Go To Project Gutenberg

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Początek końca, czy koniec początku

Robert Reich jest autorem znanej pozycji "Superkapitalizm". Jego zdaniem pytanie jest otwarte.

Zezowaty nie ma obsesji na punkcie Stanów, ani kompleksu niższości, ale jest przekonany, że - po pierwsze - Stany obecny kryzys stworzyły, więc będą musiały wskazać drogę wyjścia z niego oraz - po drugie - zmienia się architektura świata, w której dotychczas motorem rozwoju ekonomicznego była konsumpcja w Stanach i produkcja w Chinach. Stąd prosty wniosek: wszystko ważne dziś dzieje się w USA, a na pewno ma tam odzwierciedlenie. Jeśli Stany coś zrobią, będziemy ponosić konsekwencje wspólnie, podobnie kiedy czegoś nie zrobią.

Według Reicha mamy na dobrą sprawę do czynienia cały czas z ogromną grą pozorów, a mało mamy twardych faktów, które pozwoliłyby zadecydować o podziale epok. Co prawda Wells Fargo zarobiło podobno trzy mld w pierwszym kwartale, na giełdach odbicie, a u nas to chyba marcowe koty i wiosenna euforia po prostu. Co zasadniczo przemawiałoby za zakończeniem wstępnej fazy recesji? Te błyskotliwe wyniki, publikowane na potrzeby chwili? Przypomnijmy szczerze: FASB zdjął reguły księgowania według wartości rynkowej aktywów bankowych zaledwie tydzień temu. Czy nie ma to odbicia w bilansach kwartalnych? Oczywiście że ma, dlatego właśnie zdjęto te rygory, aby pojawiły się - wzięte z krainy czarów - dodatnie zyski operacyjne. Owszem, banki przynoszą operacyjny zysk, to znaczy że nie dopłacają do udzielonych pożyczek, przed rachunkiem kapitałowym zysków-strat. Przecież to tautologia. Banki zawsze mają dodatni zysk operacyjny, bowiem trudnią się pożyczaniem pieniądza na dodatni procent. Niemniej po uwzględnieniu strat (nieoperacyjnych, kapitałowych) z nietrafionych lokat (a być może i nietrafionych pożyczek, co zdarza się coraz częściej), zyski mogą okazać się jak osiołek przy słoniu, albo Titanic przy górze lodowej.

Nie napawają optymizmem dane z rynku pracy, który dalej pracowicie zniżkuje i nadal będzie nurkował, przy obecnych trendach gospodarczych, przynajmniej do połowy przyszłego roku. Tak, tak, co najmniej jeszcze rok. Jeśli weźmiemy pod uwagę rozszerzony zakres liczenia bezrobocia, bliższe statystykom z lat 30 ubiegłego wieku, np. wg metodologii U-6, to okaże się, że rynek pracy w Stanach właśnie dobija do wskaźników Wielkiej Depresji.

Rynek nieruchomości, mimo buńczucznych zapowiedzi zmiany trendu, opartych na chwilowym skoku transakcji sprzedaży, napędzanych głównie refinansowaniem kredytu, które zdejmują z banku ciężar przewłaszczenia, jest bardzo daleki od dna. Spadek cen na dopiero rozpędzającej się z górki machinie powinien potrwać jeszcze co najmniej przez cały rok 2010! Nie, to nie błąd, to stwierdzenie oczywistego faktu, znanego specom od nieruchomości. Dość powiedzieć, że zapas domów na rynku, głównie z przewłaszczenia (foreclosure), jest tak wielki, że banki literalnie ukrywają swój stan posiadania, nie rozpoczynając procedur eksmisji w setkach tysięcy spraw, żeby nie pogarszać swego wyniku (dopóki kredyt jest w dziale "pracujące" nie trzeba spisywać strat z tego tytułu) oraz żeby dalej nie dołować już i tak przesyconego rynku. Żeby rozładować zapas domów dziś będącego w ofercie na rynku wtórnym, trzebaby przy aktualnym obrocie na tym rynku dwóch lat!

Nie dziwi więc, że rozpoczęła się w Stanach nowa świecka tradycja: bank walk-away. Wytłumaczę. Walk-away jest typowo amerykańskim wynalazkiem, polegającym na tym, że kredytobiorca nie jest związany teoretyczną wartością hipoteki na dom, jeśli odda klucze. W dowolnej chwili może uwolnić się od hipoteki, oddając dom w posiadanie banku i od tej chwili jest wolny od wszelkich zobowiązań. Innymi słowy jeśli hipoteka na domu przewyższa jego obecną wartość rynkową, to zmartwienie banku. W ostatnim czasie doszła do tego nowa kategoria. Banki coraz częściej nie przejmują fizycznie przejętych prawnie nieruchomości, bo im się to nie opłaca. Mimo tego, że są zobowiązane do przejęcia domu i opiekowania się nim (odpowiedzialność cywilna), nie robią tego, ponieważ każda czynność to dodatkowe koszty, a przy obecnym stanie rynku trudno sprzedać cokolwiek.

Ogromna fala kredytowej rzezi na rynku commercial real estate, czyli biura, kompleksy handlowe, centra rozrywki itd. dopiero nas czeka. Całe połacie biur i sklepów stoją już dziś puste, ceny wynajmu spadają, a raty kredytów nie. Fala upadłości w tym sektorze dopiero przed nami.

Koniunktura i nastroje konsumentów, mimo dętych sondaży, które ukazały się na Wielkanoc i miały świadczyć o wzroście optymizmu do poziomów sprzed kilku lat, są naprawdę pod psem. Konsumenci zdecydowanie zaczęli oszczędzać, co dobrze wróży bilansowi handlowemu, ale niestety bardzo słabo perspektywom odbicia. Stany są w depresji, a nie recesji, nie mówiąc już o płytkiej recesji typu V, w którą czarodzieje Obamy chcą nas ubrać.

Krótko rzecz ujmując według Reicha - i tu pełna zgoda zezowatego - nie widać nawet zdecydowanego końca początku tej recesji, kiedy będzie można powiedzieć, że osiągnęliśmy, bądź jesteśmy gdzieś w okolicy dna. O marzeniach o początku końca powinniśmy na jakiś czas zapomnieć. Jak długo? Dopóki nie zobaczymy, że świat stanął na solidnych podstawach i widać kogoś/coś, co nas wyciągnie z marazmu. Do tego czasu będziemy czołgać się po dnie. To irytujące, wiem. Każdy by chciał, żeby jego portfel, fabryka, kraj rosły w siłę, ale życzenia to nie rzeczywistość i lepiej ich ze sobą nie mylić. Za drogo kosztuje w realnym świecie. Trzeba powrócić na chwilę do artykułu o Sorosu i innych i zastanowić się, co naprawdę powiedzieli.

Na koniec zezowaty optymizm. Recesje zawsze się kończyły. Po zimie zawsze przychodzi wiosna, wyjrzyj przez okno. Biada jednak tym, którzy w krótkim rękawku muszą spacerować po śniegu. W końcu jednak jakoś tam wybrniemy ze światowej depresji, choć na razie jeszcze nie widać nawet końca początku fazy pierwszej - rachunku sumienia. Odbicie przyjdzie i będzie widoczne i odczuwalne, ale będą też widoczne jego przesłanki. Jak mówi zezowaty, koń ciągnie wóz, a nie odwrotnie. Skoro widzisz wóz, musisz też widzieć konia i widzieć, że naprawdę ciągnie. To aż tak proste. Na razie usiłują mnie przekonać, że wóz przestał się staczać i jedzie po równym, a nawet wjeżdża pod górę... Chętnie uwierzę, nie widzę tylko konia. I tu jest prawdziwy problem z ekipą Obamy. Wskaźniki, wyniki, sondaże, angaże, dusery, bajery, tylko gdzie ten koń?

© zezorro'10 dodajdo.com

muut