Co robić w czasie kryzysu? Jak reagować? Nie wiem. Prawdę mówiąc jestem świadom od kilku miesięcy, że doświadczamy czegoś epokowego. Stało się to dla mnie jasne pewnego upalnego dnia ubiegłego roku, kiedy - z pozoru rozstrzelone informacje - zbiegły się, jak kawałki puzzle, tworząc absolutnie logiczną całość. Od tego czasu poszukuję odpowiedzi na pytanie, jak to się stało i co dalej? Nie znalazłem odpowiedzi i zapewne w pełni nigdy jej nie poznam, ale wiem już sporo. Co ciekawe, okazuje się że jest takich zainteresowanych więcej i jest sens dzielenia się z nimi tym, co znaleziono, odkryto i usłyszano, aby suma wiedzy rosła. Internet znakomicie spełnia to zadanie, a kiedy wreszcie odważysz się opuścić ogrodzenie wybiegu komercyjnych mediów, okrywasz zupełnie nowy świat i tysiące ludzi, zagubionych podobnie do Ciebie, a jednak - mimo całej mozaiki różnic - bardzo podobnych i mierzących się w tej chwili z podobnymi problemami.
Zamierzam tu z tej perspektywy - swobodnego i niezależnego komentatora - pokusić się dziś, kiedy jesteśmy gdzieś pomiędzy początkiem, a apogeum tego światowego kryzysu, zwanego przeze mnie krótko Wielkim Kryzysem - o krytyczne spojrzenie i małą syntezę przyczyn i możliwego dalszego rozwoju, według czynników sprawczych. W moim zamyśle jest to pierwszy z kilku esejów/felietonów na ten temat, które będą pojawiać się w miarę dojrzewania tematyki w głowie autora i - miejmy cały czas nadzieję - jego dyskutantów.
Podejście moje i z niego konsekwentnie wypływający sposób analizy bazuje na poszukiwaniu syntetycznej siły sprawczej, powodującej zdarzenia, których jesteśmy świadkami i uczestnikami. Być może takie nastrojenie umysłu jest skażone mechaniką oświecenia akcja-reakcja, ale cóż, taki jest mój ulubiony zestaw okularów. Ma on na szczęście wiele z naturalizmem, z jakim dziecko stara się poznać sposób działania zabawki. Nie jest uprzedzone co do sił tkwiących pod spodem, nie wyklucza żadnej możliwości, ale jest bardzo, niestrudzenie ciekawe jak to działa?
Pierwszy element układanki, jak na razie starannie przemilczany przez media i specjalistów, to najzwyczajniejsza i codzienna polityka. Jest tak wszechobecna i wszechogarniająca, że już nawet nie upatrujemy w niej możliwego, prawdziwego sprawcy ekonomicznej katastrofy. Mamy kryzys ekonomii, odpytuje się bankierów, maklerów i doradców inwestycyjnych, a socjologów i politologów chowa się na godziny nocne. Witajcie zatem w pierwszym odcinku nt. przyczyn Wielkiego Kryzysu, prezent na Święta Wielkiejnocy.
Wielki Kryzys. Demokracja.
Jakkolwiek demokracja ma swoje wzorcowe, chlubne starożytne korzenie i wszyscy sobie nią dziś gębę wycierają, od ultraliberałów do genetycznych komunistów, rzadko kto zadaje sobie pytanie systemowe: jak działa praktycznie demokracja w warunkach dzisiejszego kryzysu.
W sytuacji zagrożenia, a z takim mamy dziś do czynienia, po upowszechnieniu świadomości, że dzieje się coś niedobrego (a trwa to miesiącami, jak widać na polskim przykładzie) trzeba się zabrać do jakiś efektywnych, albo sprawiających takie wrażenie, działań. Mamy na podorędziu trzy sprawdzone, niemalże kanoniczne metody: konferencja, komisja oraz referendum.
Konferencję właśnie mieliśmy, centralny akcent trzech asów Obamy, wywołujący euforię na naszej giełdzie i przypływ świątecznego optymizmu. Czy organizacja konferencji służy praktycznie czemuś, oprócz całego sztafażu PR, reklamy i masowej indoktrynacji? Niewiele. Jako dowód podam konieczność wyprzedzającej negocjacji stanowisk, doprowadzające do takiego absurdu, że w istocie przed rozpoczęciem konferencji redaguje się jej komunikat końcowy (opisałem to wcześniej).
Sprzeczność jest jednak nie do uniknięcia, bowiem jak praktycznie przeprowadzić sprawne negocjacje dwudziestu państw ze wszystkich stron świata, wszystkich ważniejszych religii, kolorów skóry i systemów ekonomicznych? Niesposób tego dokonać w trakcie konferencji, choćby ona trwała i miesiąc, zamiast jednego dnia. Gordon Brown nalatał się na przełomie marca i kwietnia rządowym samolotem w cztery strony świata i zezowaty dziwi się, że jeszcze wie, która jest godzina. Pracowicie i skutecznie przekonał swych rozmówców do przystania na brytyjsko-amerykańskie propozycje nie do odrzucenia, a rzeczy których nie dało się dogadać, zostawił na ostatnią chwilę, aby interlokutorzy zobaczyli, gdzie są rzeczywiście szanse powodzenia ich obstrukcji i uporu. Dzięki sprawności telefonów i internetu resztkę nieporozumień wygładzono w ostatnim tygodniu i przywódcy państw mogli spokojnie przylecieć do Londynu na pamiątkowe zdjęcie z Obamą bez sztabu doradców, gotowych walczyć o swoje przez pięć następnych rund.
Co znajdujemy w komunikacie z historycznej konferencji? Niewiele faktów, głównie postanowienie potrojenia zasobów MFW, ale nawet tu szczegóły pozostają otwarte. Reszta ustaleń to pobożna lista życzeń, których realizacja będzie zależała od woli poszczególnych rządów wcielenia ich w życie, w postaci działających przepisów i instytucji. Diabeł naprawdę tkwi w szczegółach, a tu jest ukryty nie jeden, a cała armia. Zatem historyczny szczyt był optycznym złudzeniem, zarówno co do treści, jak i efektów? Niestety w dużej mierze tak.
Konferencje służą w demokracji do pokazania wyborcom, co władza czyni i w jakim kierunku. Nic więcej. Władze świata pokazały swoim wyborcom, że mogą się dogadać (w przyszłości) w szczegółach reorganizacji MFW i mniej więcej dogadały związane z tym kwoty oraz zamierzają określić niezadługo instytucje pilnujące stabilności finansowej świata (Financial Stability Board), oraz kontrolne, zapobiegające ukrywaniu dochodów przed opodatkowaniem i praniu pieniędzy (raje podatkowe) oraz służące nadzorowi nieregulowanych rynków - np. centralny tzw. clearinghouse derywatów finansowych. Jak to będzie wyglądało w szczegółach nikt jeszcze nie wie, a poza tym te instytucje, kiedy i jeśli powstaną, będą chronić świat przed następnym kryzysem, a nie wyprowadzać świat z obecnego.
Czy obnażenie - drogą prostego rozumowania jak wyżej - bezzasadności wielkiego publicznego podniecenia konferencją G-20 w kontekście Wielkiego Kryzysu ma jakiś wpływ na rynek? Owszem, wbrew logice i rozsądkowi giełdy opanowała, przynajmniej krótkotrwała, euforia. Świat finansów zachował się tak, jakby Obama i kilkunastu innych demokratycznie (mniej lub więcej) wybranych polityków ocaliło świat przed finansową zagładą, mimo że na szczycie nic tak naprawdę ważnego nie ustalono.
Tajemnica tkwi w złudzeniu. Od setek lat to działa. Konferencja w demokracji pozwala wybranym władzom umocnić złudzenie aktywnego panowania nad sytuacją. Głowy państw ustalają, dogadują, nakreślają, uzgadniają, działają. Dobrze wyglądają na zdjęciach, nie ma kłótni, jest wspólne uzgodnione stanowisko. Jest uczta dla ucha i oka. Jak dziś to wszystko proste. Mamy tv, internet, nie to co kiedyś, tylko czarno-białe zdjęcia i komentator w radio. Dogadaliśmy się i świat nie zginie. Hokus-pokus, oto królik z kapelusza, na Wielkanoc easter bunny.
Komisja jest już nam bliższa, bo ludowa. Mieliśmy Przyjazne Państwo z uroczym penisolubnym przewodniczącym, mamy obecnie komisję śledczą, d/s nacisków, czy odcisków. Jakie są efekty ich działań? Takie jak zamierzono, medialne. Skandalista na konferencji prasowej robi perfekcyjnie to, co zamierzał, uzyskuje zamierzony publiczny efekt. To, że przy okazji udaje się czasem, dzięki oślemu uporowi co bardziej pracowitych, lub ambitnych członków uzyskać bardziej konkretne efekty (tu z rozrzewnieniem wspominam J.M.Rokitę), jest - w sumie rzecz ważąc - efektem ubocznym działań komisji. To oznacza, że komisja jest w swoim założeniu dobra i może doprowadzić do zamierzonych, korzystnych efektów, niemniej pamiętać należy, że deklarowany cel istnienia komisji bardzo słabo pokrywa się z rzeczywistymi interesami jej członków oraz promotorów.
Jest takie stare porzekadło: - nie wiesz co zrobić?, nie martw się, powołaj komisję. Komisja daje demokratyczną legitymację do przeprowadzenia/wynegocjowania rozwiązań w inny sposób nie do osiągnięcia oraz zdejmuje odpowiedzialność z ciała/osoby, którą dany problem przerasta. Wypracowane przez komisję rozwiązanie jest wypadkową medialnej rozgrywki interesów jej członków oraz interesów jej promotorów.
Czy komisja może być efektywnym sposobem radzenia sobie z kryzysem? Bardzo wątpliwe. Z powodów naszkicowanych wyżej, rekomendacje i rozstrzygnięcia komisji mogą pokrywać się tylko w części z interesem ich dalekich mocodawców, czyli wyborców. Z tego choćby powodu do zarządzania kryzysowego nie nadają się wcale. Po co więc je stosować? Dlaczego najpopularniejszy prezydent świata powołuje kolejne komisje do rozstrzygnięcia kolejnych dylematów? Odpowiedź jest prosta, jak demokracja. Ponieważ to wygodne rozwiązanie. Kiedy decydent nie potrafi albo nie chce odpowiedzialności za jakąś decyzję, powołuje komisję, ta rekomenduje jakieś rozwiązanie i to rozwiązanie jest demokratycznie wdrażane. Kto odpowiada? Komisja. Kto realizuje? Urzędnicy rekomendowani przez komisję. Piękne. Im większy kryzys, tym większe parcie na komisje, większe konfitury, a ryzyko i odpowiedzialność mniejsza. Chciałbym tu zwrócić uwagę, że ponad sto dni od zaprzysiężenia nowego prezydenta świata jego minister skarbu, jedną ręką podpisujący dziesiątki i setki miliardów nie ma ponad połowy personelu! Nie zdążyli obsadzić, taki jest pośpiech, że z pustą taczką latają, bo nie było czasu, żeby załadować.
Na koniec ostatni demokratyczny filar, czyli referendum. Jak nie da się uzgodnić rozwiązania w dotychczasowym modus operandi, trzeba zmienić ten modus poprzez wybory. Lud wybiera i ma złudzenie, że wybrańcy będą realizować interesy wyborców, w dodatku każdego odmienne. Już na pierwszy rzut oka widać, że to niemożliwe, a jak jeszcze dojdzie element taktyczny, to już obraz całkowicie się zaciemnia. Niemniej w demokracji faktycznie w pewnych sytuacjach nie da się inaczej, trzeba zrobić wybory, żeby nastąpiło tzw. nowe otwarcie.
Czy daje się wariant referendum zastosować do rozstrzygania i zarządzania w kwestiach kryzysowych? Rozpatrzmy na przykładzie internauty figo, który za trolowanie i atakowanie autora bloga Kuczyńskiego dostał nieodwołalnego bana. Zezowaty zrobił eksperymentalne głosowanie, którego wyniki zamieszczam.
Widać, iż większość głosujących nie zgadza się z werdyktem moderatora, który ma pełne prawo do zapraszania i wykluczania swoich dyskutantów. Ale i zezowaty ma demokratyczne prawo głosowania na ten temat i z tego prawa korzysta.
Pojawia się przy okazji kwestia wiarygodności głosowania typu e-voting. Zezowaty jest zdecydowanym przeciwnikiem tej formy demokracji z powodu w miarę łatwego oszustwa (gaming). Nie jest co prawda tak, że każdy może wynik łatwo sfałszować, jak starał się wytłumaczyć jeden z internautów, niemniej faktycznie zezowaty mógłby wydrukować dowolny wynik głosowania w skończonym czasie, przy użyciu tylko jednego komputera, lecz jest to skomplikowane i zakładam, że głosujący traktują tę zabawę właśnie jak zabawę i nie podjęli uciążliwej pracy obejścia zabezpieczeń.
Kiedy wziąć jednak sprawę wiarygodności wyników głosowania poważniej, przychodzi na myśl sztandarowy przykład drugiej kadencji G.W.Busha, który został zaprzysiężony na prezydenta decyzją sądu, mimo iż uzyskał w głosowaniu mniej głosów, niż konkurent. Decydujące głosy pochodziły z okręgu jego brata, gdzie cudownie zadziałały maszyny głosujące, umożliwiające manipulację. Co ciekawe, wyrokiem innego sądu oszukańcze głosy zostały odliczone, ale na zmianę werdyktu wyborczego było niestety już za późno. ;) Ostatnio ta sama firma dostała zakaz stosowania maszyn do głosowania w kolejnym stanie, kiedy wyszło na jaw, że można zdalnie wymazać całą pamięć, bez pozostawiania śladów w postaci wydruku. W zarządzie firmy zasiada dwóch skazanych oszustów, co nie przeszkadza firmie wygrywać liczne rządowe przetargi :)
Nie jest tak, że internauta figo nie nabroił u Kuczyńskiego. Owszem, był napastliwy, uporczywy i wręcz chamski. Niemniej internet jest otwarty i warto rozmawiać, a odległość powinna stanowić czynnik mitygujący. Być może, ale w pewnym momencie anielska cierpliwość Kuczyńskiego zawiodła i po męsku powiedział: wynocha. Jednak są zdania uczestników bloga, którzy nie zgadzają się z gospodarzem. Widać po wynikach, że ok. połowy respondentów ma odmienne zdanie, a nawet przegłosowała Kuczyńskiego! Czy powinien przemyśleć swój werdykt? Być może, zezowaty twierdzi, że to głosowanie to po prostu demokratyczny eksperyment. 60% chce powrotu figo na forum. I co z tego? Choćby nawet było 100%, decyzja należy do Kuczyńskiego. Może wziąć to pod uwagę, ale to on ocenia, czy i jak dalece złamano zasady. Głosowanie na ten temat jest co prawda spektakularne (nawet Kuczyński twierdził, że głosowanie jest technicznie niedoskonałe, choć nie podważał jego legitymacji), ale nie wiążące, jest jedynie jakąś wskazówką.
Na przykładzie głosowania z figo widać, jak na dłoni, że do pewnych rzeczy demokracja i jej instrumentarium zupełnie się nie nadają. W szczególności nie nadaje się referendum do zarządzania w kryzysie. Jest zbyt opieszałe, jego wyniki można - w zasadny sposób - podważać merytorycznie, a połowa ludzi - z dobrym psychologicznym uzasadnieniem - będzie udowadniać, że figo trzeba kategorycznie wykluczyć, podczas gdy druga połowa - z równie dobrze wyważoną argumentacją - będzie utrzymywać, że figo wykluczać nie wolno, że łamane są zasady i dzieje się mu krzywda. Kto ma rację? Nie wiem i nie jestem w stanie określić. Kuczyński decyduje i robi, co uważa za słuszne. Kiedy pali się dom, przyjeżdża na sygnale straż, a dowódca operacji wydaje wszystkim polecenia, nie zważając na ich wiek i status. On dowodzi i on odpowiada.
Po medialnym ataku oburzenia na pilota samolotu, który odmówił naszemu prezydentowi lądowania na lotnisku, które uznał za niebezpieczne, napisałem na jakimś forum, że należy mu się medal, a nie połajanki. Byłem mile zaskoczony, kiedy pilot medal rzeczywiście dostał. Nie mam złudzeń, że była to kolejna odsłona medali-prztyczków (ostatnie były wczoraj!) ale nadal jestem zdania, że pilot wykonał swoją robotę wzorowo. Nie robi się głosowania na temat lądowania, ani kolejności gaszenia pięter. Decyduje jeden człowiek, on jest w swej roli drugi jedynie po Bogu i tylko w ten sposób to działa. Próby stawiania maszyn do głosowania i kamer przy pożarze zezowaty uważa za spektakularny dowód zidiocenia naszych czasów narkotykiem demokracji.
Jako dowód zaczadzenia demokracją daję żywy, bliski sercu przykład figo. Nie w ciemię bity i niegłupi przecież komentator, człowiek dodatkowo wkurzony i wykonujący swoje prawo nie zanegował mojej demokratycznej uzurpacji jego prerogatyw. Nie zarzucił mi idiotyzmu głosowania, bo o ważności wyrzucenia figo z forum mogę demokratycznie głosować równie wesoło, jak nad pogodą na Marsie. Zainteresowany zarzucił jedynie, że zdalne głosowanie przez internet, jakkolwiek demokratyczne, nie może być rozstrzygające, ponieważ łatwo je zmanipulować. Uśmiechnij się, jesteś w ukrytej kamerze! Demokratyczne głosowanie nad wywaleniem figo jest równie uprawnione, jak ius primae noctis mojej żony. Nie ma sensu, bo sensu nie ma i - jak mówi Angela Merkel - Schluss. Niemniej ciągle stadnie łapiemy się na te demokratyczne haczyki, choć znamy je, jak łyse konie... Pies Pawłowa, ot co.
Powyższe tyczy się także światowego kryzysu ekonomii, który jest w istocie kryzysem demokracji. Wypaczenia demokracji właśnie doprowadziły do finansowych wynaturzeń bilionowych rozmiarów tak dalece, że naraziło to na szwank stabilność systemu całego globu i fizyczne istnienie milionów, jeśli nie miliardów głodujących. Ratowanie tego systemu, tak jak gaszenie pożaru, nie obędzie się bez drastycznych decyzji i nie będą one wynikiem demokratycznego konsensu. Podczas pożaru nie ma czasu na głosowania, ot, co. Oglądających w tv reportaż ze szczytu, bądź głosowania pewnie to zmartwi, że oglądają złudzenie działania. Prawdziwa akcja jest jednak niezbyt medialna i dzieje się w innych miejscach :)
Wesołego Alleluja!
czwartek, 9 kwietnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)