Go To Project Gutenberg
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą giełda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą giełda. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lutego 2016

Dlaczego czuję byczy nastrój na Książęcej

-
Podobnie jak zaskoczyłem w połowie zeszłego roku, w czasie fali największych upałów, ostrzeżeniami o górce w akcjach - globalnie - podobnie jesienią zasygnalizowałem zmianę trendu na dwu znaczących dla nas rynkach: kruszcach i giełdzie. Oczekiwałem ich odbicia gdzieś w okolicy nowego roku. Naturalnie nie sposób podać dokładnej, a nawet próba złapania przybliżonej daty w cyklach jest wielce ryzykowna, niemniej gdzy chodzi o fundamenty trendu, to wiedziałem, co mówię. I oto voila: piękne odwrócenia, na razie zaskakujące w złocie, a jeszcze nieśmiałe na WIGu.
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 1 lutego 2016

Stockman widzi ciemność

-
Okazuje się, że jest więcej zezowatych, nawet w samym jądrze ciemności, czyli na Wall Street. Stockman wie, tak samo jak zezowaty, że świat osiągnął apogeum długu i obecnie pod ciężarem zawalającej się jego piramidy ugina się. Giełdy muszą zareagować odpowiednio, czyli generalnie zrewidować się w dół.
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 13 stycznia 2016

Co MÓWIĄ wykresy giełdowe?

-
Mieć rację w sensie ludzkim jest bez wątpienia przyjemnie. Niemniej jest to przyjemność próżna - stąd definicja próżności watsonie. I zgodnie z tą definicją gdzieś tak między majem i czerwcem zezowaty stanowczo oznajmił, że górka giełdowa już była. Nikt w te bluźniercze słowa wierzyć wówczas nie chciał, bo i jak można było w takie herezje wierzyć? Popatrzmy zatem na efekty wiary dziś...
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 10 lutego 2010

Zezowaty scenariusz



Zezowaty scenariusz na najbliższe 30 dni. Odbicie zasięg 2320, spadek 2020, duże odbicie - złudzenie zanegowania odwrócenia trendu zasięg 2300-2400, zwałka 1750. Rozumowanie stojące za tym jest na obrazkach od SiP.

{SiP} teraz dopiero zaczyna się zabawa w usa na sp500, teraz poznamy siłę byków:



Warszawa





© zezorro'10 dodajdo.com

sobota, 23 stycznia 2010

Peak Kennedy



Nie, to nie nazwa szczytu w Australii, tylko szczytu giełdowego. Zapowiadana i oczekiwana od dawna korekta nadeszła - jak zwykle - nieoczekiwanie ;). Tym razem wygląda na głębszą sprawę, więc może to być nawet odwrócenie odbicia i powrót do spadków w kierunku nowego, absolutnego dna. Jak wiadomo, jestem zwolennikiem niższego dna, bowiem twierdzę, że zgodnie z fundamentami czarować wyniki darmowym pieniądzem (zerowe stopy) można tylko przez ograniczony czas, natomiast deflacja może rozciągać się na dziesięciolecia, co obrazuje przykład Japonii. Realny, zdrowy, czyli oparty na fundamentach wzrost, pojawi się wtedy, kiedy zostaną usunięte przyczyny obecnej choroby, czyli bilionowe sterty zobowiązań o wątpliwej wartości, zalegające sejfy jako aktywa. Będzie to poprzedzone wyklarowaniem perspektyw rynku pracy (bezrobocie przestanie być chronicznie długotrwałe) oraz globalnego rynku nieruchomości. Do tego czasu można spokojnie zakładać, że - mimo całej potęgi drukarskiej - wzrost giełd będzie ograniczony od góry dającą się zaobserwować aktywną odrazą masowych inwestorów. Dość zauważyć, że - mimo hurraoptymistycznej propagandy oraz nachalnej promocji ożywienia, green shoots i poprawy nastrojów - odbitej w najniższych historycznie wskaźnikach np. zmienności kursów VIX, tzw. ulica nie wierzy we wzrosty i nie kupuje akcji. Powszechny inwestor nie przyłączył się do wiosennego odbicia, bo w niego nie wierzy. Nie zainwestuje pieniędzy, widząc rosnące bezrobocie i ogólną potrzebę oszczędzania, wszedzie dookoła, poza oczywiście prezesami banków, czyniących boże dzieło. Przez ostatnie miesiące, o czym tu informowałem, wskaźnik smart money (udziałowcy i zarządy spółek) był na najniższych historycznie poziomach, dochodząc do absurdalnych wartości 50-80 akcji sprzedanych na jedną kupioną. Zarządy i właściciele przez ostatni kwartał nieprzerwanie i pracowicie pozbywali się akcji swoich wspaniałych, rokujących świetlane perspektywy nieustannego wzrostu w kosmos, firm.



Dlaczego bezpiecznie można obwieścić dziś lokalny szczyt, który ja osobiście uważam za szczyt absolutny, już nie do pobicia (a nawet SP powinien zejść poniżej 1000 i nie wrócić wyżej)? Z dwóch powodów. Po pierwsze w poniedziałek spodziewam się przebicia wsparć w okolicach 1090 - wystarczy spojrzeć na nastroje i nachylenie spadku, dopiero zaczyna się rozwijać panika.

Drugi powód jest ważniejszy i nazywa się Ted Kennedy, stąd peak Kennedy na jego cześć. Otóż ten zmarły niedawno członek klanu politycznego Kennedych, oczywiście niezłomny demokrata oraz jeden z filarów reformy ochrony zdrowia, która stała się jego opus vitae, zmarł niedawno i zostawił wakujące miejsce w Kongresie. Wybory uzupełniające w Massachusetts wygrał, wbrew oczekiwaniom, bardzo słaby republikański konkurent demokratycznej kandydatki Mary Coakley. Głosowanie było ostatnim sygnałem ostrzegawczym dla ekipy Obamy, bowiem pokazało ogromne zniechęcenie dotychczasową polityką jak dawniej. Republikański kandydat wygrałby nawet wówczas, gdyby był z Marsa. To otrzeźwiło Obamę i zadziałał on piorunująco.

Oczywiście pozornie jeden głos z Massachusetts nic nie zmienia w długiej prespektywie. Błąd. Zmienia wszystko, bowiem tej jeden głos pozbawił demokratów bezwzględnej większości blokującej i od tego momentu ich zdolność koalicyjna została zanegowana. Obecnie wszystkie inicjatywy ustawodawcze demokratów można zablokować poprzez procedurę flilibuster, co czyni cios dla Obamy podwójnie bolesnym. Miejsce po ojcu reformy zdrowotnej, sztandarowym postulacie Obamy, zajął nic nie znaczący dotychczas republikanin, który - o zgrozo - może tę reformę skutecznie zablokować.

Nietrudno zgadnąć, jak gorączkowo sztab Obamy debatował nad wynikami Massachusetts, dość zauważyć, że już po kilku dniach wystąpił z ofensywą propagandową i oto jej wyniki. Otóż Obama zaatakował Wall Street, za jej ekscesy, ogromne nagrody roczne i brak zmiany sposobu działania. Stwierdził, że mimo ogromnej pomocy państwa w obliczu kryzysu, dzięki której system bankowy się nie zawalił, banki nadal nie udzielają kredytów, a kraj nie chce wyjść z recesji tak, jak w poprzednich cyklach. Pogroził palcem firmom, wykonującym spekulacje, zamiast organicznej pracy (tu ukłon do Goldmana Sachsa i bożego dzieła). Obama zapowiedział ni mniej ni więcej, tylko starania w kierunku demonopolizacji i segmentacji rynku finansowego.

Oczywiście od słów do czynów jest daleka droga, niemniej dzwon alarmowy, który rozległ się w Massachusets, prawidłowo zrozumiano w Waszyngtonie w kategoriach hemingwayowskich (Komu bije dzwon?). To jest ostatni dzwonek dla Obamy, bowiem statystyki poparcia notują historyczne minima, a wskaźnik dezaprobaty - historyczne maksima. Wolta Obamy wobec Wall Street (przyznajmy szczerze, werbalna, on był i pozostaje ich zakładnikiem) dokonała się w ostatnim momencie przed wiszącym w powietrzu lynchem. Ulica ma dość polityki pięknych wykresów, kiedy rośnie bezrobocie. Nie pomogą piękne słówka, kiedy szefowie wczoraj splajtowanych banków dostają dziesiątki milionów odpraw na głowę (roczny bonus za 2009 r. w Goldmanie średnio, na pracownika wyniósł prawie 500 tys). Ulica ma dość i Obama to dostrzegł w chwili, kiedy stracił w Kongresie bezwzględną większość. Teraz trwa gorączkowa akcja retuszu wizerunku. Na wylocie (w sensie propagandowym) jest na przykład Tymon Geithner - tu warto wspomnnieć o zarzutach postawionych w sprawie np. pomocy dla AIG, gdzie Geithner kazał ukrywać informacje finansowe (oczywiście nie jedyne i wyjątkowe, ale wypłynęły we właściwym momencie) - oraz jego mecenas Larry Summers. W miejsce Summersa w otoczeniu Obamy zaczął się od jakiegoś czasu pojawiać (to warto zauważyć) były szef FED, Paul Volcker.

Volcker, znany zwolennik tradycjonalistycznego podejścia do bankowości oraz odwieczny krytyk pseudonowoczesności Greenspana, z wielką mocą i konsekwencją krytykował od chwili uchwalenia odejście od rozdziału bankowości komercyjnej (tradycyjnej) oraz inwestycyjnej (spekulacja i hedge-fundy), czyli porzucenie Glass-Steagall act. Znanym promotorem politycznym obalenia tej ustawy był natomiast Larry Summers, obecny szef doradców ekonomicznych Obamy. Trudno wyobrazić sobie dłuższe przebywanie Volckera i Summersa w jednym zespole, więc Massachusetts oraz peak Kennedy należy uznać za moment działu wód.

Obama wystawia dla uwiarygodnienia swych zamiarów czytelną figurę Volckera, pokazując światu, nawykłemu już do polityki marketingowej i obrazkowej, wiarygodną twarz. Jeśli Volcker pozostanie tam dłużej (a to by oznaczało ewakuację Summersa), czeka nas zapowiadany powrót do jakiejś formy Glass-Steagall. Oczywiście pogadać przed kamerami jest dużo łatwiej, niż zrobić. Podobnie jest dużo łatwiej pogrozić sponsorom kampanii, niż odebrać im zarobione bonusy i administracyjnie podzielić ich firmy, niemniej widziano już takie przypadki w historii (ustawy antymonopolowe) i jest to tylko kwestia determinacji. Jak wiadomo, najlepszym motywatorem determinacji jest strach, a ten zagląda Obamie poważnie w oczy.

Dla giełdy wystawiona publicznie figura Volckera to jednoznaczny sygnał, że Wall Street straciła chwilowo swój blask, a możliwe że nawet na dłużej. Podobnie jak w przypadku hossy marcowej, kiedy po przemówieniu Obamy, mówiącym iż osiągnęliśmy dno, opanowaliśmy sytuację, giełda następnego dnia urosła (i rosła trzy kwartały), tak i teraz Obama obwieścił symbolicznie górkę i następnego dnia giełdy spadły (i będą spadać). Ten prezydent taki ma juz urok, że potrafi wskazać lokalne maksimum, jest po prostu genialnym analitykiem. Genialny analityk ogłosił zatem peak Kennedy (to w kręgach politologów), który powinien nazywać się właściwie peak Volcker (w kręgach finansowych). Tak czy inaczej obydwa kręgi są ze sobą ściśle powiązane przez mass-propagandę, bo giełda dawno utraciła swój korzeń ekonomiczny, a właściwiej wyrosły jej dwa nowe i teraz mamy razem trzy: ekonomiczny, finansowy i polityczny. Jeśli zapowiadane regulacje ograniczenia ryzyka finansowego przez odcięcie lewara spekulacjom zostanie wprowadzone, a to symbolizuje twarz Paula Volckera, peak Volcker nie jest wymysłem chwili, ale nieuchronnym faktem. Zakończy się era dominacji funduszy hedgingowych oraz ich niepomiernych zysków i nastąpi powrót do nudnych, żmudnych fundamentalnych korzeni giełdowych, gdzie wyceny są ostrożne, P/E w granicach do 10, a roczny zysk w akcjach średnio kilka punktów wyżej od obligacji. To jednak znaczy jednocześnie powrót do zapowiadanych przed rokiem wycen SP500 na poziomach 400+. Wielu ludziom to się bardzo nie spodoba.

© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 31 grudnia 2009

No dobra! Jaka pogoda?



Po tych zamieszaniach i świątecznych dowodach prawdziwie humanistycznego zrozumienia, pokory i pokoju wewnętrznego, który jest - jak wiadomo Kołakowskiemu od profesury oraz każdemu robotnikowi od zawsze - testem na wiarę we własne przekonania, możemy przejść do prognozy pogody. Pewnie że jesteście ciekawi, kto by nie był. Nie nazwiemy tego prognozą na 2010 nie tyle przez skromność, co przez przekorę, bo ludziom wykształconym w czymkolwiek, choćby w warzywniaku na osiedlu, wiadomo od zawsze, że wszystkie tzw. scenariusze, plany i projekcje są jedynie mniej lub bardziej usystematyzowną próbą ogarnięcia chaosu.

Ktoś twierdzący że zna przyszłość jest idiotą. Nie szaleńcem, zapaleńcem ani nawiedzonym. Jest idiotą z fundamentalnej definicji przyszłości, która polega na pojęciu czasu. O ile sam czas, choć jest fundamentem całej fizyki, nie jest zdefiniowany - tu ukłon w stronę "święta" nowego roku - wszyscy ludzie, niezależnie od epoki, rasy i kultury, niezmiennie od zarania dziejów przyjmują za naturalny aksjomat czasu oraz jego jednowektorowego przebiegu. Czas istnieje, ponieważ jest konieczny do istnienia, kropka. Czas biegnie zawsze w jednym kierunku. Druga kropka. To nie jest mój wymysł, tylko fundament nowoczesnej nauki. Co to jest czas, dlaczego biegnie, czemu tylko w jedną stronę, nie wiadomo. Wierzymy że istnieje i powszechnie uznajemy to za oczywiste, tak dalece iż człowiek poddający w wątpliwość istnienie czasu byłby uznany za idiotę.

Czas po prostu jest. Nie pyta nikogo o zgodę, a wszystkie "naukowe" teorie, począwszy od Einsteina przymiarek do jednolitej teorii oddziaływań, przez kwantową, hiperprzestrzenie Minkowskiego i teorię superstrun, czas pozostaje niezbadanym aksjomatem. Istnieją silne przesłanki po temu, że jest ziarnisty jak papier ścierny, kwantowy, zatem "płynie w kawałkach", jednak nic nie istnieje bez niego, ba - nawet nie jest do pomyślenia. Nie można odwrócić biegu wypadków, choć równania falowe są symetryczne, cząstki elementarne doskonale do siebie pasują, tak jakby odbicia w lustrze... Jakby to co robisz, cofało się za lustrem w nieskończoność...

Czas, mimo iż jest fundamentalną jednostką fizyki, nie ma ani dowodu, ani innego fundamentu. Po prostu jest i ten aksjomat przyjęli wszyscy nobliści z pokorą, z braku czegoś lepszego. Jednak skoro czas już jest, jakkolwiek nieuprawniony i niedefiniowalny, przyjmowany w tej "nowoczesnej nauce" na wiarę, a priori, to znaczy że przyszłość jest nieznana, mój drogi Watsonie. Właśnie z arbitralnej, zdroworozsądkowej definicji czasu, który płynie. Jutro będzie jutro, a jeśliby było znane dziś, nie byłoby jutrem. Kto tego nie rozumie, jest idiotą, spytaj w warzywniaku. Twoja wiedza oraz intuicja dziecka są dokładnie tyle samo warte w tym punkcie. Sprawdź, pouczające doświadczenie. Spytaj, kiedy coś się stało, postaraj się wyobrazić, że było na odwrót, albo od końca do początku.

Tak oto doszliśmy do próby krótkiego oglądu przyszłości z właściwej perspektywy, a mianowicie nowoczesnego człowieka, którego nauka, cały jej fundament, jest jedną wielką zagadką. Nic na pewno nie wiadomo, z "naukową pewnością", nawet obowiązujące teorie są li tylko kiepskimi teoryjkami z braku czegoś lepszego, oparte na przeczuciu i kilku aksjomatach, które wcale nie muszą być prawdziwe, bo definicję prawdy logicy dawno temu wymienili na miedziaki, za które poszli z dziwkami na wino.

To co wiadomo na pewno, to że nic nie wiadomo na pewno. To jest definicja naukowa i logicznie ścisła wieku oświecenia.

Miało być o pogodzie, a nie filozofie o czasie, ktoś wytknie. Znowu błąd analityczny. Język jest zwierciadłem myśli, a w kilku językach słowiańskich z naszej grupy słowo "pogoda" kojarzy się z czasem, na przykład předpověď počasí. Prognozowanie i pogoda mają wspólne korzenie z czasem... Warto się nad tym głębiej zastanowić w święto pomiaru czasu. Jaka zatem będzie pogoda, jaki będzie czas?

W tym nastroju niepewności z prognozą pogody na przyszły rok zbiegł się remanent inflacja-deflacja, czekający od dłuższego czasu w postaci obrazków. Przejrzyjmy je.

Peak credit


Jak dyskutowałem tu wcześniej, świat pod wodzą amerykańskich banków, wiedzionych dekadą taniego pieniądza Grynszpana osiągnął szczyt kredytu. Tak jak podlewanie gór przez dwa tygodnie kończy się powodzią, tak i nasycanie gospodarki kredytem kończy się deflacją. Na początku deszcz pada, trawa rośnie, odżywają lasy. Powoli woda przenika ściółkę, glebę, jest związana między korzeniami krzaków i zaczyna przepełniać kałuże... To czas ekspansji kredytowej. Budujemy nowe drogi, mosty, samochody, mieszkania. Nasączamy gospodarkę. Ten etap minął w latach 2007-08.

Po pewnym czasie wszystko jest tak przemoczone, że nadmiar wody już nie wsiąka zupełnie. Spływa bezwładnie po zboczach. Dodawanie kredytu do systemu nie zwiększa jego wydajności. Tak jak w przypadku rekapitalizacji bankowych bankrutów - mimo wpompowania w nie miliardów i wręcz bilionów, ilość pieniądza w obiegu M2 się skurczyła. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Benek drukuje, pieniądza na rynku ubywa, coś go podstępnie anihiluje. To czas, kiedy woda zaczyna przelewać się przez brzegi kałuż. Jesteśmy właśnie w tym momencie.

Tylko że czeka nas dalszy ciąg wypadków. Długotrwały deszcz obluzował glebę i spoistość gruntu, w dogodnych miejscach strużki wody wyżłobiły już małe koryta zbiorcze, którymi zaczynają płynąć coraz szersze strumienie. Pojedyncze strumyki zaczynają się łączyć w dogodnych miejscach styku w większe prądy.

W najbardziej nieoczekiwanym miejscu, gdzie zbiegną sie przypadkowe i strukturalne słabości, coś pęka, na przykład przewraca się drzewo, z podmytymi korzeniami. Zwalając się na bok odkrywa wielką dziurę która powoli wypełnia się błotem, aby po kilku godzinach przesączyć się przez skarpę i runąć w dół błotną lawiną, przerywając po drodze szosę, budynek szkoły, stację wody i zatrzymać się na ścianie muru oporowego zapory wodnej, która runie z kolei pod naporem gruzu i szlamu, przepełniona po brzegi. Niemożliwe? Bardzo możliwe. Tak rozpętała się pierwsza faza kryzysu. Banki centralne pod wodzą Benka szybko uzupełniły różnicę brakującego kapitału i wszystko pozornie wygląda stabilnie. Jednak pod powierzchnią grunt jest rozmokły i nie ma oparcia, pierwsze większe tąpnięcie grozi dalszą katastrofą. To jakby osunięcie gruntu w odcinkach.

Zwróć uwagę na wykładniczy przebieg krzywej długu. To nie jest parabola, hiperbola, ani inna -ola, to jest czysta żywa wykładnicza, jak z wykładu o procentach, jak z książki wycięta! I jeszcze jedno. Poprzednia wielka hossa, czyli lata '30 oraz następujący po niej krach, wygląda przy bańce millenijnej jak przedszkolak. Czy da się teraz reanimować tę bańkę, pompując jeszcze większą? Wykluczone. Nie ma takiej gospodarki. Zwróć uwagę, że wykres jest przeskalowany do aktualnego pkb w procentach, a nie w dolarach takich albo innych, z inflacją lub bez, z takimi lub innymi ozdóbkami. Wykres pokazuje stosunek bieżącego zadłużenia do bieżącej produkcji i od lat '80. ub wieku, po trzech dekadach miarę stabilnego zadłużenia, odpalił na fali destrukcji imperium sowieckiego i nieustannie pnie się w górę, w postępie wykładniczym. Następna stuletnia bania koniunktury (zwróć uwagę, że małe banieczki pośrednie typu hossa internetowa nie przerwały supercyklu) musiałaby mieć wielkość rzędu 10 pkb Stanów, a to znaczy np. 3 pgb (świata), więc takich przedsięwzięć/projektów nie ma (chyba że będzie zielona rewolucja światowa, kto wie, pierwsze kroki poczyniono). W każdym razie na dzisiejszym rynku obecna recesja jest ostatnia w serii ekspansji w tej konfiguracji świata, z dolarem w roli globalnej waluty, czyli światem Bretton Woods, dalej ten model nie pojedzie. Koniec podróży. Czas zmienić paradygmat. To jest namalowane na tym rysunku. Sztuka to potęga.

Piramida pieniądza kredytowego


Czarodzieje w centralnych bankach mówią, że banki zostały dokapitalizowane, kryzys został powstrzymany i teraz już tylko pod górkę. Zapominają dodać, że na dosłownie garstce kapitału kredytowego pierwszego stopnia (fundament piramidy) zbudowana jest cała góra pochodnych, kolejne warstwy piramidy kredytowej, z ostatnią rzędu kilkuset bilionów do tryliona! Owszem, większość z nich nigdy nie zostanie użyta, jednak biorą udział w obiegu finansowym i są rozliczane w pieniądzu. Dolar na dole piramidy i na górze piramidy co prawda nie ma takiej samej siły, bo bierze udział w transakcjach różnego rodzaju, ale to nadal ta sama jednostka. Jeśli pojawi się transakcja wiążąca te poziomy (upadłość banku, inna katastrofa), dolary z pięter górnych wymienią się z dolarami z dołu!

Kłopot w tym, że ta piramida jest niestabilna, bowiem jej trwanie zależy od nieskończonej ekspansji kredytu. Od chwili osiągnięcia szczytu w 2008 r. piramida znajduje się w mniej lub więcej kontrolowanym upadku. Więcej kapitału znika z górnych pięter, niż może pojawić się na piętrach dolnych z tego powodu, że kredyt na dole się kurczy. Znowu nie z powodu złośliwości bankierów, tylko z powodu likwidacji starych i niechęci do zaciągania nowych pożyczek na dole piramidy.

Bańka nieruchomości


Tani kredyt, jako ratunek na poprzednią recesję (hossa internetowa), napompował bańkę nieruchomości na świecie. Budował każdy, bo przecież domy nigdy nie tanieją (przynajmniej nie pierwszym właścicielom). Bańka nieruchomości dotarła nawet nad Wisłę i - o dziwo - spowodowała odwrót cen. Mimo nienasyconego rynku i lokalnej waluty Polska jest zaprzęgnięta do globalnego cyklu kredytowego. W Irlandii na przykład w szczycie hossy wskaźnik własności do wynajmu wynosił aż 2,62! Mieszkanie było dwa i pół raza droższe w wynajmie. Na tym tle Stany były i tak stosunkowo powściągliwe, ze szczytem na poziomie 1,70. Niemcy ze swoją weimarską nieufością kredytową przez ten czas spokojnie oscylowali w okolicach jedności, gdzie porównywalny dom można kupić i wynająć na podobnych warunkach. Warto zwróćić uwagę na moment załamania bańki - rok 2006. Jeśli ktokolwiek dziś mówi, że kryzys finansowy, rozpoczęty kredytem nieruchomości, był zaskoczeniem, to najwyraźniej liczy na twoją daleko posuniętą naiwność.

Majątek gospodarstw domowych USA


W oku cyklonu jest dzisiaj podstawa piramidy, czyli amerykański konsument, ten który był motorem wzrostu gospodarczego świata prze ostatnie ćwierćwiecze. To on kupował chińskie ciuchy i elektronikę, japońskie samochody i finansował kosztowne wojenki Busha. Ostatni rzut kredytowy to bańka nieruchomości, która pociągnęła rozpaczliwe zadłużenie do poziomu 375% PKB! Więcej kredytu gospodarka nie weźmie. Więcej wody w glebę nie wsiąknie. Więcej ciężaru koń nie pociągnie, więcej domów, samochodów, motorówek i wszystkiego innego amerykanin na dogodne raty nie kupi, choćby nawet miał ochotę. Niestety ochoty nie ma, bo koniunktura rzecz stadna i Kowalski więcej u Wiśniewskiego nie zarobi, niż Wiśniewski u Malinowskiego, chyba że pożyczy... Ano nie pożyczy, bo po co, jak Wiśniewski zwalnia.

Spójrz uważnie na rysunek. O ile ćwierć wieku temu poziom długu i zamożności gospodarstw domowych był zbliżony (choć zawsze dług był większy od majątku - to ważne!), to dziś dług Amerykanów dwukrotnie przewyższa majątek! Z funkcją wykładniczą i procentem składanym jeszcze nikt nie wygrał. Co z tego, że procent jest bardzo niski. O ile jest dodatni, choćby tylko odrobinę, pani z matematyki mówi, że funkcja jest rozbieżna do nieskończoności. Tak. To tylko kwestia czasu, aż procenty przewyższą kapitał i pochłoną wszystko. Cierpliwość jest domeną królów.

Amerykański konsument skapitulował przy poziomie długu 375% pkb i przestał ciągnąć wóz z odsetkami, bowiem ten jest zbyt ciężki. Skoro przestał ciągnąć, wóz się osuwa, piramida się kruszy, następuje deflacja. Jones spłacił/zredukował część długu, ale popatrz że dziesięciokrotnie więcej utracił swojego majątku! Czy w tej sytuacji może rzucić się w huraganowym akcie optymizmu po dalsze kredyty? Wykluczone. Obrazek mówi o totalnej, generacyjnej klęsce. Obecne pokolenie jest zaprogramowane na oszczędzanie, niskie zadłużanie, zrównoważony tryb życia. O ile Benjamin zrekapitalizował banki kwotą rzędu 1,5 bln dolarów, Jones stracił na kryzysie niespełna połowę swego majątku i jest bankrutem. Ma zobowiązania dwukrotnie przewyższające aktywa i nawet Benjamin mu tych brakujących sześciu bilionów długu (połowa pkb) nie wyczaruje. Ktoś powie - jak to, przecież Benek może wszystko. Owszem, może wszystko powiedzieć, czego ty zechcesz na klęczniku posłuchać. Jednak zdaniem handlarza pietruszką Benek nie może od Johnsona pożyczyć 6,30 bln (oczywiście z procentem), aby poratować splajtowanego Jonesa na kwotę 6,00 bln (bez procentu, zapomoga), bowiem musiałby na ten cel opodatkować obywateli Jonesa i Johnsona na kwotę 8,00 bln (biurokracja kosztuje), którzy roboty nie mają. Jedyne co może zrobić Benek to czarować do czasu, aż lawina nie ruszy i oto cała jego tajemnica czarowania. W międzyczasie co roku, jak okiem sięgnąć po dwa biliony nowego długu federalnego (1/8 pkb)!

Minister Rostowski to przy opalonym prezydencie jest skrajny pesymista i tradycjonalista. Ma rację, że na tym tle Polska będzie miała jeden z najniższych wskaźników długu w EU! Te buńczuczne hasła są niestety prawdziwe. Przepraszam zatem za krytykę ministra w starym roku. Obiecuję się poprawić w nowym. Rostowski-Skrzypek są o niebo lepsi od egzotycznego tercetu Obama-Bernanke-Geithner i to nie z powodów etnicznych. Niestety tylko w porównaniu do tego egzotyzmu (choć i mogło być gorzej, np. Zimbabwe) i do czasu, aż złotówka nie zostanie wciagnięta do kołchozu, bo wtenczas to będzie rządziła Angela i pan Weber. No ale cóż. Bądźmy sprawiedliwi. Realne ryzyko recesji (3R)- głównie za sprawą dobrego odbicia w Europie (albo braku załamania euro pod ciężarem peryferiów, co w końcu zostało zdetonowane przed świętami - tak tak, zdetonowane i to an chama przez Moody's), nie zmaterializowało się. Dzięki niech bedą za to wszystkim zasłużonym. Skromnie zauważmy, że nie było to zasługą aktywności Vincenta, lecz jej ostentacyjnym brakiem, albo pomimo, jak kto woli. Nie było też zasługą komentatorów, ani za ani przeciw Vicentowi. Było zasługą zapobiegliwych, przedsiębiorczych, pomysłowych i złośliwych Polaków, mających wszystkich w tyle i pragnących żyć jak ludzie. Zasługą Vincenta jest bezprzecznie to, że im tego skutecznie nie uniemożliwił. Trzeba też uwzględnić, że o ile wysoki poziom zadłużenia Niemiec nie jest wielki problemem, bowiem mają duży poziom zamożności zakumulowanej, o tyle poziom zadłużenia państwa na dorobku może w pewnych warunkach jego rozwój zatrzymać na barierze kapitałowej. Warto mieć to na względzie, zwłaszcza gdy pożycza się na cele socjalne, a nie inwestycje generujące wzrost dobrobytu. Wszystko to piszę bez żadnej ironii wobec Vincenta, bo niedawno wspominałem tu pewnego okularnika, który całemu pokoleniu zafundował wojnę, z wyżem demograficznym i kryzysem gospodarczym w tle, więc na tym tle lepszy jest namiestnik londyński, niż moskiewski. Jak wiemy potem było zwycięstwo i wszystko się potoczyło... Jednak rzut oka na pierwszy wykres uświadamia, że tak już miało być, Watsonie. Krzywa wykładnicza ma swoje prawa, by tak rzec przełamuje granice wzrostu.

SP500 na tle innych recesji


Na razie wielki kryzys II (a nie miej złudzeń, że to nie jest zwykła recesja) wygląda jakby skutecznie udało się napompować pęknięty balon. Wykres SP zaczyna przebiegać zgodnie z optymistyczną recesją surowcową z lat '70 - szok naftowy. Od spadku wielkiej recesji lat '20 jest bezpiecznie daleko, pozornie. Dlaczego pozornie? Bowiem co prawda kursy giełdowe mają się świetnie, ale w gospodarce realnie nic nie zostało podniesione, wszystkie systemowe słabości zostały zamurowane, bezrobocie rośnie (nie ma nadziei na spadek), kryzys w nieruchomościach prywatnych przez podatkowe wsparcie Fannie, Freddy et al. jedynie odwleczony w czasie, a nieruchomości komercyjne to jedna wielka bomba na lata 2010-12. Ten kryzys to nie jest zwykła recesja, to - jak pokazano na obrazkach wyżej - recesja bilansowa -
gdzie brakuje kapitałów liczonych nie w setki mld, ale w bilionach dolarów, czyli krotności pkb USA. Takich kapitałów nie stworzy Benek z Tymonem, nawet gdyby ich było trzydziestu trzech zamiast dwóch, a naprawdę ani jednego. Nawet Benek nie stworzy coś z niczego, na załatanie tego, czego nie ma, a wszyscy mają zapisane, że jest...

Oto tajemnica deflacji, czyli bilionów znikających w fazie destrukcji kredytu na wyższych poziomach piramidy. Pamiętaj - to że piętra się nie stykają dziś, nic nie znaczy. Jeśli się zetkną, a w końcu muszą, dolary z wyższych pięter wymienią się z dolarami na piętrach niższych. Przecież są nierozróżnialne, to jedynie zapisy na elektronicznym koncie...

Skoro już wiesz, na czym polega tajemnica deflacji, czyli o tajemnym łataniu dziur na twój koszt (albo inaczej jak kupiliśmy świat za długi), czas na dyskusyjną prognozę z Yogosem.

Przyczyną i siłą sprawczą obecnego kryzysu jest pęknięta piramida długu i to w analizie długu należy szukać rozwoju wypadków. Kapitał brakujący w bankach został uzupełniony pożyczkami z podatków, czyli prywatny lewar zostaje zastąpiony lewarem państwowym. Pożyczkodawcą jest teraz pozornie państwo, aczkolwiek to oczywiste złudzenie, bo kapitał na ratowanie banków jest wzięty z kieszeni podatników, czyli pożyczony od banków pod zastaw przyszłych dochodów podatkowych państwa. W ten sposób państwo oddaje w niewolę -pośrednio - obywateli, poprzez zastawienie ich przyszłych dochodów. Te dochody dyskontowane w postaci obligacji, więc właśnie obligacje są motorem i podłożem całego zamieszania.

Bernanke niczego bardziej się nie boi, niż podniesienia oprocentowania 10UST powyżej 5,5% bowiem taki poziom oceniam na próg bezpieczeństwa spirali zadłużenia. Co prawda Morgan Stanley uważa, iż już w przyszłym roku osiągną one ten poziom, co znaczyłoby w 2010 spiralę niewypłacalności USA i ostateczny upadek dolara, ale zezowaty byłby tu sceptykiem. 2010 może skończyć się zeszmaceniem dolara, ale wcale nie musi. Bilionowa góra długów nie przewala się z piątku na sobotę, do czasu, aż nie zajdzie jakieś zdarzenie - wyzwalacz, które powoduje wybuch. Wtedy jedno popołudnie to może być koniec elektronicznego handlu w dolarze.

Obligacje wskazywały już od pół roku (ponad) odmienny kierunek od giełdy. Pytanie nie jest czy, ale kiedy to rozdwojenie się skończy. Bite pół roku obligacje uporczywie wskazywały na konieczność podniesienia rentowności, a to wcale się nie spełniło. Co więcej, był to w sprzeczności z kierunkiem giełdy. Jeśli obligacje spadną, to giełda nie może rosnąc, a jednak rosła. Dla mnie rzeczą oczywistą jest, że - po pierwsze - rentowność obligacji musi wzrosnąć do ok. 7% (a pewnie wyżej) oraz wskazałem nawet poziom kyzysowy (generujący zwałkę na giełdach) oraz - po drugie - wzrost oprocentowania nie bierze się z "oczekiwań inflacyjnych" (które nb. są humbugiem pojęciowym, nie ma czegoś takiego immanetnie, to jedynie skwantyfikowana miara pewnej dynamiki, nic nie mówiąca o jej przyczynach, stąd jest to koncepcja oszukańcza), ale ze wzrostu premii za ryzyko bo Obama-stan idzie w kierunku Zimbabwe, po uchwaleniu Medi security jest to pewne. Pytanie kluczowe tylko kiedy. Rozdwojenie jaźni może trwać miesiącami, ale kiedyś się kończy. W tzw. międzyczasie - korzystając z pieniędzy Benjamina wielcy gracze, w tym m.in. Pimco, zarobili grube miliardy, grając na chwilowe wzmocnienie obligacji.

Ostatnio zauważono wyraźną niechęć do obligacji, zarówno na długim końcu, jak i na dole. Obligacje dwuletnie sprzedały się z rekordowo niskim pokryciem (ok. 2,5) przy poprzednio notowanym 3,5. Co więcej, wyraźnie wzrosło oprocentowanie, także na dole. W bilansie też dzieja się dziwne rzeczy. Ponad pół biliona w obligacjach 2009 r. kupili niezydentyfikowani nabywcy indywidualni, zwani myląco "households", choć może to być każdy, od anonimowego hedge-fund po kucharkę z rachunkiem maklerskim. Według wieści gminnej jest to grupa sześciu dużych funduszy działających na zlecenie Bena, czyli de facto kupujący obligacje Tymona dla Bena w tzw. trójkącie.

Na dziś próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy obecny ruch na obligacjach to już jest ten ruch, czy nie, bo że jest on kontynuacją ruchu z jesieni - użyłem frazy "pociąg ruszył" - jest także oczywiste. Pociąg raz ruszony jedzie, pytanie czy teraz przyspieszy. Nie jest wcale powiedziane że tak stać się musi, nie znamy wszystkich książek Bena. Według mojej oceny połowa papieru Tymona jest wydrukowana przez Benka. Pewną wskazówką jest fakt, że ruszyły obligacje na dole które były do tej pory przywiązane mocno do zera. Krzywa jest coraz bardziej stroma i napięta i musi chlasnąć. Benito zapowiada interwencję na górze (korzystając z taniego pieniądza na dole, chce zaczarować pieniądz na górze) i tymi zapowiedziami przyczynił się do wzrostu oczekiwania na wyższe stopy. Rozumowanie Benjamina jest następujące. Mamy tani pieniądz na dole (krótkie terminy), który możemy drukować do woli i mamy na niego nabywców. Nikt nie chce kupować papierów długich, poza tym mają wysokie oprocentowanie (aczkolwiek i tak o połowę niższą od racjonalnego). W związku z tym zaczniemy restrukturyzować obligacje, wymieniając drogie krótkie (0%) na tanie długie (3,75%), czym obniżymy oprocentowanie długich oraz jednocześnie wydłużymy sobie strukturę długów federalnych (wydłużymy średnią zapadalność). Klienci będą przecież szczęśliwi, kiedy zarobią na bondach zamiast 0,10% - 3,0% rocznie! Dwie pieczenie przy jednym ogniu, człowiek roku i Nobel w kieszeni. Według zezowatego trzeba rzeczywiście być monetarystą, żeby w taką brednię uwierzyć. Jeśliby tak było, to nie tylko by oprocentowanie krótkich spadło na taką wiadomość (a wzrosło), ale jeszcze by w panice spadło na długich (a też wzrosło).

Dolar w oczekiwaniu na wyższe stopy natychmiast poszybował (pisałem w analizie po raporcie o bezrobociu) i został (pewnie świadomie) umocniony serią danych o padaczce na obrzeżach eurolandu. W kraju ślepych zezowaty jest królem! Ale niestety kwity Tymona będą dawać większy dochód, zwłaszcza że jest ich coraz więcej. Mało tego. Zaczyna się ujawniać ogrom niechęci prawdziwych nabywców, czyli zakres dziury manipulacji, gdzie w miejscu rzekomych fantomatycznych klientów jest po prostu klon Benka. Połowę obligacji rządu USA nabywa bank centralny! To jest drukowanie pustego pieniądza w czystej postaci, czyli nie eufemistyczne "quantitative easing", ale ordynarna monetyzacja długów państwa, czyli drukowanie kasy. Świadomość tego może spowodować radykalne podniesienie premii za szmaconego pokątnie przez Bena lollara i ryzyko załamania dolara rośnie lawinowo. Tytuł człowieka roku Time może być - jak często dotąd - tzw. pocałunkiem śmierci, bo że moment krachu czarodzieja Bena nadchodzi wielkimi krokami, czuję nie tylko ja, przeczuwa to wielu. Benek będzie grabarzem lollara, bo nawet w mojej najbardziej pozytywnej wizji ta waluta nie wytrzyma do końca jego kadencji, nie ma takiej szansy w kalendarzu.

El-Erian z Pimco jest właśnie tego zdania. Długi koniec obligacji nie da się Benowi zaczarować, bo to byłoby wbrew naturze. Jedynym kupcem długich obligacji będzie Ben. Pisałem o tym wcześniej, Pimco potwierdza to w grudniu. Wyszli z obligacji skarbowych na setki mld i wchodzą w obligacje korporacyjne (a więc akcje muszą upaść). Być może byli w akcjach. Co prawda Pimco dął dotychczs w swoje trąby, należy też do PPT, ale logika jest nieodparta. El-Erian brzmi tak, jak trębacz na zamku oddziału trąbiący na odwrót. Chłopaki, koniec hossy na giełdzie. Od nowego roku do Nowego Yorku obligacje w dół, akcje w dół, dolar w górę.

Co dalej? Jeśli ruch przyspieszający jest dość silny (a świadomość dość powszechna) nie pomoże nawet awaryjne czarowanie biliona households. Po prostu oprocentowanie wzrośnie, a Benek podąży pokornie za rynkiem, tak jak do tej pory było zawsze. Jeśli to ten moment przyspieszenia, to lolar po new year przedłuży swoje odbicie, przygniecie giełdę, a wtedy zacznie się wtórne short-squeeze na dolarze, jeszcze potęgujące załamkę i będzie drugie dno. Jeśli to nie jest moment przyspieszenia, impuls na lolarze powoli wygaśnie w ruchu horyzontalno-opadającym, a giełda może kontynuować swoje chore meltup na komputerach wyżej. Wersja pośrednia to ruch horyzontalny na giełdzie, lolar opadający. Jak myślisz, który wariant wybieram?

Wybieram wariant lekkiego short-squeeze na dolarze i nurkowanie giełdy. Być może nie jest to w planach, ale z drugiej strony giełda na pewno nie ma wewnętrznej siły do wspinaczki w górę. Nie widać przekonującego końca recesji i spadku bezrobocia na horyzoncie. W najlepszym wypadku można giełdy utrzymać na tych poziomach, tylko pytanie: po co. Sprawa rosnącego apetytu pożyczkowego Wuja Sama jest bardziej paląca, a obligacje w końcu muszą dać większą premię, czekały na to już dość długo. Zresztą do tej pory ten rynek, jako fundamentalny, i największy - Sam jest i pozostanie największym gorylem w zagrodzie - zawsze miał rację. Od niego zależą dalsze przepływy kapitałów i od niego w końcu zależy, co i jak będzie podpisywał Tymon, a drukował Benek, bo to Benek ogłasza stopy, ale dyktuje je rynek.

To największa tajemnica monetarystów. Oni podają stopy podążające za rynkiem, dlatego, że po prostu nie potrafią rynkowi kazać ustalić stóp na obligacjach. Owszem, mogą kombinować grę w trzy karty, zastraszanie, przemówienia, komunikaty, ale stopy ustala rynek i idzie on już w biliony. Benjamin nic rynkowi nie może kazać, może ustawić stopy w wannie. Jeśli natomiast ustali stopy procentowe wbrew rynkowi, to albo nie sprzeda obligacji, albo wtrymiga banki komercyjne mu wyssą całe rezerwy. Oto tajemnica wielkiego czarodzieja od ogłaszania "polityki monetarnej". Wystarczyłoby comiesięczne ogłoszenie na stronie FED i po krzyku, zamiast wielkich czarów szamana od siedmiu boleści, który zbankrutował największą gospodarkę planety Ziemia. Taki poziom nieuctwa - w sensie kwot - może rywalizować tylko z kosmosem, aczkolwiek już Einstein zauważył, że z najłatwiej dostępnych nieskończoności powszechna jest głupota. Nie ma granic i jest za darmo w nadmiarze.

Co jest niezaprzeczalne, to redukcja zakupów obligacji dolarowych przez Azję (Chiny wyprzedają rezerwy na swój pakiet stymulacyjny, a Japonia nie ma wzrostu rezerw) oraz Europę (własne puchnące potrzeby pożyczkowe). Pozostaje popyt wewn. (bezrobotny Jones) oraz czary-mary w książkach, ale długo tego pociągnąć nie można. W 2010 trzeba sprzedać obligacji dodatkowo za ok. 2 bln, a realnych dawców kapitału raczej nie widać. Pozostaje liczyć na cud spadku rentowności, który w tej sytuacji się nie może zdarzyć, wręcz przeciwnie, nożyce zaczynają się rozwierać.

Co zatem na krótko? Obligacje powinny pociągnąć dolara z short squeeze, być może będzie testowane o,800. Wtedy w strachu oczywiście druga tura pomocy i drukowanie na całego, jak to mówi Faber jakby jutro nie istniało. Czy to już w styczniu? Niekoniecznie, ale data ładna. Poza tym ten ostateczny rajd przed śmiercią jest niejako obowiązkowy. Pamiętacie odbicie na 0,6660. Było oczekiwane i zdarzyło się precyzyjnie, oczywiście z pięknym przekonującym zawijasem na dziękczynienie, kiedy już wszystko było pięknie... Mnie nawet nabrali, przekonująco, że to wygląda na skutecznie przebicie. I przyszedł prezent z Dubaju, zaraz potem Moody w Grecji, Hiszpania i reszta. Zbyt piękny moment, żeby go zmarnować, ale nic nie stoi w gazetach.

Co dalej z lollarem? Po odrobieniu tego ostatniego lotu, jak dojdzie do "fazy druku", przebicie powrotne 0,660 nie będzie żadnym problemem, ani - podejrzewam - 0,6250. Moim docelowym poziomem jest 0,500. Tak sobie myślę, że to okrągła liczba i da się utrzymać. Pytanie w jakim terminie. To zależy od dynamiki na obligacjach w I kw.'10.

Na koniec diagnozy piramidy na Sylwestra 2009 polecam ciekawe obserwacje z artykułu podanego przez Yogosa Debt deflation. Mnie zdziwiły/uderzyły tam dwie rzeczy. Po pierwsze: jak można się tak odkryciem mechanizmu deflacji podniecać, przecież to jest proste. No tak, proste jest, jak rok postudiujesz temat. Ja dochodzę do takiej konkluzji z analizy systemu, jako całości. Keen opisał prostym językiem istotę tej depresji i jej dalszy rozwój, otóż neoklasyk i monetarysta nie rozumie tego, bo najzwyczajniej jego model tego nie przewiduje. Nie ma takiej opcji, nierównowaga. Ich weiss nicht. To dla mnie bardzo ważne spostrzeżenie, bo choć wiem to praktycznie, nikt tego jeszcze tak prosto nie napisał. Monetaryści z banków centralnych nie widzą - przynajmniej w swoich książkach i wystąpieniach - dynamicznej natury tego kryzysu.

Drugie uderzające - rekomendacja naukowej pracy Benka nt. Fishera - omówienie nie jest warte straty czasu. To są dwie superważne informacje, których nigdzie indziej nie ma. Otóż pilot odrzutowca - monetarysta - nie wie, jak zachowuje się on w fazie dynamicznej, gorzej - on zna tylko statyczne prawa Newtona, nie słyszał o równaniach przepływu Bernoulliego (jest coś takiego). Cud polega na tym, że siła nośna skrzydła wynika z dynamicznych przepływów płynów (Bernoulli) i dzięki nim odrzutowiec unosi się w powietrzu, a za sterami siedzi pilot, który twierdzi, że według Archimedesa samolot powinien spaść na ziemię. Samolot leci, Benek odprawia monetarne czary, a czas biegnie, jak opisano na wstępie, do przodu...

Bawcie się fajnie w oczekiwaniu na jeszcze lepszy rok.

Portfel cały wypchany lollarami...


Wszystkim, urzędnikom, bankierom, wyrobnikom i doktorom, a także pacjentom.
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 8 grudnia 2009

Grecja

Ty się za bardzo nie ciesz, bo ta cholerna GR wywaliła w najgorszym momencie, kiedy jeszcze Dubai się nie rozszedł. Udowodnij, że to jest przypadek. Jak masz wyobraźnię, to zaczynaj się pakować. Goldie, Benek i Moody trąbią odwrót. Może z tego wyjść coś poważnego, bo lolar się wyrwał z kanału i niebawem będzie zmiana trendu.

W NY ostatnio piękna dystrybucja, a indeks SP nie ma siły pokonać 1100, coraz bardziej dokleja się do niego, coraz wyraźniej traci power...





© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 18 listopada 2009

W dłuższym okresie

W dłuższym okresie wszyscy będziemy martwi. Kto powiedział? Klasyk Maynard Keynes.
W długim okresie ceny domów zawsze rosną (dokładniej nigdy nie spadały w całym kraju). Kto powiedział? Allan Greenspan, poprzedni szef banku rezerw federalnych, pompując ostatnią wielką banię przed globalnym krachem.
W długim okresie giełdy zawsze zarabiają. Kto powiedział? Wszyscy. To tzw. mądrość ludowa. Popatrzmy zatem na obrazek wykonany z pomocą kalkulatora giełdowego, odnalezionego przez blogerów Kuczyńskiego.



Wykres pokazuje realną przeciętną stopę zwrotu z akcji NYSE (z uwzględnieniem inflacji) na dzień 31.12.2008. Widać na nim, że jeszcze w latach '90 ub. wieku można było liczyć na realny roczny zwrot z giełdy rzędu 5% ("w dłuższym okresie"). Około przełomu tysiącleci coś z mechanizmem się popsuło, kiedy z megacyklu rosnącego przeszliśmy do megacyklu spadku. Stopa zwrotu stała się ujemna. Zbiega się to idealnie z przejściem w fazę agresywnej akcji kredytowej oraz drenażem realnej gospodarki przez sektor finansowy - opisane w artykule "Po co jest giełda". Giełda nadal jest miejscem dystrybucji i alokacji kapitału, tylko obecnie kierunek inwestycji jest zamiast do realnej gospodarki (dodatni zwrot) - odwrotny, w kierunku sektora finansowego. Firmy produkcyjne zamiast zbierać rozdrobniony kapitał i inwestować go w celu pomnożenia, przekazują go pośrednikom finansowym (bankom) poprzez giełdę. W takiej optyce ujemny zwrot z inwestycji nie powinien dziwić.

Optymista powie, że w długim okresie wszystko wróci do normy. Być może. Czy trzydzieści lat jest długim okresem? Dla zezowatego tak. Jeśli założyć, że coś się popsuło na początku tego tysiąclecia, ale od roku 2009 będzie dalej dobrze, wyjdzie w tej długiej perspektywie ciekawy wynik. Przyjmijmy realną roczną stopę zwrotu przez najbliższe 21 lat 5% z giełdy (przyzwoicie) oraz 2,5% z obligacji (przeciętnie), wyjdzie po trzydziestu latach od przełomu wieków, że z obligacji masz pięć procent więcej. W dłuższym okresie giełda zawsze zarabia. Być może, ale w obecnym dłuższym okresie prawdopodobnie lepiej zarabia w obligacjach.
© zezorro'10 dodajdo.com

niedziela, 8 listopada 2009

Jak handluje goldie

Masz akcje? Spekulujesz? Dobrze. Popatrz, jak to robi zawodowiec. Po rozwaleniu konkurencji w osobie Lehmana nie zostało wielu konkurentów na placu boju. W handlu CDS oraz HFT Goldie zmajoryzował rynek i robi z nim prawie, co chce. Rok temu był na krawędzi upadku? Możliwe. Dziś najwyższe nagrody roczne w historii, po kilka milionów na łebka, im się po prostu należą. Zarobili.

Ile dni stratnych miał Goldie w trzecim kwartale? Jeden. Ile średnio zarabia dziennie? Coś ponad 100 milionów. W trzy na pięć dni tygodnia zarabia ponad setkę, zazwyczaj sporo ponad :) Jakaś recesja jest podobno...


[Obrazek Zero Hedge]
© zezorro'10 dodajdo.com

czwartek, 22 października 2009

Giełda i złoto. Spojrzenie od fundamentu piramidy

Dzięki Jarkowi mamy otwierający oczy graf, który tłumaczy lepiej od tysiąca słów. Ale od początku. Mamy teraz moment decydujący o dziwnej benkowej hossie. Będzie głębokie odbicie, czy płytkie, dalszy marsz w górę, czy kiszenie i zwałka z odbiciami. Pytanie niebagatelne, prawda?

Mamy kilku głównych aktorów: lolar, Benek, giełda, obligacje, gospodarka, surowce i złoto. Wbrew wbijanemu do łbów przesądowi, że barbarzyński relikt jest zwykłym świecidełkiem, przesądni centralnie bankierzy najbogatszych państw świata trzymają w tym relikcie nadal lwią część swoich rezerw monetarnych (a nie surowcowych). W związku z kryzysem rozpętała się z drugiej strony wręcz histeria ogromnej hossy na złocie. Spójrzmy zatem dziś od strony fundamentu (rezerwy stanowią podstawę kreacji pieniądza) i zastanówmy się, co dalej.

Co robi Benjamin

Benek w najlepsze szmaci walutę, zwaną wcześniej dolarem, a obecnie lolarem. Wszystkim naokoło opowiada, że co do polityki kursowej, to proszę pytać Tymona, czyli ministra skarbu. Big Ben zajmuje się centralnie kreacją lolara i tylko lolara. Wartość lolara do innych walut go nie interesuje, jego interesuje tylko stopa inflacji i stopy procentowe obligacji. Tymon zarzeka się w żywy chiński kamień, że kraj wielkiego wuja (Uncle Sam) prowadzi politykę silnego dolara. Mówi to z całkowitym spokojem, więc nadaje się na swoją funkcję, bo pewnie nawet powieka mu nie drży. Lolar tymczasem zalicza roczne minimum i - po korekcie - będzie zapewne dalej podążał do dołka w okolicy .625 (1,60 do euro). Słaby dolar jest niejako wymuszony przez pompowanie innych aktywów (giełda), w które wpuszczono tani państwowy kapitał ratunkowy, żeby zatkać przepastne dziury w kreatywnych bilansach banków. W ten sposób mastodonty bankowości, które na swej działalności operacyjnej splajtowały, utrzymywane są przy życiu w złudzeniu rentowności, zapewne z zamiarem przeczekania trudnego okresu. Zanim gruby schudnie, chudy umrze. I pewnie taki jest zamiar Benito i spółki, bo tani kapitał jest tylko dla swoich. Tymczasem realna gospodarka zdycha i dzięki temu rekiny mogą się do woli nażreć padliną. Redystrybucja kapitału.

Mamy puchnącą od taniego pieniądza giełdę i surowce. Im bardziej giełda idzie w górę, tym dolar jest słabszy, co nie powinno dziwić, bo przecież realna wartość akcji nie wzrasta, nie widać - poza palaczami green shoots - szalejącej koniunktury. Trudno nawet udowodnić, choć takie jest nasze przeczucie, że sprawcą szmacenia lolara jest pompowanie giełdy. W zasadzie to nie ma znaczenia, bowiem liczy się tandem, wartości względne. Skoro surowce drożeją, musi tanieć relatywnie dolar i odwrotnie. Drożeją śmieciowe akcje bankrutów, nazywane kapitałem, natychmiast zielony flaczeje.

Proces flaczenia będzie trwał dopóki nie zastrajkują nabywcy obligacji, pociągając długie stopy procentowe w górę, co natychmiast podniesie dolara. Oczywiście Benek bardzo tego nie chce, ale zezowaty widzi już oznaki podnoszących się kosztów pożyczkowych i - co gorsza - będą się one nasilać. Jak tu relacjonowałem przeciętna emisja tygodniowa obligacji wielkiego wuja z podpisem Tymona będzie w kilkuletniej perspektywie wynosić ok. 200 mld. Takich mas papieru świat jeszcze nie widział, więc doświadczenie będzie ciekawe. Z perspektywy bondów flaczenie lolara nie potrwa długo, najwyżej kilka miesięcy, potem restrykcyjne podwyżki stóp i żegnajcie giełdowe ekscesy.

Co robi złoto

Złoto w najlepsze goni coraz wyżej i na trwałe podniosło się powyżej poprzeczki 1050. Patrząc na inne aktywa, na przykład na giełdę, nie powinna ta zwyżka dziwić, bo od marca wartość złota w akcjach śmieciowych akcji amerykańskich nie wzrosła. Zatem opowieści o hossie na złocie - przynajmniej w porównaniu do akcji (ale także np. ropy) są mocno przesadzone. Wydaje się, że najzwyczajniej ktoś coś na chama pompuje (Benek dmucha NYSE), a wszystko inne odpowiednio do tego drożeje, czyli innymi słowy lolar się wobec tych aktywów dewaluuje. Istotnie, dewaluuje się także wobec innych walut, choćby odrobinę twardszych. Co widać w perspektywie? Ciekawe rzeczy.



Po pierwsze widać, że upadek giełdy w stosunku do pieniądza fundamentalnego trwa już od kilku lat. Jakkolwiek atrakcyjnie wykres by nie wyglądał w lolarach, w złocie giełda amerykańska znajduje się w zapierającym dech zjeździe, który doprowadził ją od szczytów z początku millenium na wysokości DJ INDU ponad 40 uncji do dzisiejszych 10. I owszem, Dow Jones Industrials dobił do 10500, złoto przeszło 1050.

Na wykresie można z łatwością przewidzieć kurs INDU za pół roku w wysokości 7,50. Policzmy zatem. Jeśliby giełda miała się nie zawalić (co w perspektywie obligacji jest raczej wątpliwe) i pozostać na dzisiejszym poziomie, złoto powinno kosztować 1400$. Jeśliby giełda spadła do racjonalnych poziomów ok. 6000-8000, złoto pozostałoby na niezmienionym poziomie. Jeśli jednak COmex pęknie (co niektórzy wykluczają) i złotko pofrunie sobie na przykład do 3000, INDU powinien wspiąć się na nowe szczyty w okolicach 22500! Kto powiedział, że jeep morgan obroni Comex choćby nie wiem co? Patrząc na desperackie naked shorty przecież sytuacja musi skończyć się wybuchem. Czy to musi być tragedia? Jak dla kogo. Spójrzmy na to od tej strony. Jeśli w wyniku paniki złoto osiągnie poziom 3000, nie powinno być mowy o bessie na giełdzie. Owszem, dolar się zeszmaci ostatecznie i za euro jankes będzie płacił dwóch waszyngtonów. Ale jaka piękna hossa! Jeśli tylko długie obligacje wytrzymają, złota hossa wcale nie musi być taka zła, po przeanalizowaniu wykresu może być nawet w planach. Czy zezowaty obstawia ten scenariusz? Nie, ponieważ bondy go zweryfikują, ale życie uczy pokory...
© zezorro'10 dodajdo.com

piątek, 12 czerwca 2009

A nie mówiłem

PRZEGLĄD ŚWIATA


Nie, nie chodzi o górkę, tylko o fajne narzędzie. Sam/a zobacz. Wizualizacja na bieżąco, przegląd całego rynku i wejście w szczegóły. Polecam do pracy i zabawy. Dołączyłem już do przeglądu rynku (rzut oka na giełdy) i chyba zacznę używać na poważnie.

Przy okazji - skoro już macie prezent na week-end - rzeczywiście jest górka (a nie mówiłem). Potwierdzenie jest w transakcjach insiderów. Wszystkie czerwone, znaczy smart money wywala.
© zezorro'10 dodajdo.com

środa, 10 czerwca 2009

Koniec tej hossy (na razie)

A czemu to? Przecież tak jest dobrze. Świat uratowany, banki nie padają. Więcej nawet: wszyscy beneficjenci funduszu pomocowego TARP, którzy przeszli tzw. stress-testy Geithnera (za wyjątkiem Citi), będą mogli oddać pieniądze ministrowi finansów i urwać się spod jego kontroli. Wszystko dzięki udanej akcji pompierskiej PPP i rekordowym nowym emisjom akcji banków. W krókim czasie banki zebrały kilkadziesiąt mld nowego kapitału, w czasie hosanny nadziei. Czy nie nadszedł czas na przerwę? Jak najbardziej. Market makerzy na giełdzie handlują sami ze sobą. Nie ma naśladowców. Spójrzmy ja wykres SP500.



Wykres pracowicie doprowadzono do granicy ok.942, która jest poprzednią górką, a jednocześnie linią średniej wykładniczej. To mocny opór i bez znaczącego popytu (nowych frajerów) nie pojedziemy do góry. Skąd wiadomo, że pracowicie? Wystarczy popatrzeć na RSI, w trakcie całej mini-hossy trwający wiernie przy granicy wykupienia. Rynek jest od dłuższego czasu na granicy technicznego wykupienia, nie ma nowych chętnych, a z przebiegu notowań można wywnioskować, że wyżej się pociągnąć nie dało. Małe obroty, apatia.

Dodatkowo - według dynamiki przebiegu - widać, że notowania dobiegły do granicy, wręcz się do niej "doklejają" i wybić je wyżej może tylko bardzo mocny impuls. Widzicie taki, bo ja nie?

***UZUPEŁNIENIE***
Na koniec bomba. Po napisaniu okazało się, że powyższe zdanie podziela mój ulubieniec, szef Goldmana, Lloyd Blankfein. Na konferencji w Tel Avivie stwierdził, że obecne odbicie nie jest trwałe i czeka nas długa recesja. No kurczę, witam w ZezoLandzie! Zawsze wiedziałem, co wiem, wiedziałem też, że skoro ja wiem, to on też musi wiedzieć. Z tego niepodważalny, nieunikniony, niezaprzeczalny wniosek: skoro Blankfein to dziś przyznał, to dziś jest koniec mini-hossy. Chwilowo wygląda na to, że drugi grubas, JPM nie uznaje tego faktu i pompuje w zaparte (serio, GS przestał, JPM dyma futuresy SPX aż wióry lecą). Musiał Dimonowi Blankfein przez Bloomberga powiedzieć: koniec hossy! Zezowaty potwierdza: Jamie trzymaj się krótko, koniec mini-hossy (patrz wpis na górze).
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Łamanie oporów



Jeśli to nie jest euforia, to co to jest?

United States Stock Market Dow * 8500.33 96.53
United States Stock Market Nasdaq 1822.20 47.87
United States Stock Market S & P 500 942.33 23.19
Argentina Stock Exchange MerVal 1651.80 64.59
Brazilian Stock Exchange Bovespa 54597 1399.27
Canada Stock Exchange TSX 10584.98 214.91
Mexican Stock Exchange IPC 24932.57 600.85
Amsterdam Stock Exchange AEX 268.63 9.18
London Stock Exchange FTSE 100 4508.24 90.30
Deutch Stock Market DAX 5135.59 194.77
French Stock Market CAC 40 3374.60 96.95
Japan Stock Market Nikkei 9677.75 155.25
Hong Kong Stock Market Hang Seng 18888.59 717.59
China Stock Market Shanghai 2721.28 88.35
Singapore Stock Market Straits 2380.07 50.99
Jakarta Stock Exchange Jakarta 1998.58 81.74
New Zealand Stock Exchange NZX 50 2764.17 42.19
Taiwan Stock Exchange TSEC 6954.10 63.66
Bombay Stock Exchange Sensex 14840.63 215.38
Indian National Stock Exchange Nifty 4529.90 80.95

Na naszej giełdzie, po otwarciu Nowego Jorku, nastąpiło paraboliczne pompowanie. Jeśli NY skutecznie przejedzie przez magiczną granicę 950 SP500, stanie się to, w co zezowaty nie wierzył, mianowicie balon został spekulacyjnie napompowany powyżej pierwszego stadium. Cóż, wygląda na to, że żądza zysku jest przemożna i hossa pociągnie jeszcze. Teraz wszyscy uwierzą naprawdę w przejście bessy w nowy cykl hossy. [uzupełnienie 1:19,33] Jak na razie opór jest przemożny, za cholerę nie chce przejść powyżej 942 i tam zostać. Wygląda na to, że w godzinie cudów będzie nachalne pompowanie powyżej 950, co będzie oznaczać (dla czystości spojrzenia) że barierka wcale nie została sforsowana i impet może się cofnąć jutro...

Nie widzę żadnych fundamentalnych powodów, dla których ta nowa hossa miała by być trwała, niemniej jest (będzie zaraz) - sądząc po wykresach - technicznym faktem. Co dalej? W górę. Przełamano i jedziemy. Jak daleko? Nie chcę zgadywać, bo to jest szulernia. Zjazd będzie bolał (ale na wjeździe warto zarobić).

Skąd zatem taka kategoryczna zmiana nastawienia? Otóż dziś upadła druga (a właściwie pierwsza) ikona amerykańskiej motoryzacji, General Motors. W normalnych warunkach należałoby się spodziewać raczej żałoby, a tu wiosna i hossa.
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 26 maja 2009

Po co jest giełda?

Co to jest rynek kapitałowy?
Rynek kapitałowy – segment rynku finansowego, na którym dokonywane są emisje średnio- i długoterminowych instrumentów finansowych takich jak akcje i obligacje, przeznaczone na finansowanie inwestycji. Zwyczajowo (ale też w przepisach prawnych wielu krajów), cezurą czasową oddzielającą rynek pieniężny od kapitałowego jest termin zapadalności instrumentu finansowego wynoszący jeden rok.

Podstawowe funkcje rynku kapitałowego:
- pozyskiwanie kapitału przez emitentów,
- uzyskiwanie dochodów przez inwestorów, którzy udostępniają kapitał emitentom (np. dywidendy),
- efektywna alokacja środków w gospodarce,
- właściwa wycena instrumentów finansowych (papierów wartościowych).


A teraz dwa wykresy z pracy prof. Ozgura Orhangazi Financialization and the US Economy, znalezione na economicpopulist.org.

Kapitał pozyskany przez firmy produkcyjne (niefinansowe) na rynku kapitałowym
% nakładów kapitałowych razem



Nowe emisje firm produkcyjnych (niefinansowych) na rynku kapitałowym
% nakładów kapitałowych razem



Na powyższych obrazkach widać, że w kraju, który zmontował obecny kryzys, trwa od przełomu wieków mniej więcej nasilony proces transferu kapitału z sektora produkcyjnego do finansowego. Istotą ostatniej bańki (i jej dzisiejszych konsekwencji) jest rakowaty rozrost sektora finansowego na sektorze realnym i stopniowy drenaż tego ostatniego. Z tych powodów obecna recesja nie będzie ani krótka, ani łatwa. Rakowaty rozrost pasożyta doprowadził do tego, że kontynuacja dotychczasowego modelu jest niemożliwa, bowiem nie spełnia on podstawowych funkcji rozwoju, a nawet długofalowego przetrwania żywiciela, czyli realnej gospodarki.

Graficznym dowodem na schemat działania giełdy na gospodarkę realną początku tysiąclecia jest odsetek nowych emisji akcji poprzez rynek kapitałowy. W ubiegłym roku było to -80%, czyli (przetłumaczę) nowy kapitał przeznaczono na umorzenie akcji na giełdzie (buyback), a nie na ekspansję. Ponadto w Stanach od 2005 r. nie tylko rynek kapitałowy nie obsługuje sektora realnego, jest wiele gorzej, bowiem on go zwyczajnie drenuje. Firmy produkcyjne oddają ok. 20% nowego kapitału (własnego) sektorowi finansowemu (a kierunek powinien być odwrotny).

Obrazki są tak uderzające, że zezowaty nie mógł się oprzeć. Tak wygląda nowoczesny rynek kapitałowy w schyłkowej fazie spekulacyjnej bańki, wysysa realną gospodarkę. Warto pomyśleć nad tym, kiedy przeczytamy w gazecie kolejną rewelację o szybkim wyjściu z kryzysu i nowych świetlanych perspektywach za rogiem.
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 19 maja 2009

Niewidzialna opcja rynku

W nawiązaniu do niewidzialnej ręki Stiglitza niewidzialna opcja rynku, dzięki nieocenionemu Zero Hedge.



Coś dziwnego działo się w ostatnich dwu miesiącach. Doreen pewnie możesz to potwierdzić (jego szefowa-ZZ) - rynek wspierała potężna siła, operująca na futuresach. Ja codziennie śledzę futuresy, każdy ich ruch, a w ciągu ostatnich kilku tygodni ogromne zlecenia przyszły w kilku momentach, kiedy rynek znajdował się na krawędzi załamania i odbijał się do góry. Wystąpiło to pod koniec dnia - przed tygodniem w piątek, za 7 czwarta, prawie 100,000 S&P futures, za 5 czwarta do czwartej (zamknięcie), kolejne 100,000 kontraktów, które podniosły INDU od spadku o 18p. do wzrostu 44-50p. na przestrzeni siedmiu minut. Potrzeba ok. 10-20 mld do poruszenia rynku w taki sposób. Kto dysponuje takim kapitałem, żeby tak huśtać rynkiem?

Mało tego, rynek wzrastał w czasie niepokoju o testy obciążeniowe banków i podniósł wyceny banków do góry oraz ceny wtórnych emisji - one właśnie emitują akcje - sprzedawały je pod tę hossę. To była podręcznikowa manipulacja rynkiem - w chwili, kiedy emitowano akcje…
i w tym momencie starszy pan mu - według dobrze u nas sprawdzonych wzorców - bezceremonialnie przerwał. Nie musiał.

A co zezowaty mówił - PPT w działaniu

Nawet powiedziałbym, że zaprawdę słuszne to i sprawiedliwe, tylko po cholerę robić z tego taką tajemnicę. Słoń jest niewidzialny, a król ma nowe szaty. Słoń zajmuje cały salon, ale wszyscy go obchodzą tak szerokim łukiem, że kręcą się w kółko, nowe szaty króla są za to tak piękne, że brakuje nowych słów na ich opis, więc wszyscy biegają w kółko ze wzrokiem w podłogę. Boją się odezwać, albo podnieść wzrok, żeby nie parsknąć śmiechem. Jak powiedział Kobuszewski w niezapomnianym kabarecie (jest tu gdzieś na stronie)
A teraz jak się któryś zacznie śmiać, ten dostanie w ryj...
© zezorro'10 dodajdo.com

Na które piętro ta winda jedzie

Wydawało się pod koniec ub. tygodnia, że przyszedł czas na korektę. Najwyższy czas. Jednak każe na siebie czekać i sprawa forsowania bariery średniej 200 sesji na SP500 - a ten wskaźnik oddaje główny nastrój giełdowy świata - nie została wcale zdecydowana. Po negatywnym odbiciu wczoraj przystąpiono - na małych obrotach - do zdecydowanego łamania tego oporu. Dziwne, mocny opór i natychmiastowy atak. Zazwyczaj jak raz dostaniesz kosza, to odczekasz kilka dni, żeby znowy zadzwonić? Nie tym razem. Następnego dnia z koszem kwiatów na progu. Dziwaczny świat, dziwaczna hossa.

Co zatem będzie? Na dwoje babka. Jeśli uda się sforsować (wydrukować) techniczny opór w okolicach 950, dalsza jazda w górę jest niewykluczona. A u nas, po takim pozytywnym zakończeniu wizja 2400 jest całkowicie realna. Wszystko zdecyduje się w tym tygodniu. Świat to jedna wielka iluzja. Jakiś magik bardzo chce go zaczarować, więc czemu nie zaufać jego mocy? Zezowaty jest sceptyczny, ale wielka jest siła magii. Indeksy mogą - mimo że wszystkie wskaźniki sentymentu są negatywne - iść na siłę do góry. Co prawda trudno bardziej napiąć wskaźnik smart money/dumb money, mierzący różnicę między nastrojem insiderów i publiczności (opisany wcześniej). Okazuje się, że miniony tydzień pobił rekord dilution (rozwodnienie), mianowicie bilans posiadania dotychczasowych akcjonariuszy do nowych (czyli rozwodnienie akcji wśród nowych nabywców) w efekcie nowych emisji wyniósł -15 mld. Tyle nowego, obcego kapitału pozyskały firmy na giełdzie. Te 15 mld sprzedali dotychczasowi udziałowcy. Potwierdza to nastrój smart/dumb, gdzie inwestorzy wewnętrzni (zarządy) sprzedają, a publiczność kupuje.

Publiczność jest co prawda nadzwyczaj jednomyślna, co jest trzecią przesłanką lokalnej górki. Wskaźnik strachu VIX spadł do minimów, wróżących rychłe zawirowania.


obrazek ze strony CBOE


obrazek ze strony Zero Hedge

To na które piętro jedzie ta winda? W nowym, wspaniałym świecie może pognać na górę, chociaż w zwyczajnych warunkach zwaliła by się ze dwa piętra na dół. Jeśli w tym tygodniu uda się jeszcze wymęczyć kierunek do niebios, hamulce będą wyłamane. Po chwilowym wahaniu będzie dalsza jazda na wyższe piętra. Jak sytuacja się nie rozwinie, widać po zachowaniu wskaźników, że będzie to chore, więc i skutki będą podobne. Zdrowa korekta się należała. Czemu jej nie ma? Bo tak ma być. No to zobaczymy jak ma być, bo - jak mawia porzekadło - co ma być to będzie, a co wisieć, nie utonie :)
© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 12 maja 2009

Koniec tego rajdu w zasięgu wzroku


obrazek ze strony zero hedge
















           poziom zaufania "smart money"   
           poziom zaufania "dumb money"  
           różnica wskaźników   

W kluczowych momentach zwrotnych - lokalnych ekstremów - występowały lokalne ekstrema dywergencji smart money i dumb money. Innymi słowy gdy jedni byli w euforii, inni byli skrajnie ostrożni. Dochodzimy powoli do maksymalnej dywergencji (różnicy wskaźników), a jednocześnie kluczowej linii oporu średniej 200 sesji, której przełamanie oznacza przejście w fazę byka. Dotykanie do ekstremum dywergencji świadczy, że przełamanie oporu na średniej jest po prostu niemożliwe, bo za duży jest sceptycyzm.

Dywergencja jest bardzo dobrym wskaźnikiem, bo pokrywała się ze wszystkimi momentami zwrotnymi w trakcie tej bessy.

© zezorro'10 dodajdo.com

wtorek, 5 maja 2009

Rzut oka na giełdy 5.5.09

Zezowaty wyczuwa punkt zwrotny na walutach i giełdach. Dowód: Kontynent oderwał się dziś od wysp zupełnie. Oczywiście wczoraj mieli w Londku wolne, więc dziś muszą napakować. Chodzi o coś głębszego. Nie ma żadnej korelacji między funtem i euro. Do tej pory giełdy chodziły synchronicznie, reagowały na te same bodźce. Dziś wygląda, jakby Londyn był na znieczuleniu, oderwał się od fundamentów. Czyli atlantycka hossa może jeszcze spokojnie potrwać, oni już wierzą w ratunek, mają dawkę heroiny we krwi.

Kontynentalna Europa zaczyna chyba dojrzewać do świadomości, że recesja 4-6 proc. i potężne deficyty na lata naprzód, to nie jest wizja dynamicznego rozwoju. Warszawa podąża wzorcem kontynentalnym, więc teraz, zamiast gapić się w NY, zezowaty kieruje swój sępi wzrok na Frankfurt, co zaleca też innym. Klimat się zmienia na edku, trzeba uważać. Być może to chwilowe oderwanie, ale bardzo chakterystyczne. Są duże szanse - patrząc na charakter boomu anglosaskiego - że ten rozdział będzie jednak trwalszy, a skoro tak, to pójdzie za nim jakiś ruch walutowy.

zezowaty_Rzut oka na giełdy5.5.9
© zezorro'10 dodajdo.com

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Pierwiastek Sorosa

Popatrz sobie na wykresik (kliknij) i zastanów się, czy Soros nie jest elegancko wyrażającym się człowiekiem, mimo że jest niespełnionym filozofem.

Całkiem niedawno o tym opowiadał.
© zezorro'10 dodajdo.com

Rzut oka na towary


ZŁOTO SPOT

ZŁOTO FUT

SREBRO

SREBRO FUT

MIEDŹ FUT

LIGHT CRUDE FUT

© zezorro'10 dodajdo.com

muut