni (która nota-benek dołoży się do sterty długu i trzeba ją będzie sfinansować kolejnymi obligacjami) wystarczy ma maksimum trzy tygodnie. Co to jest trzy tygodnie w porównaniu do trzydziestu lat? Łatwo policzyć. Mniej niż 1/500. Tak się ma Ben Bond i jego zarozumiałe pierdoły do rynku. Ryzyko związane z pożyczaniem pieniędzy nieodpowiedzialnym Benjaminom rośnie z każdym dniem. Nie jest to ryzyko inflacji, jak się monetarystom roi, ale ryzyko uogólnionej płynności/wypłacalności. Skoro nie ma żadnej inflacji, a Benek jest taki pewien swej wiarygodności, to jak to się stało, że nagle co tydzień musi drukować po 100 mld obligacji? Jak to jest, że jego zapowiedzi nic nie znaczą, bo rynek je ignoruje? Po prostu. Za dużo tych obligacji jest do sprzedania i cena spada. Za dużo długu. Cena rośnie. To takie proste. Popyt i podaż. Zapomnijcie o zarozumiałych pierdołach o kreowaniu popytu i oczekiwań inflacyjnych, a będziecie zdrowsi. Benek oczekuje niskich stóp (i to długo, przez lata). Buch! Stopy jak rakieta w górę. Nie czujecie ironii? Mówi do was pajac. Czaruje was zaklinacz stóp z gołym portfelem. Dzikie węże, zerowe stopy, patrz jak do Ciebie mówię z okienka. Jak ja mówię, rynki drżą. Owszem, zaczynają podrygiwać ze śmiechu. Ten pan z piękną brodą potrzebuje pożyczyć tylko w tym roku 1800 mld! Nie było dotychczas takiej powodzi obligacji. Nie ma na rynku takich pieniędzy. Nie wiem jak je sobie wydrukuje, na pewno sobie poradzi, ale przy takiej ofercie - dla zezowatego - minimalny procent od Benka należy się siedem. 7,00% rocznie za oddanie gotóweczki nieodpowiedzialnemu, zadłużonemu po uszy, prezesowi banku, który finansował swój rozwój pożyczkami od dostawców towarów z Azji.
Na koniec cena kredytu to nie jest tylko premia za ryzyko (inflacja, wypłacalność itp.), ale także premia za (no właśnie za co?) kapitał, czyli wynagrodzenie za moc tworzenia wartośći dodanej, niejako opłata leasingowa. Czy to ważny składnik? Jak najbardziej. W świecie, gdzie króluje gotówka i brak kapitału, wynagrodzenie za moc tworzenia (albo wypożyczenie tej mocy) powinno być adekwatnie wysokie, nawet przy ujemnej inflacji. Co z tego, że jutro przeciętne ceny na coś tam będą niższe? Jeśli chcesz gotówki i mocy tworzenia zysku, musisz część z niego oddać. Na pewno nie za darmo, o nie. Za darmo pan Beniamin może nam skoczyć tam, gdzie można nas pocałować. Ale tak to jest z pożyczaniem monetaryście. Jeszcze się trzeba naużerać, bo by chciał za darmochę. Gdzie mi tu, sam sobie zrób! Drukuj.
Co ma do tego inflacja i deflacja? Nic. Deflacja wcale nie jest - jak zarozumiały monetarysta twierdzi - zjawiskiem stricte monetarnym. Benek wydrukował już w tym roku kilka bilionów kapitału, nikt dokładnie nie wie ile. Powkładał to w różne szufladki, z których "kapitał" popłynął do niewypłacalnych banków w zamian za kwity i "aktywa finansowe" o wartości umownej (bliskiej faktycznie zeru). Podobno miała ta gigantyczna operacja defraudacji powstrzymać deflację. Nie udało się. Otóż teraz nie da się już powstrzymać destrukcji długu, wyczarowując następny. Zatem w pewnych klasach aktywów, tam, gdzie twórczy bankierzy sobie pofolgowali, deflacja będzie jeszcze królować przez pewien czas, na przykład w nieruchomościach. W tym samym czasie konsumpcyjna inflacja, oparta na rosnących cenach paliw i żywności, jest odżywającym faktem. Jedno nie przeczy drugiemu. Adam Smith ciągle żyje. Popyt i podaż są aktualne. Zawsze.
W obecnej chwili era taniego pieniądza należy niestety do przeszłości. Beniamin nie może dyktować rynkowi po ile pożyczy od niego dolary, których mu brakuje. To rynek powie mu po ile mu pożyczy i wynagrodzenie będzie rosło. Jeśli Benek zechce udowodnić swoje brednie, mimo poprzednich porażek, rynek mu chwilowo ulegnie, pozwoli wydrukować 300 mld pustych obligacji z dowolnym procentem, by przy kolejnej ofercie podnieść żądane wynagrodzenie. Najlepsze, co teraz Benek może zrobić, to milczeć. Niech nie próbuje QE na długim końcu, bo karząca ręka rynku wyśle go na drzewo i znowu ośmieszy.
Skąd ten drwiący ton? Ano z prostego doświadczenia. Wyobraźcie sobie, że przychodzi do was kolega, znany z rozrzutności i prosi o pożyczkę w te słowa:
- Pożycz mi 100 kafli na dłużej. Wiesz że oddam, zawsze oddaję na czas. Mogę dać góra 4%, to moje ostatnie słowo.
Co robicie? Odpowiadacie:
- Chwilę, muszę się zastanowić (co to za ton, a w ogóle czy cztery wystarczy, przecież on jest goły).
Nie musicie temu panu pożyczać pieniędzy. To on musi skądś je wytrzasnąć. Skoro tak, to niech b>>> nie żąda, żebym mu pożyczał za max. 4%, tylko niech poprosi. Jak nie chce poprosić, niech idzie na drzewo.
Benjamin burczy pod nosem: nie muszę brać od ciebie, sam sobie wydrukuję! Proszę bardzo. Drukuj 1800 mld i witaj szamanie w Zimbabwe. Para buch, prasy w ruch, lolar my love stanie się faktem w ciągu miesiąca od zapowiedzi takiej zabawy.
Najlepsze, co Bond Benek może teraz uczynić, to trzymać krótkie bondy na smyczy, blisko ziemi, bo zombie bankruci potrzebują taniej krwi, żeby przeżyć, a ona cały czas gdzieś wycieka...
Długi koniec jednak - jak pociąg - ruszył z miejsca i nie powróci na ziemię, trzeba się z tym pogodzić. Zatem inflacja, czy deflacja? Chyba, jak trafnie przepowiedział Roubini stag-deflacja. Nie przewidział przy tym wysokich stóp procentowych :) a to jest naprawdę novum, i to bolesne. Cóż człowiek się ciągle uczy, niektórzy dla przykładu muszą stworzyć nową teorię monetarną, weźmy na przykład Bond Benka...

Benjamin Bond nie pozostaje daleko w tyle za Japończykami na trasie Milano-Basel i wypuszcza na rynek kolejne obligacje, mające ugasić pragnienie budżetowe Geithnera, który się wyparł bondów z Chiasso. 134 mld? Nieprawdziwe. Krótko to trwało. W przyszłym tygodniu Benek wypuszcza na rynek 104 mld tip-top prawdziwych obligacji długoterminowych. Co się dzieje na rynku? Oto moment prawdy. Nie dalej, jak wczoraj twierdziłem
Ja wiem, że najdalej za 10 dni spadną - musi wzrosnąć ich rentowność. Teraz jest odbicie po mocnej reakcji (chwilowy brak podaży). Jak pojawi się podaż, a się pojawi - jak nigdy dotąd - to wtedy poznasz siłę pieniądza. To jest podobnie jak z dynamiką nieruchomości, ogrom tego rynku w bilionach. Skoro mogły tak odbić przed tygodniem, nie ma ratunku, pociąg ruszył. Kiedy lokomotywa szarpie z miejsca, ostatnie wagony potrafią się cofnąć - fala obita, reakcja na inercję tych z przodu, ale jak się impuls przeniesie do przodu, cały zestaw będzie jechał.
Jest dokładnie to samo, co z dolarem. Wyglądał, że się załamał poniżej 0,700. Owszem, zjechał do 0.699 i odbił. Napisałem kilka postów na ten temat i wiem. Nie wierzyłem w jego załamkę. Jest teraz w trendzie rosnącym - ostatnie ssanie. Jest absolutną nieprawdą, to co wypisują o jego słabości. .725 (i rośnie) to jest bardzo dużo, zdecydowanie więcej od .600. Talar ciągnie.
Giełda miała jechać, nie ma siły. Musi oddać. Teraz czas na obligacje. Wszystko się zgadza. Długie bondy są skazane, tak jak napisałem. Reakcję przyspieszy panika, bo skoro pociąg ruszył, już jedzie i grubasy dołożą się do oferty Benito :) Tak będzie, bo być musi, cały scenariusz jest spójny.
A dziś rentowności wyglądają następująco.


Pociąg ruszył. Chwilowy spadek rentowności, który był oklaskiwany jako powrót do bezczynności i rezygnację z oczekiwań inflacyjnych trwał raptem pięć dni. Oczekiwania inflacyjne okazały się mirażem. Dlaczego? Dlatego że konstrukcja racjonalnych oczekiwań inflacyjnych jest - w oczywisty sposób - kolejnym monetarnym szalbierstwem. Mogła się ulęc w zarozumiałym łbie monetarysty, któremu się wydaje, że potrafi podyktować rynkowi poziom oczekiwanych stóp według sterowania stopami. No to czeka kolejne rozczarowanie i lekcja pokory. Dotychczas Benek zaliczył trzy wpadki i nadal udaje, że może dyktować rynkowi procenty. Nie może.
W obecnej chwili Stany są w wyraźnej deflacji, co dla czytelników tego bloga nie jest zaskoczeniem. Wskaźnik cen hurtowych, opublikowany wczoraj, ma wartość -5% w skali roku. Niemniej wskaźnik inflacji CPI jest dodatni... Co to do k>>>> nędzy znaczy? Jest deflacja, czy inflacja i co na to Ben Bond? Ano właśnie. Po opublikowaniu wyraźnego wskaźnika deflacyjnego - bondy kupowane są przez fundusze emerytalne i firmy jak hedge przed inflacją - oczekiwanie inflacyjne powinno spaść do zera, a wraz z nim rentowność obligacji. Stało się odwrotnie. Dlaczego? Bo monetarne brednie o sterowaniu inflacyjnym oczekiwaniem są dobre przy rozbudzonej koniunkturze i dodatniej inflacji, kiedy polityka monetarna jest sterowna. W obecnej sytuacji Benek utracił sterowność, zjechał z krótkimi obligacjami do zera. Dalej się cofnąć nie może. Zostaje długi koniec, który się właśnie podniósł. Benjamin kiedyś zapowiadał, że nie tylko panuje nad deflacją, ale także nad stopami. Może przecież także sztucznie obniżyć rentowność długich obligacji, poprzez ich zakup. Zaplanowano na zakupy w tym roku 300 mld. Benjamin niedawno się tym przechwalał, mówił że z taką bronią mu długi koniec nie podskoczy. Długoterminowe stopy miały pozostać przez dłuższy okres - z powodu recesji - na wyjątkowo niskim poziomie. Oczekiwanie inflacyjne jest równe zero, a nawet ujemne, więc musi się udać.
I tu zezowaty, a za nim rynek pokazał Benkowi Kozakiewicza, wyceniając rynkową wartość długu na niespełna pięć procent. Rynek nie boi się Benka i jego 300 mld. Tylko w przyszłym tygodniu Benek musi pożyczyć ponad 100 mld. Tej jego śmiesznej broni (która nota-benek dołoży się do sterty długu i trzeba ją będzie sfinansować kolejnymi obligacjami) wystarczy ma maksimum trzy tygodnie. Co to jest trzy tygodnie w porównaniu do trzydziestu lat? Łatwo policzyć. Mniej niż 1/500. Tak się ma Ben Bond i jego zarozumiałe pierdoły do rynku. Ryzyko związane z pożyczaniem pieniędzy nieodpowiedzialnym Benjaminom rośnie z każdym dniem. Nie jest to ryzyko inflacji, jak się monetarystom roi, ale ryzyko uogólnionej płynności/wypłacalności. Skoro nie ma żadnej inflacji, a Benek jest taki pewien swej wiarygodności, to jak to się stało, że nagle co tydzień musi drukować po 100 mld obligacji? Jak to jest, że jego zapowiedzi nic nie znaczą, bo rynek je ignoruje? Po prostu. Za dużo tych obligacji jest do sprzedania i cena spada. Za dużo długu. Cena rośnie. To takie proste. Popyt i podaż. Zapomnijcie o zarozumiałych pierdołach o kreowaniu popytu i oczekiwań inflacyjnych, a będziecie zdrowsi. Benek oczekuje niskich stóp (i to długo, przez lata). Buch! Stopy jak rakieta w górę. Nie czujecie ironii? Mówi do was pajac. Czaruje was zaklinacz stóp z gołym portfelem. Dzikie węże, zerowe stopy, patrz jak do Ciebie mówię z okienka. Jak ja mówię, rynki drżą. Owszem, zaczynają podrygiwać ze śmiechu. Ten pan z piękną brodą potrzebuje pożyczyć tylko w tym roku 1800 mld! Nie było dotychczas takiej powodzi obligacji. Nie ma na rynku takich pieniędzy. Nie wiem jak je sobie wydrukuje, na pewno sobie poradzi, ale przy takiej ofercie - dla zezowatego - minimalny procent od Benka należy się siedem. 7,00% rocznie za oddanie gotóweczki nieodpowiedzialnemu, zadłużonemu po uszy, prezesowi banku, który finansował swój rozwój pożyczkami od dostawców towarów z Azji.
Na koniec cena kredytu to nie jest tylko premia za ryzyko (inflacja, wypłacalność itp.), ale także premia za (no właśnie za co?) kapitał, czyli wynagrodzenie za moc tworzenia wartośći dodanej, niejako opłata leasingowa. Czy to ważny składnik? Jak najbardziej. W świecie, gdzie króluje gotówka i brak kapitału, wynagrodzenie za moc tworzenia (albo wypożyczenie tej mocy) powinno być adekwatnie wysokie, nawet przy ujemnej inflacji. Co z tego, że jutro przeciętne ceny na coś tam będą niższe? Jeśli chcesz gotówki i mocy tworzenia zysku, musisz część z niego oddać. Na pewno nie za darmo, o nie. Za darmo pan Beniamin może nam skoczyć tam, gdzie można nas pocałować. Ale tak to jest z pożyczaniem monetaryście. Jeszcze się trzeba naużerać, bo by chciał za darmochę. Gdzie mi tu, sam sobie zrób! Drukuj.
Co ma do tego inflacja i deflacja? Nic. Deflacja wcale nie jest - jak zarozumiały monetarysta twierdzi - zjawiskiem stricte monetarnym. Benek wydrukował już w tym roku kilka bilionów kapitału, nikt dokładnie nie wie ile. Powkładał to w różne szufladki, z których "kapitał" popłynął do niewypłacalnych banków w zamian za kwity i "aktywa finansowe" o wartości umownej (bliskiej faktycznie zeru). Podobno miała ta gigantyczna operacja defraudacji powstrzymać deflację. Nie udało się. Otóż teraz nie da się już powstrzymać destrukcji długu, wyczarowując następny. Zatem w pewnych klasach aktywów, tam, gdzie twórczy bankierzy sobie pofolgowali, deflacja będzie jeszcze królować przez pewien czas, na przykład w nieruchomościach. W tym samym czasie konsumpcyjna inflacja, oparta na rosnących cenach paliw i żywności, jest odżywającym faktem. Jedno nie przeczy drugiemu. Adam Smith ciągle żyje. Popyt i podaż są aktualne. Zawsze.
W obecnej chwili era taniego pieniądza należy niestety do przeszłości. Beniamin nie może dyktować rynkowi po ile pożyczy od niego dolary, których mu brakuje. To rynek powie mu po ile mu pożyczy i wynagrodzenie będzie rosło. Jeśli Benek zechce udowodnić swoje brednie, mimo poprzednich porażek, rynek mu chwilowo ulegnie, pozwoli wydrukować 300 mld pustych obligacji z dowolnym procentem, by przy kolejnej ofercie podnieść żądane wynagrodzenie. Najlepsze, co teraz Benek może zrobić, to milczeć. Niech nie próbuje QE na długim końcu, bo karząca ręka rynku wyśle go na drzewo i znowu ośmieszy.
Skąd ten drwiący ton? Ano z prostego doświadczenia. Wyobraźcie sobie, że przychodzi do was kolega, znany z rozrzutności i prosi o pożyczkę w te słowa:
- Pożycz mi 100 kafli na dłużej. Wiesz że oddam, zawsze oddaję na czas. Mogę dać góra 4%, to moje ostatnie słowo.
Co robicie? Odpowiadacie:
- Chwilę, muszę się zastanowić (co to za ton, a w ogóle czy cztery wystarczy, przecież on jest goły).
Nie musicie temu panu pożyczać pieniędzy. To on musi skądś je wytrzasnąć. Skoro tak, to niech b>>> nie żąda, żebym mu pożyczał za max. 4%, tylko niech poprosi. Jak nie chce poprosić, niech idzie na drzewo.
Benjamin burczy pod nosem: nie muszę brać od ciebie, sam sobie wydrukuję! Proszę bardzo. Drukuj 1800 mld i witaj szamanie w Zimbabwe. Para buch, prasy w ruch, lolar my love stanie się faktem w ciągu miesiąca od zapowiedzi takiej zabawy.
Najlepsze, co Bond Benek może teraz uczynić, to trzymać krótkie bondy na smyczy, blisko ziemi, bo zombie bankruci potrzebują taniej krwi, żeby przeżyć, a ona cały czas gdzieś wycieka...
Długi koniec jednak - jak pociąg - ruszył z miejsca i nie powróci na ziemię, trzeba się z tym pogodzić. Zatem inflacja, czy deflacja? Chyba, jak trafnie przepowiedział Roubini stag-deflacja. Nie przewidział przy tym wysokich stóp procentowych :) a to jest naprawdę novum, i to bolesne. Cóż człowiek się ciągle uczy, niektórzy dla przykładu muszą stworzyć nową teorię monetarną, weźmy na przykład Bond Benka...
poniedziałek, 25 maja 2009
Panika w obligacjach czyli koniec rozwolnienia
Że czekacie z zapartym tchem na ciąg dalszy, nie wątpię. Według mojej - subiektynej, zezowatej oceny - lollar odbił się od bandy .710 (poprzednio .730) i będzie powracał, niezbyt spiesznie, w kierunku .800. Całkowity sukces quantitative easing w stylu BB poznamy po tym, że przestanie się on odbijać i całkiem sflaczeje, co oznaczać będzie koniec skracania długów w dolarach. Na razie, dopóki ma on dodatnią wartość, cały czas kredyty zaciągnięte w tej walucie są ściągane. Niemniej, jak widać na wcześniejszych wykresach, "siła ciągu" jest za każdym nawrotem kryzysu (kolejna fala w kształcie zęba na wykresie) coraz mniejsza. Może to znaczyć, że następne odbicie spowoduje spadek niżej, bowiem destrukcyjna (inflacyjna) siła pompowania a la Bernanke okaże się większa od deflacyjnego ssania. Zobaczymy latem.

Na razie zatem wielka mała panika wobec dolara okazała się zwyczajną reakcją na monetarne stanowisko FED na ostatnim posiedzeniu, z którego dokładny protokół opublikowano w czwartek i który stał się pretekstem do zjazdu obligacji.
Właściwa reakcja rynków, początkująca serię "rozwolnienie dolara", rozpoczęła się już nazajutrz i od początku maja dolar był na stoku południowym. Kolejny raz okazuje się, że insiderzy wiedzą lepiej i szybciej, a prosty człowiek dowiaduje się ostatni, jak wszystko już jest załatwione. Podsumowujący akcent, niemal rzutem na taśmę, dodały obligacje długoterminowe, których oprocentowanie zwyżkowało w piątek zdecydowanie, prowokując lawinę komentarzy o niewypłacalności Stanów.
Zezowaty postanowił zatem rozprawić się z długimi obligacjami wujka Sama i rozjaśnić, co za nimi się kryje dla BB, Stanów i świata w roku 2010 i następnych.
Obligacje 10-letnie

Obligacje 30-letnie

Obligacjom daleko do maksimów
Wbrew alarmistycznym zapowiedziom oprocentowanie obligacji wcale gwałtownie nie drożeje, wręcz przeciwnie, w ostatnim czasie stabilizuje się na poziomie ok 3,50 dla 10-latek! To przeczy hucpie Bila Grossa z Pimco, który wieszczy Armageddon, a według zezowatego zwyczajnie jest zapakowany w shorty na obligacjach i nie może doczekać się załamania (zarobi miliardy na spadku, a w oczekiwaniu na niego może stracić szorty).
Oprocentowanie, mimo stabilnego wzrostu od początku roku, nadal jest grubo poniżej zeszłorocznych poziomów (różnica ok 200pkt) i ten dystans - według mojej oceny powinno szybko odrobić.
Obligacje odbiły się od absolutnych dołków w grudniu '08, gdy 10-latki dawały roczny kupon 2%! To prawie darmo pożyczone pieniądze. Jak wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i oprocentowanie obligacji skarbu USA, uważane do tej pory za najpewniejszy papier świata, zaczęło systematycznie rosnąć. Doszło nawet do tego, że szef Pimco (największy fundusz obligacji) Gross podważył wiarygodność Stanów, stwierdzając iż w niczym nie są lepsze od W.Brytanii, której agencja Standard@Poors zagroziła degradacją z najwyższej klasy AAA, jeśli nie poprawi swego budżetu. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że budżety keynesowskie W.Brytanii i Stanów wyglądają na niespłacalne i prawdopodobnie osiągną stan chronicznej wielobilionowej dziury. Niemniej od stanu dziury bez dna do stanu niewypłacalności jest dosyć daleka i bolesna droga. Wiedzie ona - jak nas pouczyła historia - przez hiperinflację, czyli okres gdy pieniądz drożeje wolniej od cen i następuje faktyczna redukcja długu.
Bernanke i quantitative easing jest bzdurą.
W tym tygodniu Bernanke chce uplasować na rynku obligacje 10-letnie za ok. 100 mld. Do tej pory raźno zapowiadał, że skoro udało się utrzymać niskie (faktycznie zerowe) oprocentowanie na dole krzywej rentowności (krótki okres zapadalności długu: 3 miesiące), to samo należy wykonać na długim końcu krzywej i w tym celu zapowiedział dalsze luzowanie, czyli państwowe zakupy tych obligacji. Polega to na tym, że bank centralny (FED) kupuje od ministra finansów nowo drukowane obligacje, płacąc za nie nowo drukowanymi przez siebie dolarami. Cena obligacji chwilowo rośnie (oprocentowanie maleje) i cel - wydawałoby się można osiągnąć. Jak wcześniej pisał zezowaty, kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem, ponieważ "trzeba mieć zakuty łeb monetarysty" żeby przypuszczać, że ktokolwiek z głową i gotówką kupi podejrzane obligacje na niski procent. Rynek potwierdził to przypuszczenie i nazajutrz po wojowniczym posiedzeniu FED, gdzie debatowano dalsze luzowanie (szczegóły tajne do niedawna), dolar zaczął sytematyczny spadek.
Długie obligacje muszą drożeć
Długie obligacje w dolarach nadal muszą drożeć (a konkretnie ich oprocentowanie, bondy muszą tanieć) bowiem coraz większe jest ryzyko niewypłacalności, a naprawdę bezwartościowości dolara. Przy obecnym stanie bilansu USD budżet w tym roku musi pożyczyć co ósmego dolara pkb! Deficyt wynosi bowiem ok. 1800 mld. Jeśli tę kwotę ma wujek Sam pożyczyć w obligacjach, to przy obecnym oprocentowaniu w 10-latkach kwota odsetek wynosi 60 mld. Jeśli natomiast oprocentowanie wzrosłoby do 7% (tyle zażądałby zezowaty), to odsetki od takiego zadłużenia wyniosą grubo ponad 100 mld, co wydaje się kwotą przekraczającą granicę pułapki długu.
Czy Stany to republika bananowa?
Jeszcze nie, ale są na najlepszej drodze. W obecnym stanie gospodarki nie widać żadnego mechanizmu, który mógłby obniżyć oprocentowanie pożyczek, potrzebnych budżetowi, jak woda rybie. Groteskowe działania BB pogorszyły jeszcze sytuację, bowiem pokazały jego impotencję. Jeśli Benek w tym tygodniu postanowi się dalej ośmieszać, to kupi znaczącą część wystawionych obligacji, czym przyspieszy upadek lollara, bowiem monetyzacja długu (sama jej zapowiedź nawet) powoduje spadek waluty i oczekiwanie wzrostu oprocentowania (premia za ryzyko + oczekiwanie inflacji). To widzi zezowaty na wykresach bondów od 1 maja 2009 i nie jest to wiedza bardzo budująca, aczkolwiek daje poczucie jakiejś pewności w wirtualnym świecie czarodziejów finasowych.
Czy obligacje to dobra inwestycja?
Paradoksalnie zezowaty odpowie: tak, ale w drugą stronę. Otóż nie ma takiej siły, która jest dziś w stanie powstrzymać erozję zaufania do dolara, bowiem Stany mają ogromną dziurę w budżecie, pożyczać muszą, a jest coraz mniej kapitału do zdobycia, bowiem Europa i Japonia znajdują się w identycznym położeniu. Wzrost oprocentowania - i to znaczący - jest po prostu nieunikniony. Co więcej, w dłuższej perspektywie dewaluacja dolara jest aksjomatyczną pewnością, bowiem polityka quatitative easing - co widać empirycznie - prowadzi do faktycznej dewaluacji przez inflację. Wobec powyższego ceny obligacji muszą spadać (rośnie ich oprocentowanie). Bondy zatem są idealnym kandydatem na shorta, nie mogą się podnieść :)
Czy czas na shorty teraz?
Zezowaty powie paradoksalnie: jeszcze nie teraz. Dlaczego? Skoro Gross musi naganiać na załamanie bondów, to znaczy, że obligacje jeszcze są bardzo solidne i dużo im brakuje do załamania. Wykresy potwierdzają to w całej rozciągłości. Według zezowatego rozmiękczanie i rozwolnienie dolara powinny przyjść już w następnej odsłonie kryzysu, ale wówczas Europa będzie także w solidnym dołku. Niemniej drukarki będą już pracować pełną parą i oprocentowanie na dolarze powinno wynosić 7%. Między dziś, a końcem lata na pewno nastąpi tn moment, a kiedy dokładnie, to zobaczysz na wykresie - krzywa zacznie się wznosić stromo w górę - a Bill Gross przestanie naganiać na krach obligacji :)
Filmik podesłał yulu, dzięki.

Na razie zatem wielka mała panika wobec dolara okazała się zwyczajną reakcją na monetarne stanowisko FED na ostatnim posiedzeniu, z którego dokładny protokół opublikowano w czwartek i który stał się pretekstem do zjazdu obligacji.
Właściwa reakcja rynków, początkująca serię "rozwolnienie dolara", rozpoczęła się już nazajutrz i od początku maja dolar był na stoku południowym. Kolejny raz okazuje się, że insiderzy wiedzą lepiej i szybciej, a prosty człowiek dowiaduje się ostatni, jak wszystko już jest załatwione. Podsumowujący akcent, niemal rzutem na taśmę, dodały obligacje długoterminowe, których oprocentowanie zwyżkowało w piątek zdecydowanie, prowokując lawinę komentarzy o niewypłacalności Stanów.
Zezowaty postanowił zatem rozprawić się z długimi obligacjami wujka Sama i rozjaśnić, co za nimi się kryje dla BB, Stanów i świata w roku 2010 i następnych.
Obligacje 10-letnie

Obligacje 30-letnie

Obligacjom daleko do maksimów
Wbrew alarmistycznym zapowiedziom oprocentowanie obligacji wcale gwałtownie nie drożeje, wręcz przeciwnie, w ostatnim czasie stabilizuje się na poziomie ok 3,50 dla 10-latek! To przeczy hucpie Bila Grossa z Pimco, który wieszczy Armageddon, a według zezowatego zwyczajnie jest zapakowany w shorty na obligacjach i nie może doczekać się załamania (zarobi miliardy na spadku, a w oczekiwaniu na niego może stracić szorty).
Oprocentowanie, mimo stabilnego wzrostu od początku roku, nadal jest grubo poniżej zeszłorocznych poziomów (różnica ok 200pkt) i ten dystans - według mojej oceny powinno szybko odrobić.
Obligacje odbiły się od absolutnych dołków w grudniu '08, gdy 10-latki dawały roczny kupon 2%! To prawie darmo pożyczone pieniądze. Jak wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i oprocentowanie obligacji skarbu USA, uważane do tej pory za najpewniejszy papier świata, zaczęło systematycznie rosnąć. Doszło nawet do tego, że szef Pimco (największy fundusz obligacji) Gross podważył wiarygodność Stanów, stwierdzając iż w niczym nie są lepsze od W.Brytanii, której agencja Standard@Poors zagroziła degradacją z najwyższej klasy AAA, jeśli nie poprawi swego budżetu. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że budżety keynesowskie W.Brytanii i Stanów wyglądają na niespłacalne i prawdopodobnie osiągną stan chronicznej wielobilionowej dziury. Niemniej od stanu dziury bez dna do stanu niewypłacalności jest dosyć daleka i bolesna droga. Wiedzie ona - jak nas pouczyła historia - przez hiperinflację, czyli okres gdy pieniądz drożeje wolniej od cen i następuje faktyczna redukcja długu.
Bernanke i quantitative easing jest bzdurą.
W tym tygodniu Bernanke chce uplasować na rynku obligacje 10-letnie za ok. 100 mld. Do tej pory raźno zapowiadał, że skoro udało się utrzymać niskie (faktycznie zerowe) oprocentowanie na dole krzywej rentowności (krótki okres zapadalności długu: 3 miesiące), to samo należy wykonać na długim końcu krzywej i w tym celu zapowiedział dalsze luzowanie, czyli państwowe zakupy tych obligacji. Polega to na tym, że bank centralny (FED) kupuje od ministra finansów nowo drukowane obligacje, płacąc za nie nowo drukowanymi przez siebie dolarami. Cena obligacji chwilowo rośnie (oprocentowanie maleje) i cel - wydawałoby się można osiągnąć. Jak wcześniej pisał zezowaty, kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem, ponieważ "trzeba mieć zakuty łeb monetarysty" żeby przypuszczać, że ktokolwiek z głową i gotówką kupi podejrzane obligacje na niski procent. Rynek potwierdził to przypuszczenie i nazajutrz po wojowniczym posiedzeniu FED, gdzie debatowano dalsze luzowanie (szczegóły tajne do niedawna), dolar zaczął sytematyczny spadek.
Długie obligacje muszą drożeć
Długie obligacje w dolarach nadal muszą drożeć (a konkretnie ich oprocentowanie, bondy muszą tanieć) bowiem coraz większe jest ryzyko niewypłacalności, a naprawdę bezwartościowości dolara. Przy obecnym stanie bilansu USD budżet w tym roku musi pożyczyć co ósmego dolara pkb! Deficyt wynosi bowiem ok. 1800 mld. Jeśli tę kwotę ma wujek Sam pożyczyć w obligacjach, to przy obecnym oprocentowaniu w 10-latkach kwota odsetek wynosi 60 mld. Jeśli natomiast oprocentowanie wzrosłoby do 7% (tyle zażądałby zezowaty), to odsetki od takiego zadłużenia wyniosą grubo ponad 100 mld, co wydaje się kwotą przekraczającą granicę pułapki długu.
Czy Stany to republika bananowa?
Jeszcze nie, ale są na najlepszej drodze. W obecnym stanie gospodarki nie widać żadnego mechanizmu, który mógłby obniżyć oprocentowanie pożyczek, potrzebnych budżetowi, jak woda rybie. Groteskowe działania BB pogorszyły jeszcze sytuację, bowiem pokazały jego impotencję. Jeśli Benek w tym tygodniu postanowi się dalej ośmieszać, to kupi znaczącą część wystawionych obligacji, czym przyspieszy upadek lollara, bowiem monetyzacja długu (sama jej zapowiedź nawet) powoduje spadek waluty i oczekiwanie wzrostu oprocentowania (premia za ryzyko + oczekiwanie inflacji). To widzi zezowaty na wykresach bondów od 1 maja 2009 i nie jest to wiedza bardzo budująca, aczkolwiek daje poczucie jakiejś pewności w wirtualnym świecie czarodziejów finasowych.
Czy obligacje to dobra inwestycja?
Paradoksalnie zezowaty odpowie: tak, ale w drugą stronę. Otóż nie ma takiej siły, która jest dziś w stanie powstrzymać erozję zaufania do dolara, bowiem Stany mają ogromną dziurę w budżecie, pożyczać muszą, a jest coraz mniej kapitału do zdobycia, bowiem Europa i Japonia znajdują się w identycznym położeniu. Wzrost oprocentowania - i to znaczący - jest po prostu nieunikniony. Co więcej, w dłuższej perspektywie dewaluacja dolara jest aksjomatyczną pewnością, bowiem polityka quatitative easing - co widać empirycznie - prowadzi do faktycznej dewaluacji przez inflację. Wobec powyższego ceny obligacji muszą spadać (rośnie ich oprocentowanie). Bondy zatem są idealnym kandydatem na shorta, nie mogą się podnieść :)
Czy czas na shorty teraz?
Zezowaty powie paradoksalnie: jeszcze nie teraz. Dlaczego? Skoro Gross musi naganiać na załamanie bondów, to znaczy, że obligacje jeszcze są bardzo solidne i dużo im brakuje do załamania. Wykresy potwierdzają to w całej rozciągłości. Według zezowatego rozmiękczanie i rozwolnienie dolara powinny przyjść już w następnej odsłonie kryzysu, ale wówczas Europa będzie także w solidnym dołku. Niemniej drukarki będą już pracować pełną parą i oprocentowanie na dolarze powinno wynosić 7%. Między dziś, a końcem lata na pewno nastąpi tn moment, a kiedy dokładnie, to zobaczysz na wykresie - krzywa zacznie się wznosić stromo w górę - a Bill Gross przestanie naganiać na krach obligacji :)
Filmik podesłał yulu, dzięki.
piątek, 24 kwietnia 2009
Brodacz w stresie czyli Biała Książka
Jakie jest zdanie zezowatego na temat stress-testu, które tak się szumnie zapowiada, łatwo zgadnąć. Kto ma awersję do ryzyka (czyli ma dziś krótkie na GPW;) może przeczytać ze zrozumieniem odnośny felietonik. Teraz najważniejsze: biała księga (po polsku rozporządzenie albo zarządzenie) we własnej osobie. Zezowaty poleca obrazki na str.9, które jako żywo nie odpowiadają żadnemu scenariuszowi z realu, bo tzw. wariant pesymistyczny został, lub zostanie wkrótce (zależnie od inwencji i ściemniactwa statystyk) definitywnie przekroczony. Jeśli ktoś z fachowców ma jakiekolwiek wątpliwości co do celu tego ćwiczenia, niech przemyśli graficznie.
Fed White Paper - Bank Stress Test Methodologies - 4/24/09
Fed White Paper - Bank Stress Test Methodologies - 4/24/09
wtorek, 24 marca 2009
Quo vadis lollar, czyli Benek Laxicopter
Autor:
zezorro
o
22:59
Etykiety:
Bernanke,
deflacja,
FED,
giełda,
inflacja,
lollar,
monetarna,
walutowa,
wielki kryzys
Czwartkowa decyzja FED o wprowadzeniu quantitative easing na sumę biliona dolarów spowodowała nerwowe reakcje na rynkach walutowych i dłużnych. Dolar w ciągu minut osłabił się o 3% do koszyka walut, ale za to 10-letnie obligacje skarbowe podrożały (zmniejszyła się ich rentowność). Czy dolar się zawali? Co czeka nas w najbliższym czasie? Bardzo dobre pytania. Quo vadis lollar?
All Is for Goldman
Autor:
zezorro
o
22:44
Etykiety:
AIG,
Bernanke,
CDS,
Geithner,
Goldman Sachs,
instrumenty pochodne,
Paulson,
Spitzer,
USA,
wielki kryzys
QE - quantitative easing dla opornych
Subskrybuj:
Posty (Atom)






